STRATEGIA IMPERIUM USA
Jak wytłumaczyć pęd wojenny Busha?
Czy jest to jedynie wynik faktu, że na czele największej machiny militarnej
w historii stoi niespełna rozumu szaleniec?
Słuchając wypowiedzi prezydenta USA teoria ta wydaje się niezmiernie atrakcyjna.
Za szaleństwem Busha kryje się jednak coś więcej, co trudno wyjaśnić jedynie
niuansami psychiatrii…
Teoria
imperializmu
Chcąc zrozumieć strategię imperium USA nie sposób obyć się bez sformułowanej
już w czasie I wojny światowej marksistowskiej teorii imperializmu. Słowo to
- niestety - zostało wyświechtane przez propagandę PRL i odstraszać może samo
jego brzmienie. Lepszego określenia jednak nie wymyślono a imperializm jest
w dzisiejszym świecie faktem równie realnym co w świecie podbojów kolonialnych
sprzed stu lat. Zmieniła się tylko forma.
Istotą teorii imperializmu, sformułowanej najpełniej przez rosyjskich rewolucjonistów
Bucharina i Lenina, jest połączenie dyplomatycznych i militarnych konfliktów
między państwami z istniejącą w kapitalizmie konkurencją ekonomiczną. Rosnąca
koncentracja i centralizacja kapitału a także jego umiędzynarodowienie powoduje
coraz ściślejszy związek wielkich firm z państwem. Rywalizacja między wielkimi
firmami przekształca się więc w konflikty między państwami broniącymi globalnych
interesów tych firm. Z drugiej strony słabsze gospodarczo mocarstwa, aby utrzymać
swą pozycję, musza rozwijać własną ekonomiczną bazę.
Także dziś chcąc zrozumieć strategię USA trzeba widzieć połączoną ekonomiczną
i geopolityczną rywalizację między państwami czy blokami państw.
Strategia
USA po Zimnej Wojnie
Po II wojnie światowej USA stały się największym światowym mocarstwem. Wyczerpane
imperia kolonialne Anglii i Francji nie były w stanie powstrzymać (choć próbowały)
fali dekolonizacji. Zmiażdżone zostały imperialne ambicje Niemiec i Japonii.
Gospodarka USA stanowiła w tym czasie 50 % gospodarki świata (przy 6 % ludności).
Jednak do 1990 r. supermocarstwo, obciążone ogromnymi wydatkami militarnymi
koniecznymi do konkurencji z ZSRR, straciło dużą część swej gospodarczej przewagi
- głównie na rzecz RFN i Japonii. Kraje te, same będąc wolne od wydatków zbrojeniowych,
korzystały z "permanentnej gospodarki wojennej" lat Zimnej Wojny,
która przedłużała czas prosperity. W 1990 r. gospodarka USA, choć wciąż najsilniejsza
na świecie, stanowiła już tylko 25 % gospodarki światowej. Chociaż przez ostatnią
dekadę, głównie przez kryzysy w Niemczech i Japonii, przewaga USA wzrosła (do
prawie 30 %) kraj ten wciąż czuje na sobie oddech rywali.
Strategia USA po Zimnej Wojnie ma więc na celu utrzymanie pozycji hegemona -
jedynego supermocarstwa. Utrzymanie jej wobec dwóch kategorii potencjalnych
rywali. Pierwszą są tradycyjni sojusznicy, którzy dzięki rosnącej sile ekonomicznej
mogą zacząć grać niezależną rolę. Kraje te to głównie Niemcy i Japonia, które
po 1990 r. zaczęły wychodzić z cienia Wielkiego Brata. Przykładem może być niekonsultowany
z USA projekt zjednoczenia Niemiec czy uznanie przez ten kraj niepodległości
Słowenii i Chorwacji w 1991 r. (wbrew woli USA, które chciały w tym czasie federalnej
jedności Jugosławii). Niemcy i Japonia po raz pierwszy od czasów II wojny światowej
wysłały wojska poza granice kraju a Japonia groziła nawet ostatnio wojną prewencyjną
Korei Płn.
Ekonomicznym rywalem USA jest także Unia Europejska. Odpowiedzią na UE stała
się więc Północnoamerykańska Strefa Wolnego Handlu (NAFTA). Kraje UE są jednak
podzielone - część chce grać własną, niezależną i czasem konkurencyjną wobec
USA imperialną rolę (Francja, Niemcy), inni opierają swa strategię na podłączeniu
się pod rydwan Wielkiego Brata. Z tych powodów USA są zdecydowanymi orędownikami
rozszerzenia UE o proamerykańskie kraje Europy Wschodniej i Turcję, aby była
bardziej strefą rozszerzonych amerykańskich interesów niż rywalem.
