LIST OTWARTY DO PARTII

J. KUROŃ I KAROL MODZELEWSKI

Dnia 27 XI 1964 roku decyzja Komitetu Uczelnianego PZPR przy UW zostaliśmy wykluczeni z szeregów Partii, a dnia XII 1964 roku Karol Modzelewski został decyzją KUZMS usunięty również z organizacji młodzieżowej. Powodem wykluczenia był napisany przez nas tekst o charakterze analityczno-programowym, zarekwirowany w czasie naszego zatrzymania w dniu 14 XI przez władze MSW. W sprawie tej Biuro Śledcze MSW prowadzi do­chodzenie z art. 155 Kodeksu Karnego z 1932 r., § l i 2. W związku z naszą sprawą zostali wykluczeni z Partii tow.tow. Stanisław Gomółka i Joanna Majerczyk, a towarzysz Eugeniusz Chylą został skreślony z listy kandydatów PZPR; towarzysze Gomółka i Chylą zostali również usunięci z szeregów ZMS. To­warzysze ci nie są autorami zarekwirowanego przez MSW tekstu, ale zarzucano im częściowe solidaryzowanie się z jego treścią, bądź też z naszą postawą i poglądami. Z listem otwartym występujemy wyłącznie z własnej inicjatywy, jako autorzy tekstu, i wyłącznie we własnym imieniu, a nie w imieniu pozostałych towarzyszy, usuniętych z Partii i ZMS w związku z naszą sprawą.

Sprawie tej władze partyjne i władze MSW nadały znaczny rozgłos. Pomijamy informacje, podawane publicznie przez działa­czy partyjnych i wyższych funkcjonariuszy MSW poza Uniwersy­tetem. Na terenie uczelni informacje takie wygłoszono na zebra­niu aktywu ZSP. na zebraniu aktywu partyjnego w Domu Stu­denckim przy ulicy Kickiego, na posiedzeniu KU ZMS ubiegłej kadencji, na Konferencji Sprawozdawczo-wyborczej uniwersytec­kiej organizacji ZMS. Zebrania poświęcone naszej sprawie odby­ły się w Oddziałowych Organizacjach Partyjnych na wydziale psychologii-pedagogiki, historii, ekonomii politycznej (dwukrotnie) i filozofii. Uchwała KU PZPR w sprawie wykluczenia nas z Partii podjęta została w imieniu uczelnianej organizacji partyjnej, a zatem musi być podana do wiadomości wszystkich jej członków. Spodziewamy się wiec, że sprawa nasza omawiana będzie na zebraniach wszystkich organizacji oddziałowych, a także na zebraniach ZMS.

Nie będąc już członkami Partii ani ZMS, nie mamy możli­wości uczestniczenia w tych zebraniach. Nie możemy więc odpo­wiadać na stawiane nam zarzuty, ani prostować wersji oficjal­nych, przeinaczających nasze poglądy i przedstawiających je w fałszywym świetle. Ogół członków Partii na Uniwersytecie tekstu naszego nie zna. Dowiaduje się więc o jego treści na podstawie tego, co zechcą powiedzieć sekretarze lub aktywiści Komitetu Uczelnianego, którzy w tej sytuacji mają monopol informowania opinii partyjnej. Tym bardziej ogół członków ZMS: nawet Ko­mitet Uczelniany tej organizacji, mimo, że musiał decydować o usunięciu z ZMS trzech towarzyszy, nie otrzymał naszego tekstu, a tylko referat egzekutywy i uchwały Plenum KU PZPR w naszej sprawie.

