SENS PROTESTÓW
Czy protesty przeciw wojnie mają
sens? Czy nie jest tak, że Bush i spółka i tak robią co chcą? Wielu ludzi -
nawet tych, uczestniczących w protestach - zadaje takie pytania.
Od ponad roku ludzie masowo demonstrowali przeciw wojnie. We wrześniu, w Londynie
było kilkaset tysięcy ludzi. W listopadzie, we Florencji - milion. Na całym
świecie 15 lutego już kilkanaście milionów. Pomimo tak ogromnych protestów wojna
jednak wybuchła. Czy mamy więc jakikolwiek wpływ na rzeczywistość?
Podobny sceptycyzm i brak wiary we własne siły najbardziej cieszy przyjaciół
władcy w Białym Domu. W każdym konflikcie strony go prowadzące chcą dowodzić
swej wszechwładności i nieuchronności zwycięstwa. Nie inaczej jest w konflikcie
agresorów Iraku z globalnym ruchem antywojennym. Oni mają być bardzo silni a
my bardzo słabi. Nie dajmy się jednak nabrać - fakty pokazują, że już bardzo
napsuliśmy krwi możnym tego świata a potencjał mamy dużo, dużo większy…
(Za) późna wojna
Polski minister obrony narodowej, Jerzy Szmajdziński, stwierdził 31 marca, że
"wojna wybuchła bardzo późno, prawie… za późno" a z tego powody żołnierze
"koalicji" mogą mieć problemy z niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi.
Fakt, ze wojna wybuchła tak późno a US Marines może odechcieć się walki w irackim
upale to jednak namacalny efekt ruchu antywojennego.
Nie zapomnijmy, że pierwsze plany ataku na Irak dotyczyły już zeszłorocznego
przedwiośnia. Później pewnym terminem wydawała się jesień. W obu przypadkach
większa część administracji USA nie chciała sobie zawracać głowy ONZ. Wychodzono
z założenia, że atak wraz z kilkoma sojusznikami (głównie Wielką Brytanią) szybko
uciszy niemrawe głosy sceptyków we Francji czy Rosji, które będą musiały się
pogodzić z faktami dokonanymi.
Ponadto zawsze kraje te można przekupić kontraktami czy, w przypadku Rosji,
milczeniem w sprawie Czeczenii, gdy wojna już wybuchnie.
Plan ten miał jednak słaby punkt. Pójście na wojnę nawet bez brytyjczyków wydawało
się zbyt odważne, tymczasem brytyjski ruch antywojenny odnosił spektakularne
sukcesy (na czele z wrześniową demonstracją, w tym czasie największą na świecie).
Pozycja rządu Blaira był coraz słabsza - gdy większość ludzi była przeciw wojnie
coraz więcej posłów jego własnej Partii Pracy zaczęła występować przeciw premierowi.
Właśnie słabość Blaira wydawała się głównym powodem pójścia do ONZ po wojenną
pieczątkę. Wydawało się to formalnością. Gdy Irak zezwolił na powrót inspektorów
rozbrojeniowych ONZ, USA zablokowały ich wyjazd forsując nową, prowokacyjną
rezolucję dającą inspektorom wszechwładne uprawnienia. Rezolucja przeszła przez
Radę Bezpieczeństwa bez sprzeciwu. Wydawało się, że wojna jest tuż, tuż. Jeśli
Irak nie przyjmie warunków - można natychmiast zaatakować. Jeśli przyjmie -
bardzo szybko znajdzie się przykład "złamania jej postanowień".
Protesty zaostrzają podziały
Siła ruchu antywojennego zmieniła jednak bieg wydarzeń. W czasie wrześniowych
wyborów w Niemczech SPD, partia kanclerza Schroedera, wygrała tylko dzięki postawieniu
na sprzeciw wobec wojny w Iraku. Rosnące protesty, szczególnie milionowa demonstracja
we Florecji, dodały także wigoru państwom chcącym grać bardziej niezależną rolę
wobec USA. W zaskakujący dla wielu sposób na "orędownika pokoju" wyrósł
prawicowy zwolennik francuskiego militaryzmu - Chirac.
Niezależnie od intencji Chiraca, Schroedera czy Putina tak ostre podziały wśród
władców tego świata okazały się dla USA niespodziewanym problemem. Tym bardziej,
że w tej atmosferze swój program nuklearny wznowiła Korea Północna, grając Bushowi
na nosie i kompromitując rzekome powody ataku na Irak.
Co więcej proamerykański rząd Turcji pod dużą społeczną presją (94 % przeciw
wojnie) odmówił przyjęcia amerykańskich żołnierzy mających utworzyć "front
północny" w wojnie z Irakiem, bardzo komplikując plany strategów w Białym
Domu.