Drugą kategorią rywali są kraje spoza strefy niepokornych sojuszników. Wciąż
posiadająca drugie arsenały broni na świecie Rosja rywalizuje z USA głównie
w bogatym w ropę i gaz rejonie Azji Środkowej i Morza Kaspijskiego. Ekonomiczną
konkurencją mogą być niedawne "azjatyckie tygrysy". Wielu bardzo obawia
się Chin z dynamicznie rozwijającą się gospodarką, jak również ogromnym potencjałem
ludnościowym i militarnym.
Cele panujących w USA za czasów administracji Busha seniora i Clintona były
więc identyczne, jak obecne. Sposób ich osiągnięcia był jednak inny. USA dążyły
do umocnienia się w roli jedynego supermocarstwa głównie poprzez wykorzystanie
istniejących globalnych struktur, jak ONZ czy NATO. W karaniu niewygodnych dla
USA państw budowano sojusznicze koalicje uznające kierowniczą rolę Wielkiego
Brata.
Szczególnie wyraźne było w czasie ataku na Irak w 1991 r., gdy taką koalicje
budowano miesiącami, zapewniając neutralność Rosji i Chin a także nieuczestniczenie
w wojnie Izraela. Sekretarz Stanu USA, James Baker, wstrzymał nawet 10 mld dolarów
pożyczki dla Izraela, aby zmusić ten kraj do tzw. "procesu pokojowego"
z Palestyńczykami.
W czasie wojny w Jugosławii jako przykrywkę do ataku użyto NATO. Był to ważny
precedens, gdyż wojnę prowadzono przy sprzeciwie Rosji i Chin. Jednak także
w tym przypadku USA prowadziły bardziej politykę wielostronną niż jednostronną.
Samym celem ataku było nie tylko potwierdzenie wiarygodności NATO, ale i potwierdzenie
amerykańskiego przywództwa wewnątrz NATO i wykazanie zależności Europy od pięści
siły zbrojnej USA. Jednocześnie europejscy sojusznicy znaleźli swoje miejsce
w szeregu. Widać to nawet w retoryce tej wojny, gdy popularność zdobyły takie
określenia, jak "społeczność międzynarodowa", "wspólnota międzynarodowa"
czy "demokratyczny świat" prowadzący "humanitarną interwencję".
Oczywiście, w żaden sposób nie można idealizować polityki poprzednich prezydentów
USA. Fakt, że bardziej koncentrowano się na budowaniu koalicji nie zmienia imperialistycznego
charakteru samych celów. Wojny, w których zginęły tysiące ludzi czy rozszerzenie
NATO miały na celu jedynie zapewnienie hegemonii USA. Przypomnijmy słowa Sekretarz
Stanu USA w administracji Clintona, Madeleine Albright: "Jeśli musimy użyć
siły, to dlatego, że jesteśmy Ameryką. Stoimy wysoko. Patrzymy dalej w przyszłość."
Doktryna
republikańskiej prawicy
W rok po atakach terrorystycznych na World Trade Center i Pentagon administracja
Busha opublikowała dokument o nazwie: Narodowa Strategia Obrony. Możemy tam
przeczytać, że "USA posiadają bezprecedensową - i niezrównaną - siłę i
wpływy na świecie. (…)Nasze siły muszą być wystarczająco mocne, aby odwieźć
potencjalnych przeciwników od realizacji militarnej rozbudowy w nadziei na przewyższenie
lub doścignięcie siły USA." Zmieniają się jednak środki realizacji tego
celu. "Podczas gdy USA będzie stale starać się o poparcie wspólnoty międzynarodowej,
nie zawahamy się - jeśli trzeba - działać sami, aby wykorzystać nasze prawo
do samoobrony poprzez działania wyprzedzające."
Tzw. doktryna Busha jest więc oparta na polityce znacznie bardziej unilateralnej
(jednostronnej) niż jego poprzedników. Większość rządzącej obecnie ekipy w USA
uważa, że ogromna przewaga militarna nad potencjalnymi konkurentami pozwala
na politykę dużo bardziej ofensywną w ambicjach przekształcenia świata na proamerykańską
modłę. Słowami Condoleezzy Rice, doradcy Busha ds. bezpieczeństwa narodowego,
jego administracja kieruje się "twardym gruntem interesu narodowego, a
nie iluzorycznej wspólnoty międzynarodowej".
