NIE TEGO SIĘ SPODZIEWAŁ GANG BUSHA

Chris Harman komentuje wojnę w Iraku (5.04.2003)

Niezależnie od tego, jaki będzie ostateczny wynik działań wojennych, pierwsze dwa tygodnie wojny przyniosły klęskę tych, którzy uporczywie parli do zastosowania najbardziej barbarzyńskich metod - mam tu na myśli najbliższych doradców Busha i Rumsfelda, skupionych w Białym Domu oraz krytykę jakiej została poddana strategia Donalda Rumsfelda i Tony'ego Blaira przez wysoko postawionych amerykańskich i brytyjskich generałów.

Potęga militarna
W tej wojnie nie chodzi tylko o ropę naftową. Chodzi przede wszystkim o pokazanie całemu światu, iż kapitalizm amerykański jest w stanie użyć swej potęgi militarnej w dowolnym czasie i miejscu, gdy tylko zapragnie narzucić komukolwiek swą wolę, czyniąc to niewielkim kosztem dla siebie. Pomysły te wywodzą się bezpośrednio ze strategii wojskowej, znanej jako Projekt na rzecz Nowego Amerykańskiego Stulecia ("Project for the New American Century" ) stworzonej przez neokonserwatystów z kręgu Rumsfelda. Jeżeli Stany Zjednoczone mogłyby pokonać Irak, używając do tego wojsk o liczebności mniejszej niż połowa tego, co zostało użyte w czasie wojny w Zatoce Perskiej w 1991, przy znacznie mniejszym niż ówczesne poparciu międzynarodowym, wówczas nikt na świecie nigdy już nie ośmieliłby się sprzeciwić się ich żądaniom.

Doktryna
Stąd wywodzi się też ich nieograniczona wiara że błyskawiczna szarża na Bagdad może zakończyć się sukcesem. Stąd też przekonanie że mieszkańcy Basry poderwą się do powstania i powitają jak wyzwolicieli tych, którzy nie znają ich języka, nie wiedza niczego o ich tradycjach, tych, którzy oznajmią o swoim przybyciu, wywieszając sztandar USA na zdobytych pozycjach. Rumsfeld, Cheney, Wolfowitz, Richard Perle i reszta od lat twierdzili że Stany Zjednoczone zdolne są do prowadzenia dwóch lub trzech wojen jednocześnie, w miarę potrzeby zmniejszając udział wojsk pancernych i ciężkiego sprzętu zamiast tego opierając się na lotnictwie i lekko uzbrojonych siłach lądowych. Obecna akcja w Iraku miała udowodnić poprawność tej doktryny. Szybkie zwycięstwo pozwoliłoby im zaatakować pozostałe kraje na "osi zła" Busha: Iran, Syrię, Koreę Północną, w dalszej perspektywie -- Kubę, Wenezuelę, a w końcu -- Chiny.
Robin Cook oraz Glenda Jackson (byli minister i posłanka z ramienia Partii Pracy - przyp. tłum.), mimo ich sprzeciwu wobec wojny twierdzą iż szybkie zwycięstwo wojsk anglo-amerykańskich miałoby być najszybszym sposobem na zakończenie rozlewu krwi. Każdy kto uważa podobnie, jest w błędzie. W rzeczywistości, szybkie zwycięstwo stanowiłoby preludium do rozpętania barbarzyństwa na znacznie większą skalę.
Takie zwycięstwo oznaczałoby iż Stany Zjednoczone mogłyby znów zacząć szarogęsić się na całym świecie, tak jak czyniły to w latach 50. i 60., zanim poniosły klęskę w Wietnamie. W jednym przypadku mogło to polegać wprowadzeniu rządów dyktatorskich, w drugim -- na obaleniu demokratycznie wybranego rządu za to, ze przeprowadzał "niesłuszne" reformy, w trzecim, czwartym i piątym -- na wspieraniu bandytów z paramilitarnych organizacji, by mogli bezkarnie torturować i mordować. Szybkie zwycięstwo w Iraku jednak do tej pory nie nastąpiło i jest mało prawdopodobne że kiedykolwiek nastąpi.