Wiadomo, że przy pomocy cytowania wyrwanych z kontekstu pojedynczych zdań można przedstawić treść każdego dokumentu w sposób nieprawdziwy. Naszym zdaniem oficjalne relacje o napi­sanym przez nas tekście cechuje daleko posunięta dowolność wo­bec oryginału. Cytując kilka lub kilkanaście wyrwanych zdań stwarza się wrażenie, że jest to zbiór ostrych, demagogicznych i niczym nie umotywowanych haseł, zajmujący z niewiadomych przyczyn aż 128 stron maszynopisu. Tymczasem, cokolwiek by się nie mówiło o merytorycznej trafności naszej analizy i o poli­tycznej wartości wysnutych z niej wniosków, jest to logiczna konstrukcja, którą obalać można tylko polemizując z całością wywodu a nie epatując cytatami, które wyrwane z kontekstu nierzadko zmieniają w ogóle sens. Ponadto, w oficjalnych rela­cjach nie tylko przemilcza się zawartą w tekście analizę, ale zby­wa się paroma ogólnikami rozdział programowy, mający decydu­jące znaczenie dla oceny politycznego charakteru dokumentu. Wreszcie relacje (wystąpienia) oficjalne posługują się inwekty­wami pod adresem tekstu („prymitywna demagogia"), oraz po­ziomu moralnego i intelektualnego autorów (dwulicowość, nie­uczciwość, nawet brak odwagi cywilnej). Zdarzają się wypadki fałszerstw, w których nieświadomość trudno nam uwierzyć (rze­komo postulujemy zatrzymywanie bezpośrednio przez robotnika całego wytworzonego przezeń produktu, rzekomo nawołujemy ro­botników do zaniżania wydajności pracy w celu ograniczenia wyzysku).

W tej sytuacji uważamy za konieczne poinformowanie człon­ków Partii i ZMS na UW o naszych prawdziwych poglądach i wynikającej z nich postawie politycznej jedyną dostępną nam drogą tj. w liście otwartym. Zwracamy się do członków Partii i do członków kierowanej przez PZPR organizacji młodzieżowej, mimo tego, że poglądy nasze i dokument, który napisaliśmy, określa się jako „antypartyjny". Jeśli to nadużywane słowo ma oznaczać, że stoimy na stanowisku przeciwnym praktyce poli­tycznej PZPR i że oceniamy negatywnie jej rolę społeczną — protestujemy przeciw takiemu określeniu. Na zarzut o dwulico­wość i nieuczciwy stosunek do towarzyszy partyjnych odpowia­damy, że:

1) do naszego obecnego stanowiska doszliśmy stopniowo, w drodze ewolucji poglądów, częściowo w toku trwających od blisko pół roku prac nad tekstem, głównie pod wpły­wem rozwoju sytuacji społecznej i politycznej w kraju, oraz do­świadczeń w pracy partyjnej i ZMS-owskiej w ciągu ostatniego roku (zamknięcie Klubu Dyskusyjnego, stosunek Partii do listu 34 intelektualistów i wiecu z 14 kwietnia 1964 roku, likwidacja metodami wyłącznie dyscyplinarnymi dyskusji w ZMS i tp.).

2)poglądy nasze miały charakter opozycyjny wobec aktualnej polityki kierownictwa partyjnego, co było ogólnie znane gdyż głosiliśmy je publicznie -— w klubie dyskusyjnym, na zebraniach ZMS-owskich i partyjnych, często wbrew stanowisku instancji. Z tego powodu byliśmy upominani i karani również przez ludzi, którzy swoich poglądów w szerokim gronie (np. w klubie poli­tycznym) nie głosili, którzy dziś zarzucają nam dwulicowość. W końcu zostaliśmy pozbawieni możliwości prowadzenia działalno­ści politycznej wśród młodzieży, co na Uniwersytecie oznacza praktycznie odsunięcie od działalności politycznej w ogóle. Za­mierzaliśmy po ukończeniu pracy nad tekstem głosić ze wszys­tkich dostępnych nam trybun zawarte w nim tezy i z taką mo­tywacją polityczną złożyć legitymacje partyjne. Tekst ukończony nie został (brakuje w nim dwóch rozdziałów, ponadto rozdziały ekonomiczne były raczej brulionem niż ostateczną formą analizy i miały być przerobione. W skutek wkroczenia organów MSW sprawą zajęły się instancje partyjne i zostaliśmy z Partii i ZMS wykluczeni). W tej sytuacji fakt naszego odejścia z Partii uważa­my za zrozumiały, nie podlegający dyskusji niezależnie od form i okoliczności w jakich się to dokonało. Oznacza to, że politycz­nie rozstaliśmy się z naszymi towarzyszami partyjnymi i organiza­cyjnymi. Ale fakt rozbieżności w niczym nie zmienia naszego szacunku dla ich przekonań i dla nich samych. Powodowani szacunkiem, który wymaga rzetelnego informowania towarzyszy, nawet przy najbardziej zasadniczej odmienności stanowisk poli­tycznych, przedstawiamy członkom Partii i ZMS na UW zarys naszej analizy i programu, które zawarte były w zarekwirowanym przez MSW tekście i które są naszą aktualną platformą ideową.