Widzieliśmy to już od początku rządów obecnego prezydenta - rozpoczęcie prac
nad budową "tarczy antyrakietowej" pozwalającej USA na uderzenie nuklearne
bez obawy przed odpowiedzią i naruszające traktat z ZSRR z 1972 r. czy wymówienie
traktatu z Kioto o ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych. Później dołączył
do tego sprzeciw wobec powstania Międzynarodowego Trybunału Karnego czy wprowadzenie
ceł na stal z Unii Europejskiej. Działania te świadczyły o nowej jakości arogancji
USA nie tylko wobec tzw. państw zbójeckich (Irak, Kuba itp.), ale i europejskich
sojuszników.
Ideologiczną podbudowę nowej doktryny znajdujemy u dominującej grupy w administracji
Busha - grupy prawicowych republikanów, która - w obawie o osłabienie globalnej
dominacji USA w dłuższym czasie - już od początku lat dziewięćdziesiątych postulowała
bardziej agresywną, unilateralną politykę. Zalicza się do niej, obok wymienionej
już Rice, wiceprezydent Cheney, sekretarz obrony Rumsfeld i jego zastępca Wolfowitz,
podsekretarz stanu ds. kontroli broni i spraw międzynarodowych Bolton oraz szef
doradczej Rady Polityki Obrony - Perle.
Po
11 września
Zamachy terrorystyczne 11 września 2001 r. pozwoliły administracji Busha przystąpić
z nowym impetem do realizacji doktryny republikańskiej prawicy. Pod przykrywką
"wojny z terroryzmem" w niecały miesiąc po zamachach przystąpiono
do ataku na Afganistan. Co charakterystyczne, mimo uznania przez NATO akcji
11 września za atak na wszystkie kraje członkowskie sojuszu (po raz pierwszy
w historii) USA wybrały akcję jednostronną, traktując deklarację NATO na równi
z formalną zgodą ONZ.
NATO postrzegane jest przez USA jako narzędzie kontroli w Europie, a nie jako
sojusz o znaczeniu militarnym. Zaproszenie siedmiu nowych państw z Europy Wschodniej
(w tym trzech byłych republik z ZSRR) do członkostwa w NATO w 2004 r. ma miejsce
nie z powodu ich możliwości militarnych (które są znikome), lecz w celu utwierdzenia
rozszerzenia strefy wpływów USA na dawne podwórko Rosji. Po rozszerzeniu NATO
Rosja zostanie osłabiona w rejonie Morza Bałtyckiego i strategicznie ważnym
rejonie Morza Czarnego. Już tylko dwa państwa posiadające do niego dostęp -
Rosja i Ukraina - nie będą miały na swoim terytorium amerykańskich wojsk. W
perspektywie budowy ropociągów i gazociągów z rejonów Morza Kaspijskiego to
fakt o niemałym znaczeniu.
Do "wojny z terroryzmem" sojusz nie jest jednak potrzebny. USA działa
tu na własną rękę pokazując miejsce w szeregu także zbyt ambitnym członkom NATO.
"Albo jesteście z nami albo z terrorystami" jak powiedział światły
prezydent USA. Pojawiła się możliwość głębokiego przeobrażenia świata zapewniająca
bezwarunkową globalną dominację a rządzący imperium nie chcieli tej okazji przegapić.
Po wojnie z Afganistanem dowiedzieliśmy się więc od Busha, że "wojna z
terrorem dopiero się zaczęła" a kolejnym celem są reżimy, które "sponsorują
terror" i "grożą bronią masowego rażenia" - "oś zła"
składająca się z Iraku, Iranu i Korei Płn. Bolton później uzupełnił tę listę
o Syrię, Libię i Kubę. Równocześnie ogłoszono postępujące zwiększanie wydatków
zbrojeniowych, które w 2007 r. mają wynieść 500 mld dolarów.
Polityka
ropy
Kraje mające być zagrożeniem dla świata to przypadkiem te same, które nie ciągną
się w rydwanie USA. Przypadkiem też dwa trzech krajów "osi zła" i
cztery z sześciu jej rozszerzonej wersji to państwa roponośnego Bliskiego Wschodu.