Okupacja
Na całym Bliskim Wschodzie ta wojna słusznie postrzegana jest jak wojna toczona w imię imperialistycznej okupacji. Iraccy szyici i ludzie o przekonaniach lewicowych, którzy mają poważne powody by nienawidzić Saddama Husajna, stawiają opór inwazji zamiast witać żołnierzy Busha i Blaira. Robert Fisk, korespondent wojenny (londynskiej -przyp. tłum.) gazety Independent donosi z Bagdadu, iż pierwszego napadu samobójczego na najeźdźców dokonał iracki szyita w średnim wieku.
Rzecznik rządu amerykańskiego nazwał ten czyn "aktem terrorystycznym", co jest oczywistym nadużyciem językowym -- poświęcenie własnego życia w walce z najeźdźcą powszechnie uznawane jest za akt bohaterski. W rzeczywistości, jak sugeruje Fisk, zdarzenie to świadczy być może o istnieniu organizacji ruchu oporu "o których nie wiedzą nic ani Amerykanie, ani Irakijczycy".
Stany Zjednoczone pokazały jak bardzo obawiają się takiego rozwoju wypadków, żądając od władz Iranu, by uniemożliwiły przekraczanie granicy irackiej zbrojnym oddziałom szyickich wygnańców z Iraku.
Amerykanie są wyraźnie zaskoczeni tempem, w jakim ten nieoczekiwany opór rośnie. Taka reakcja może się przyczynić do jeszcze większego umocnienia ruchu oporu.
Na razie, póki anglo-amerykańskie wojska oblegają Bagdad i Basrę w oczekiwaniu na okręty, które mają dostarczyć ciężki sprzęt pancerny potrzebny, by wyruszyć na podbój Półwyspu Arabskiego, ich dowódcy, powodowani strachem, mają coraz mniej zahamowań w rażeniu irackich celów cywilnych.

Wietnam
Taka sytuacja jeszcze bardziej podsyca nastroje rozgoryczenia. Toteż trudno się dziwić iż nagle, w ubiegły weekend, polityczni komentatorzy przypomnieli sobie o tym co od 30 lat jawiło się amerykańskim wojskowym tylko w koszmarach nocnych -- o wojnie w Wietnamie. Ci wojskowi w latach 60. byli przekonani iż dysponowali wtedy wystarczającą silą by zmiażdżyć opór Wietnamczyków. I rzeczywiście wygrywali jedną bitwę po drugiej. Udało im się nawet w końcu zdławić wielką ofensywę Tet wiosną 1968.
Nie udało im się jednak zatrzymać narastającego oporu wewnątrz Wietnamu i międzynarodowego ruchu antywojennego, który osiągnął siłę niespotykaną wcześniej w historii.
W końcu musieli uciekać: opuścili Wietnam w maju 1975 i zaniechali bezpośrednich wojskowych interwencji na świecie aż do roku 1983, kiedy zaatakowali Grenadę -- maleńką wysepkę na Karaibach.

Klęska polityczna
W ubiegłym tygodniu rząd wietnamski wydał komunikat o wojnie w Iraku. "Angażując potężną maszynę wojskową, rząd Stanów Zjednoczonych zwycięży militarnie, nie uniknie jednak klęski politycznej". Ta konkluzja jest moim zdaniem nazbyt pesymistyczna. Polityczne konsekwencje tej wojny mogą tak dalece zdestabilizować rządy sojuszników Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, by pozbawić gang Busha korzyści, które zamierzali osiągnąć w wyniku napadu na Irak. Narastająca fala protestów antywojennych na świecie wspiera ducha oporu na Bliskim Wschodzie.
Ruch ten pokazał również, iż opór wobec projektu Nowego Amerykańskiego Stulecia nie ogranicza się tylko do świata muzułmańskiego: przeciwnikami tego projektu są również socjaliści, związkowcy, ateiści, chrześcijanie, żydzi odrzucający syjonizm -- każdy, kto wierzy iż lepszy świat jest możliwy.
Wspólnie sprzeciwialiśmy się tej wojnie. Teraz powinniśmy też wspólnie cieszyć się z tego, że pustynie Iraku staną się dla Busha, Rumsfelda i Blaira ich Wietnamem.

Tłum. Roman Juszkiewicz