I. Władza biurokracji

Według oficjalnej doktryny, żyjemy w kraju socjalistycznym. Teza ta opiera się na utożsamieniu państwowej własności środ­ków produkcji z własnością społeczną. Akt nacjonalizacji przeka­zał przemysł, transport, banki na własność społeczeństwu, a sto­sunki produkcji oparte na własności społecznej są ex definitione socjalistyczne.

Rozumowanie to jest pozornie marksistowskie. W rzeczywis­tości do marksowskiej teorii wprowadzono tu element z gruntu jej obcy — formalne, prawne rozumienie własności. Własność państwowa może kryć rozmaite treści klasowe w zależności od klasowego charakteru państwa. Państwowy sektor w gospodarce współczesnych krajów kapitalistycznych nie ma nic wspólnego z własnością społeczną. Nie tylko dlatego, że poza nimi istnieją prywatne korporacje kapitalistyczne, ale dlatego, że robotnik fa­bryki kapitalistycznej państwowej jest najzupełniej pozbawiony własności, gdyż nie ma realnego wpływu w państwie, a więc żadnej kontroli nad swoją pracą i jej produktem. Historia zna przykłady społeczeństw klasowych i antagonistycznych, w których dominowała państwowa własność środków produkcji (tzw. azja­tycki sposób produkcji).

Państwowa własność środków produkcji — to tylko forma własności. Należy ona do tych grup społecznych, do których na­leży państwo. W systemie gospodarki znacjonalizowanej wpływ na całokształt decyzji ekonomicznych (a więc władanie środkami produkcji, podział i wykorzystanie produktu) może mieć tylko ten, kto ma udział lub możliwość wpływania na decyzje władzy państwowej. Władza polityczna łączy się z władzą nad procesem produkcji i podziału.

Do kogo należy władza w naszym państwie? Do jednej, mo­nopolistycznej partii — PZPR. Wszystkie istotniejsze decyzje podejmowane są najpierw w partii, a potem dopiero w organach oficjalnej władzy państwowej; żadna istotna decyzja nie może być podjęta i realizowana bez sankcji władz partyjnych. Nazywa się to kierowniczą rola partii, a ponieważ monopolistyczna par­tia uznaje się za reprezentantkę interesów klasy robotniczej, jej władza ma gwarantować władzę klasy robotniczej.

Jeśli jednak nie chcemy oceniać systemu wg. tego, co myślą i mówią o sobie jego przywódcy, musimy zobaczyć, jakie możli­wości wpływu na decyzje władzy państwowej ma klasa robotnicza.

Poza partią— żadnych. Rządząca partia jest bowiem mono­polistyczna. Klasa robotnicza nie ma możliwości organizowania się w inne partie, a tym samym formułowania, propagowania i walki o realizację innych programów, innych wariantów podziału dochodu narodowego, innych koncepcji politycznych niż progra­my i koncepcje PZPR. Monopolu partii rządzącej na organizowa­nie robotników strzeże cały państwowy aparat władzy i przemo­cy: administracja, policja polityczna, prokuratura, sądy, a także kierowane przez partię organizacje polityczne, demaskujące w zarodku próby podważenia kierowniczej roli PZPR.