Polityka ropy jest bardzo ważną częścią strategii amerykańskiego imperium z
dwóch powodów. Pierwszą jest nagi interes ekonomiczny. Administracja Busha jest
po uszy zanurzona w interesach kompanii naftowych. Dość powiedzieć, że wiceprezydent
Cheney to były prezes Halliburton, jednej z głównych firm usługowych przemysły
naftowego, a pani Rice ma na swoją cześć nazwany tankowiec (firmy Chevron-Texaco).
W dokumencie z maja 2001 r. pt. Narodowa Strategia Energetyczna czytamy, że
do 2020 r. import ropy do USA wzrośnie o 70 % (z obecnych 10 mln baryłek do
17 mln baryłek dziennie). Trzeba więc nowych źródeł eksportu. Stąd m. in. "nowa
wielka gra" w Azji Środkowej i rejonie Morza Kaspijskiego między USA a
Rosją. Stąd też ingerencja w sprawy Wenezueli czy Kolumbii.
Najbardziej łakomym - i pewnym! - kąskiem jest jednak Irak. Kraj ten posiada
drugie sprawdzone złoża ropy na świecie (ok. 11%). Tymczasem spośród 70 znanych
w tym kraju miejsc wydobycia działa obecnie jedynie 12. Nigdzie indziej stawka
do wzięcia nie jest tak wysoka. Wielkie koncerny zarobią miliardy dolarów a
do USA popłyną nowe strumienie ropy.
Jest jednak także drugi powód - co najmniej tak samo ważny. Zawładnięcie nad
iracką ropą zmieni globalny układ sił na korzyść USA. Kraje Unii Europejskiej
i Japonia są bowiem znacznie bardziej uzależnione od ropy z Bliskiego Wschodu
niż mocarstwo Busha. Większość importowanej do USA ropy pochodzi z krajów Ameryki
Płd (Wenezuela, Kolumbia, Meksyk), które wyraźnie przewyższają udział Arabii
Saudyjskiej. Tymczasem w przypadku ekonomicznych rywali z Europy i Japonii dominuje
ropa z Bliskiego Wschodu.
Kontrola Bliskiego Wschodu oznacza więc także większą kontrolę potencjalnych
konkurentów.
Tym bardziej, że przeoranie Bliskiego Wschodu wykracza poza Irak. Obok "zmiany
reżimu" w Iranie, Syrii i Libii administracja Busha ma coraz bardzie niejednoznaczny
stosunek do swego tradycyjnego sojusznika - Arabii Saudyjskiej. To głównie z
tego kraju siły pod wodzą USA atakowały w czasie poprzedniej wojny z Irakiem.
Do dziś stacjonuje tam kilka tysięcy amerykańskich żołnierzy.
Dlaczego więc proamerykańska dyktatura w Arabii Saudyjskiej staje się coraz
mniej wygodna? Dlatego, że choć proamerykańska, to zbyt niezależna. Tym razem
- głównie w trosce o własne głowy - reżim Saudów odmówił przeprowadzenia ataku
na Irak z własnego terytorium.
Co więcej, podobnie do reszty krajów arabskich przynajmniej werbalnie sympatyzuje
z Palestyńczykami wzywając Izrael do podjęcia rokowań. Tymczasem republikańska
prawica chce uznać represje Palestyńczyków jako po prostu przedłużenie "wojny
z terroryzmem". Oczywiście, także wcześniejsi prezydenci USA widzieli w
Izraelu lojalne, zależne od siebie i uzbrojone po zęby państwo pełniące rolę
strażnika interesów USA na Bliskim Wschodzie i mogące karać niepokorne kraje
arabskie. Jednak duża część administracji Busha uważa, że Izrael powinien pełnić
tę rolę poprzez odrzucenie wszelkich negocjacji i oparcie się na nagiej sile
(tak, jak to widzi rząd Szarona), która pomoże USA w przeobrażeniu całego Bliskiego
Wschodu.
Najważniejszą stawką w rozgrywce z Arabią Saudyjską jest jednak OPEC (Organizacja
Eksporterów Ropy Naftowej). Królestwo Saudów to kraj o największych udokumentowanych
złożach na świecie i jednocześnie główna siła OPEC. Kartel ten dał się we znaki
już w latach siedemdziesiątych sztucznie windując w górę cenę ropy. Do dziś
jego istnienie pozwala krajom członkowskim na pełnienie niezależnej roli w globalnej
układance poprzez kształtowanie ceny surowca na światowym rynku.