Słabsza pozycja polityczna
U podstaw wszystkiego leżały wielkie protesty antywojenne. Chociaż Bush w końcu
zdecydował się zaatakować ignorując ONZ (w przeciwnym razie imperium zostałoby
ośmieszone), nie tylko warunki atmosferyczne dla najeźdźców są znacznie trudniejsze,
ale ich pozycja polityczna - dużo słabsza.
Widzimy to nawet w sposobie prowadzenia wojny. Choć codziennie giną cywile agresorom
trudno prowadzić niszczącą cywilną infrastrukturę kampanię nalotów (jak w czasie
wojny w Wietnamie, Iraku w 1991 czy Jugosławii w 1999). Aby zachować pozory
"wyzwalania" jak dotychczas "koalicjanci" musieli się powstrzymywać.
Oczywiście, może się to zmienić. To jednak doprowadzi do dalszego wzmocnienia
ruchu antywojennego i osłabienia pozycji odpowiedzialnych za kolejne zbrodnie.
Możliwy
upadek reżimów
Widzimy więc, że ruch antywojenny ma już na swoim koncie spore sukcesy. Nasze
możliwości są jednak dużo większe. Im dłużej potrwa wojna, im bardziej oczywista
będzie okupacja (zamiast zapowiadanego wyzwolnenia), tym słabsze będą proamerykańskie
reżimy na Bliskim Wschodzie. W tym momencie masowe demonstracje antywojenne
w Egipcie czy Jordanii odbywają się niemal codziennie. Reakcja reżimów w tych
krajach, czołowych sojuszników USA w regionie, to mieszanka represji i przyzwolenia,
kija i marchewki. Bez wątpienia świadczy to o słabości i pierwszych objawach
paniki.
Gdy władzom trudno udawać, że też są przeciw tej wojnie pozostają kule i policyjne
pały. Nieprzypadkiem pierwsze ofiary śmiertelne naszego ruchu miały miejsce
w Jemenie. Konieczność uciekania się do takich środków świadczy nie sile władz,
ale o ich słabości i wyobcowaniu od społeczeństwa.
Fakt, że Liga Państw Arabskich, nie wyłączając proamerykańskich reżimów otrzymujących
z USA pomoc wojskową, zdecydowanie potępiła agresję na Irak także świadczy o
tym, że panujący w Egipcie czy Arabii Saudyjskiej drżą o własne głowy - i to
dosłownie.
Jeśli wojna i okupacja Iraku nie będzie układała się po myśli Busha realna perspektywą
będzie przekształcenie się antywojennych zamieszek w antyreżimowe rewolucje.
Gdy upadnie jeden z reżimów, kolejne mogą stać się kolejnymi kostkami domina.
Jednym z celów tej wojny jest przeobrażenie Bliskiego Wschodu. Cel ten może
zostać osiągnięty, ale w sposób, o którym Bush, Cheney czy Rumsfeld nie myśleli
w najczarniejszych snach… Upadek lojalnych reżimów w roponośnym regionie byłby
dla imperium potężnym policzkiem.
Słabe
punkty w Europie
Taki scenariusz miałby wielki wpływ na innych sojuszników Białego Domu - począwszy
od Turcji, z jej antywojenną populacją i ogromną mniejszością kurdyjską, skończywszy
na prowojennych rządach w Europie.
Słabym punktem Busha ponownie okazać się może Blair, jak również rządzący we
Włoszech i Hiszpanii - Berlusconi i Aznar. Jest bardzo prawdopodobne, że upadki
proamerykańskich reżimów oznaczałyby także niepokoje społeczne i upadki rządów
(już dziś bardzo słabych) w Europie. Jeśli potężny ruch antywojenny w tych krajach
przekształci się w ruch strajkowy (czego są już dziś pierwsze symptomy!) przyszłość
tamtejszych władz wydaje się przesądzona.
Oczywiście, gdy z hukiem wylecą Blair czy Berlusconi nie będzie to bez wpływu
na rządzących w Polsce. Taki scenariusz dodałby impetu ruchowi antywojennemu
także na tutejszym podwórku. Z pewnością Polska nie pozostałaby wyspą na morzu
upadających rządów…
Potężny problemy na całym świecie odbiłyby się w końcu na słabnącej pozycji
samej administracji Busha. Nie zapomnijmy, że już dziś protesty antywojenne
w USA należą do największych na świecie. Szaleńcom w Białym Domu w takiej sytuacji
prowadzić wojnę byłoby bardzo trudno. Utrata kontroli nad kolejnymi krajami
i narastający bunt własnego społeczeństwa byłyby ostatnim gwoździem do trumny
opętanych myślą o hegemonii nad światem.
Protesty z pewnością mają sens. Mamy wpływ na rzeczywistość - i to w skali przekraczającej
granicę wyobraźni większości z nas.
Filip Ilkowski