Ale z górą milion członków Partii — to zwykli obywatele, wśród nich kilkaset tysięcy — to robotnicy. Jakie są ich możli­wości wpływu na decyzje władz partyjnych, a tym samym władz państwowych? Partia jest nie tylko monopolistyczna, ale zorga­nizowana na zasadach monolitycznych. Wszelkie frakcje, grupy o odrębnych platformach, zorganizowane prądy polityczne są w niej zakazane. Każdy szeregowy członek ma prawo do własnego zdania, nie ma natomiast prawa do organizowania innych podob­nie myślących wokół swego programu i do zorganizowanej - propagandowej, wyborczej walki o jego realizację. Wybory do instancji partyjnych, na konferencje i zjazdy stają się w tych wa­runkach fikcją, gdyż nie odbywają się na bazie różnych platform i programów (czyli rozeznania alternatyw politycznych), a reali­zacja inicjatywy politycznej w masowym środowisku wymaga organizacji. W ewentualnych próbach kształtowania decyzji ,,gó­ry" masa szeregowych członków Partii jest pozbawiona organiza­cji, zatomizowana, a więc bezsilna. Jedynym źródłem inicjatywy politycznej mogą być z natury rzeczy zorganizowane instancje, a więc aparat. Jak każdy aparat, jest on zorganizowany hierar­chicznie: z dołu w górę płyną informacje, z góry na dół — de­cyzje i polecenia. Tak w każdym zhierarchizowanym aparacie, źródłem poleceń jest elita, zespół ludzi zajmujących w hierarchii eksponowane stanowisko i zbiorowo kształtujących podstawowe decyzje. W naszym systemie elita partyjna jest zarazem elitą władzy; wszystkie decyzje władzy państwowej są podejmowane przez nią, na górnych szczeblach hierarchii partyjnej i państwowej występuje zresztą z reguły kumulacja stanowisk. Sprawując wła­dzę w państwie, dysponuje ona tym samym całokształtem upań­stwowionych środków produkcji, decyduje o rozmiarach aku­mulacji i spożycia, o kierunkach inwestycji, o udziale poszczegól­nych grup społecznych w konsumpcji i dochodu narodowego, sło­wem o podziale i wykorzystaniu całego produktu społecznego. Decyzje elity są samodzielne, wolne od wszelkiej kontroli ze stro­ny klasy robotniczej i pozostałych klas i warstw społecznych. Robotnicy nie mogę na nie wpływać, ogół członków Partii też nie. Wybory do Sejmu i Rad Narodowych w warunkach istnienia jed­nej i odgórnie ustalonej listy i przy braku rzeczywistych różnic programowych między PZPR a partiami satelitarnymi (ZSL, SD) staja się fikcję. Tę partyjno-państwowę elitę władzy, wolną od kontroli społecznej i samodzielnie podejmującą całokształt węzło­wych decyzji gospodarczych o znaczeniu ogólnokrajowym (oraz całokształt decyzji politycznych) nazywać będziemy centralną po­lityczną biurokracją.

Przynależność do centralnej politycznej biurokracji wyznacza realny współudział w kształtowaniu podstawowych decyzji poli­tycznych i gospodarczych o znaczeniu ogólnokrajowym, podejmo­wanych centralnie. Dokładne ustalenie zakresu elity jest prawdo­podobnie niemożliwe, przybliżone ustalenie wymagałoby prowa­dzenia badań socjologicznych na temat, który jest zupełnym tabu. Dla nas jednak sprawę najważniejszą nie jest liczebność i organi­zacja wewnętrzna biurokracji, lecz jej rola w społeczeństwie i w społecznym procesie produkcji.