Marionetkowy reżim osadzony przez USA w Iraku po (w założeniach) wygranej wojnie
zapewne pod dyktando swych zwierzchników opuści kartel. W tym momencie zmiana
władz także w Arabii Saudyjskiej oznaczałby praktyczny koniec OPEC. To z kolei
oznaczałoby pełną kontrolę nie tylko największych złóż, ale i ceny ropy przez
Waszyngton i tym samym niepodważalną dominację nad europejskimi i azjatyckimi
konkurentami.
Obecna strategia USA jest więc szalenie ambitna. Ambitna w swej brutalności
i barbarzyństwie…
Opór
drugiego supermocarstwa
Bush i spółka nie są jednak wszechwładni i w realizacji swych imperialnych celów
napotykają na potężne przeszkody. Podstawową z nich jest powstanie drugiego
supermocarstwa - jak określił to felietonista New York Times - światowej opinii
publicznej. Siłą tego supermocarstwa jest ogromny, globalny ruch antywojenny.
Ruch ten już pokrzyżował plany Białego Domu. Pierwsze plany szybkiej wojny z
Irakiem dotyczyły wiosny ubiegłego roku. Protesty wymusiły bardziej przygotowaną
jesienną akcję. Wciąż jednak Bush i jego główny europejski sojusznik Blair sądzili,
że uderzenie będą mogli przeprowadzi pod własnymi sztandarami. Na takiej samej
zasadzie, jak od ponad dekady regularnie bombardują strefy bezpieczeństwa, będące
poza kontrolą władz w Bagdadzie, na północy i południu Iraku.
Kolejne protesty, szczególnie kilkusettysięczna demonstracja w Londynie, spowodowały,
że postanowiono jednak dostać na wojnę pieczątkę ONZ. Działania antywojenne
zamiast słabnąć, nadal się nasilały. W listopadzie milion osób demonstrowało
przeciw wojnie we Florencji.
Tak potężny ruch pozwolił na uwidocznienie się poważnych różnic między mocarstwami.
Nie tylko Rosja i Chiny, ale także Niemcy i Francja wyraziły sprzeciw wobec
ataku. Z drugiej strony Korea Płn., nie czekając aż stanie się kolejnym celem
Busha, przystąpiła do kontrofensywy wznawiając swój program nuklearny. To z
kolei ośmieszyło retorykę USA o broni masowego rażenia i dało dodatkowy impet
ruchowi antywojennemu. 15 lutego na całym świecie protestowało kilkanaście milionów
ludzi.
Oczywiście, naiwnością byłoby myśleć, że przeciwne wojnie rządy krajów Europy,
Rosji czy Chin są miłującymi pokój owieczkami. Wiemy co się dzieje w Czeczenii,
Tybecie czy Turkiestanie Wschodnim. Znamy krwawą, kolonialną przeszłość Francji
i jej obecną konkurencję z USA o rolę Wielkiego Brata w dawnych koloniach Afryki.
Znamy rolę Niemiec z potęgowaniu chaosu na Bałkanach w ubiegłej dekadzie. Możliwe,
że kraje te w końcu poprą pęd wojenny Busha, gdy tylko dostaną większą część
łupów. Jednak fakt rozłamu wśród mocarstw i kryzys międzynarodowych instytucji
(NATO, UE, ONZ) pokazuje jak silne jest nasze drugie supermocarstwo…
Władcy USA rozpoczynając wojnę ryzykują więc bardzo wiele. Cele przeobrażenia
Bliskiego Wschodu i zmiany układu sił na świecie mogą zostać zrealizowane -
ale w zupełnie inny sposób niż wyobraża to sobie Bush. Siła protestu może przeobrazić
się w rewolucje, które zmiotą jeden po drugim proamerykańskie reżimy arabskie.
To może zaognić sytuację w Turcji, z jej ogromną kurdyjską mniejszością. Wielomilionowe
protesty mogą doprowadzić do zmiany reżimu… w Wielkiej Brytanii i samych USA.
Wielka strategia amerykańskiego imperium ma bowiem przynajmniej jeden słaby
punkt - aspekt ludzki. Naszym zadaniem jest ten słaby punkt wykorzystać.
Filip Ilkowski
Tekst ten jest w dużej mierze oparty na tekstach: A. Callinicos, The Grand Strategy of American Empire (International Scioalism 97 - zima 2002 r.) i D. Plavsic, Nato's Sea of Troubles wraz z uzupełnieniem N. Howarda (Socialist Review, styczeń 2003 r.).