Rebelia w Boliwii

Prezydent ucieka z pałacu

Jeden z najbardziej lojalnych sojuszników George'a Busha w Ameryce Łacińskiej uciekł ze swojego pałacu w stolicy Boliwii, La Paz, w połowie lutego. Prezydent-multimilioner Gonzalo Sanchez de Lozada musiał się schować w karetce pogotowia, podczas gdy pożar trawił rządowe budynki.
Przed pałacem ludzie i policja walczyli - po tej samej stronie - przeciwko żołnierzom, których wysłano, by stłumić masowy bunt przeciwko nędzy. Masowe demonstracje i zamieszki miały miejsce w La Paz i w innych miastach. Federacja Pracy Boliwii (centrala związkowa) ogłosiła 48-godzinny strajk. Zastrajkowała nawet policja.
Iskrą dla rebelii była 12,5 procentowa podwyżka podatków i zamrożenia płac pracowników. Chciano tego dokonać na żądanie Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Białego Domu.
MFW i rządzący w USA chcieli, by zwykli ludzie w Boliwii musieli płacić za procenty z ogromnego długu boliwijskiego spływające na konta międzynarodowych bankierów.
"Przed zeszłotygodniowymi wydarzeniami, rząd Boliwii był prawdziwym wierzącym w wolnorynkową ewangelię Waszyngtonu", mogliśmy przeczytać w amerykańskim Washington Post. Sanchez de Lozada, choć utrzymał się przy władzy, ma teraz bardzo niestabilną pozycję. Wielkie korporacje są przerażone. W Ameryce Południowej Bushowi wymierzono więc kolejny cios.