Jeśli szeregowi członkowie partii są zdezorganizowani w ewen­tualnych próbach wpływania na decyzje biurokracji, są oni jed­nocześnie zorganizowani do wykonywania jej poleceń na zasadach dyscypliny partyjnej. Kto się sprzeciwia, jest usuwany, a poza partią nie ma prawa zorganizować się, a więc działać. W ten spo­sób partia, która na szczytach swej hierarchii jest po prostu zorganizowaną biurokrację, ,,na dole" staje się narzędziem dezor­ganizacji prób oporu i wywierania wpływu na władze ze strony klasy robotniczej, a zarazem organizuje klasę robotniczą i inne środowiska społeczne w posłuszeństwie wobec biurokracji. Taka samą funkcję pełnią pozostałe organizacje społeczne kierowane przez Partię, łącznie ze Związkami Zawodowymi. Tradycyjna or­ganizacja robotniczej samoobrony ekonomicznej, poddana kie­rownictwu jedynej zorganizowanej siły politycznej, tj. partii, sta­ła się posłusznym organem biurokracji, czyli władzy państwowej: politycznej i ekonomicznej. Klasa robotnicza jest pozbawiona or­ganizacji, programu, środków samoobrony.

Biurokracja sprawuje zatem całokształt władzy politycznej i ekonomicznej, pozbawiając klasę robotniczą środków nie tylko władzy i kontroli, ale nawet samoobrony. Wodzowie biurokracji uważają się przy tym za wyrazicieli interesów klasy robotniczej. Jeśli nie mamy oceniać systemu według deklaracji przywódców, musimy zanalizować klasową istotę biurokracji. Fakt, że sprawuje ona władzę, sprawy w ostateczny sposób nie przesądza. Decydują stosunki produkcji: musimy się więc przyjrzeć procesowi produk­cji i stosunkom w jakie w tym procesie wchodzą ze sobą klasa robotnicza, jako podstawowy twórca dochodu narodowego i cen­tralna polityczna biurokracja, jako zbiorowy dysponent środków produkcji.

II. Płaca, produkt dodatkowy, własność

Kto wytwarza dochód narodowy i jak przedstawia się jego podział? Według teorii marksowskiej, dochód narodowy powsta­je w sferze produkcji materialnej, tj. w przemyśle, budownictwie, częściowo w transporcie, w rolnictwie i rzemiośle. W przemyśle twórcą dochodu narodowego jest tzw. robotnik łączny czyli ogół pracowników przygotowujących, wykonujących i zabezpieczających techniczny proces produkcji. A więc poza robotnikami bez­pośrednio i pośrednio produkcyjnymi, również technologowie, konstruktorzy, projektanci, inteligencja techniczna. Nie są nato­miast pracownikami produkcyjnymi ludzie, których funkcja nie polega na zabezpieczeniu technicznego procesu wytwarzania, lecz na nadzorowaniu określonego układu stosunków między ludźmi zaangażowanymi w tym procesie, czyli nadzorcy pracy najemnej, technokracja. Wprawdzie oni również zabezpieczają produkcję w tym sensie, w jakim zabezpieczał je antyczny dozorca niewolni­ków, feudalny rządca folwarku pańszczyźnianego, czy współczesny dyrektor kapitalistycznej fabryki. Ich zadaniem jest jednak zabez­pieczenie istniejących stosunków a nie samego materialnego pro­cesu wytwarzania. (Jest to oczywiście podział abstrakcyjny, gdyż na ogół nadzór ten pełni funkcje zarówno techniczne jak i spo­łeczne, ale w działalności zawodowej majstra czy przeciętnego in­żyniera dominuje funkcja technicznego zabezpieczenia produkcji, zaś w działalności inżyniera — funkcja organizacyjna, tj. nadzo­rowanie ludzi i określonego układu stosunków produkcji w fabryce.)

