Na lewym skrzydle

JAKA DEMOKRACJA?

Kilka tygodni temu wraz z grupą przyjaciół z Inicjatywy "Stop Wojnie" uczestniczyłem w bardzo interesującym spotkaniu pt. "Czy można uniknąć wojny w Iraku?". Mimo obiecującego tytułu spotkanie zdominowane było przez prowojenne tuby, jak Konstanty Gebert, Wojciech Giełżyński czy ulubieniec mediów prof. Zbigniew Lewicki. Na dokładkę mieliśmy przedstawiciela ambasady USA i chadeckiego eksperta z Niemiec krytykującego rząd Schroedera za psucie stosunków z USA.
Dla uczciwości dodam, że było także dwóch palestyńskich mówców zajmujących stanowisko antywojenne, przytłoczonych jednak przez front fanów Busha.
Spotkanie było jednak o tyle interesujące, że najtęższe prowojenne umysły przedstawiały tak dziecinne argumenty na poparcie własnych tez, że wygwizdaliby ich chyba przedszkolacy. (Można więc współczuć prof. Lewickiemu, który próbuje je wciskać na wykładach studentom.)
Zabawnie było słuchać, jak kolejni prowojenni eksperci przeczą sobie nawzajem. Jeden mówi, że chodzi o broń masowego rażenia, która grozi demokratycznemu światu. Drugi, że nie chodzi o broń (bo mnóstwo krajów ma jeszcze bardziej rażącą broń), ale Saddam to tyran, więc trzeba wprowadzić demokrację. Kolejny jest zdania, że demokracji i tak po wojnie nie będzie, ale Irak ma kontakty z terrorystami. Jeszcze jeden twierdzi, że żadne kontakty nie są udowodnione, ale i tak trzeba uderzyć…
Jeden mówca jest zdania, że w tej wojnie nie może chodzić o ropę, bo USA ma dużo ropy. Drugi, ze jednak ropa jest ważnym argumentem. Obaj popierają atak. Itd. itp.
Kiedy jedna z antywojennych koleżanek zwróciła uwagę, że mówcy obalają własne argumenty, przedstawiciel ambasady USA stwierdził, że nie ma żadnych sprzeczności, bo wszyscy są przeciw Hussajnowi. Koniec kropka.
Deską ratunku dla wojennych podżegaczy (jak określił siebie Giełżyński) wydawał się być argument o demokracji. USA to kraj demokratyczny a Irak to dyktatura. Czy powinniśmy poprzeć dyktaturę?
Chciałoby się powiedzieć, ze w ten sam sposób można usprawiedliwić podboje kolonialnej Anglii sprzed ponad stu lat… ale nie traćmy czasu.
Zastanówmy się w jakiej demokracji naprawdę żyjemy. W Polsce ponad trzy czwarte ludności jest przeciw wojnie. Przygniatająca większość wypowiada się przeciw niej także w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy Włoszech. Nie przeszkadza to jednak rządom tych krajów wiernopoddańczo popierać Busha. Demokracja tu nie obowiązuje.
Co ciekawe, widać jak niewiele znaczy wrzucona do urny kartka wyborcza. Rząd Partii Pracy Blaira idzie ręka w rękę z arcykonserwatystami w stylu Busha, Berlusconiego czy Aznara. Z drugiej strony prawicowiec Chirac i socjaldemokrata Schroeder wspólnie próbują bardziej niezależnej polityki od USA.
Gdyby we Francji rządził lewicowiec Jospin zapewne mielibyśmy potok argumentów, że to dzięki jego partyjnej przynależności Francja podpada Stanom. Fakty są jednak brutalne - decyduje nie kolor rządów a interesy wielkiego biznesu.
Spójrzmy na Europę Wschodnią. Od postreżimowych socjaldemokratów w Polsce czy na Węgrzech, poprzez "normalnych" socjaldemokratów w Czechach, ortodoksyjnych liberałów w państwach bałtyckich po monarchistów w Bułgarii wszystkie rządy powtarzają, jak papugi, mądrości Busha. Czy miało znaczenie jak ludzie zagłosowali? Niech wierzy, kto chce…
Prawdziwą demokrację odnajdujemy więc w milionach ludzi na całym świecie, którzy mobilizują się przeciw planom prezydenta USA i - najczęściej - także własnym, opartym o parlamentarną większość i społeczną mniejszość, prowojennym rządom.
Takiej demokracji możni tego świata wypowiadają jednak wojnę.

FILIP ILKOWSKI