W rolnictwie pracownikami produkcyjnymi, czyli twórcami dochodu narodowego są chłopi indywidualni, robotnicy PGR i nieliczni u nas chłopi zrzeszeni w Spółdzielniach Produkcyjnych, w miejskim sektorze drobnotowarowym — rzemieślnicy.

Ostatnio lansuje się tezę, że marksowska koncepcja, ograni­czająca wytwarzanie dochodu narodowego do sfery produkcji ma­terialnej, jest przestarzała — dziś dochód narodowy wytwarzają wszyscy pracujący. W szeroko pojętym sektorze usług (tj. poza sferą produkcji materialnej) zaspokaja się bowiem pośrednio po­trzeby produkcji, spożycia i organizuje życie całego społeczeństwa, czyli zaspokaja określonym nakładem pracy istotne potrzeby spo­łeczne.

Takie rozumowanie byłoby uprawnione tylko w takim społe­czeństwie, w którym odbywa się ekwiwalentna wymiana pro­dukcji i usług. A więc pod warunkiem, że producent dóbr mate­rialnych otrzymuje z powrotem w postaci świadczonych jemu, a nie komu innemu usług, równowartość tej części produktu swej pracy, którą oddaje on na utrzymanie szeroko pojętego sektora usług, a jednocześnie akumulacja podporządkowana jest jego in­teresom. Jeśli warunki te nie są spełnione, to traktowanie wszel­kiej pracy (a więc również pracy policjanta, prokuratora, oficera, hotelarza) jako pracy produkcyjnej skutecznie maskuje wyzysk. Cały dochód narodowy, poza częścią przeznaczoną na akumulację, można by wówczas sprowadzić do płac różnego rodzaju pracow­ników, czyli do wynagrodzenia za pracę „produkcyjną". W ten sam sposób można by zamaskować fakt wyzysku we współczes­nym społeczeństwie kapitalistycznym; poza indywidualnym spo­życiem dóbr materialnych przez klasę kapitalistów, które stanowi niewielki ułamek produktu społecznego, a nawet niewielką część dochodów tej klasy, cala reszta dochodu narodowego sprowadziła­by się do płac i dochodów producentów dóbr materialnych, płac innych pracowników, zatrudnionych bezpośrednio przez kapitalis­tów lub przez państwo, oraz funduszu akumulacji. Takie rozumo­wanie nie miałoby nic wspólnego z obiektywną analizą naukową, a wszystko — z apologetyką.

Przyjmujemy takie kategorie rozumowania, które służą ana­lizie rzeczywistych sprzeczności, a nie ich ukrywaniu. Dlatego przyjmujemy za Marksem, że dochód narodowy jest uprzedmio­towioną pracą pracowników produkcyjnych sektora produkcji ma­terialnej, podstawą akumulacji, oraz szeroko pojętych „usług" jest materialny produkt wytworzony w tym sektorze: zatem two­rzenie funduszu akumulacji, oraz wydatki na policję, wojsko, kulturę, lecznictwo i tp. — to wykorzystanie wytworzonego do­chodu narodowego poza tymi usługami, za które robotnik płaci z własnej kieszeni, cała reszta utrzymywana jest z nieopłaconej części pracy robotnika i chłopa, czyli z produktu dodatkowego. Musimy zatem przyjrzeć się podziałowi tego produktu, aby stwier­dzić, w czym interesie wykorzystywane są jego poszczególne części.

Podstawowe grupy wytwórców dochodu narodowego w na­szym kraju to robotnicy i chłopi indywidualni. Jaki jest ich udział w podziale produktu ich pracy?

Chłopi indywidualni lokują produkty swej pracy na rynku. Ale 75% produkcji gospodarstw chłopskich jest zbywane za po­średnictwem państwa, które nabywa te produkty po cenach prze­ciętnie o 40% niższych od rynkowych. Ponadto państwo jako faktyczny monopolista na rynku kształtuje rynkowe ceny produk­tów rolnych w niekorzystnej dla chłopa relacji do produktów przemysłowych. Sprawę tę na razie pomijamy. Wrócimy do niej przy analizie sytuacji w rolnictwie.

Robotnicy uczestniczą w podziale dochodu narodowego w za­kresie, który wyznacza przede wszystkim ich płaca robocza. Czym jest w naszym kraju płaca robocza i od czego zależę jej rozmiary? Według szacunków profesora Kaleckiego, przeciętny realny dochód na robotnika zatrudnionego, wykonującego podobny, jak przed wojną rodzaj pracy był w 1960 roku o około 45% wyższy niż w roku 1937 (płaca realna za tę samą pracę wzrosła w mniej­szym stopniu, ze względu na szybszy od wzrostu płacy wzrost konsumpcji zbiorowej, oraz wzrost dochodów z tytułu zajęć zarobkowych poza pracą podstawową). Powojenna statystyka kosztów utrzymania nie uwzględnia ukrytego wzrostu cen, a więc zaniża wzrost kosztów utrzymania. Przyjmujemy jednak, że sza­cunek prof. Kaleckiego jest w zasadzie trafny. Wzrost wynagro­dzenia za pracę w okresie 1949-1960 przypada głównie na lata 1956-59. Był to okres dla systemu nienormalny (kryzys politycz­ny, naruszenie monolityzmu Partii, strajki i powszechne kolek­tywne żądania podwyżek płacy, krótki okres świetności Rad Ro­botniczych, wybieranych przez załogi i do połowy 1958 roku niezależnych od aparatu partyjnego: aparat władzy był stosunko­wo słaby, społeczeństwo stosunkowo silne). W takich warunkach, w ciągu niespełna 4 lat klasa robotnicza wywalczyła podwyżkę płac realnych o 30% i uzyskała co najmniej 3/4 z owego przyros­tu dochodu realnego na zatrudnionego robotnika w porównaniu z rokiem 1937. W okresie 1949-1955 o istotnym wzroście płacy realnej trudno mówić. Podobnie w okresie po roku 1959. Jak wynika z analizy budżetów rodzinnych GUS w ciągu ostatnich 4 lat (1960-63) realny dochód na głowę w rodzinie robotników przemysłowych wzrósł o 2,5%. Biorąc pod uwagę ukryty wzrost cen, nie uwzględniony w statystyce oficjalnej, należy przypusz­czać, że stopa życiowa większości rodzin robotniczych przez ostat­nie 4 lata nie tylko nie wzrosła, ale nawet nieco się obniżyła.

Tymczasem, wartość globalnej produkcji przemysłowej w ro­ku 1963 była prawie dziewięciokrotnie wyższa, niż w roku 1938 (i 1948), zaś dochód narodowy wzrósł w latach 1949-1963 prze­szło dwu i pół krotnie. Wzrost spożycia na głowę był oczywiście w latach 1949-60 wyższy niż skromny wzrost płacy realnej, a to wskutek wzrostu zatrudnienia. Jest to jednak konsekwencją uprzemysłowienia w każdym systemie. Tzw. stopa wyzysku nie za­leży od rozmiarów zatrudnienia tylko od stosunku wytworzonego produktu do rozmiarów płacy roboczej, czyli opłaty za pracę, tworzącą ten produkt. Wzrost wytworzonego przez robotnika dochodu narodowego był niewspółmiernie szybszy od skromnego wzrostu jego płacy realnej (po większej części wywalczonej w ciągu paru lat w warunkach dla systemu wyjątkowych). W latach 1960-62 produkcja czysta przemysłu wzrosła o 20%, a płaca ro­bocza o niespełna 5%, jednocześnie ceny artykułów żywnościo­wych wg. oficjalnych statystyk wzrosły o 3,4% w handlu uspo­łecznionym, o 7% w lokalach gastronomicznych i o 12% na tar­gowiskach. Stopa życiowa rodzin robotniczych, jak już widzie­liśmy, nie wzrosła wcale.

Polscy fizjologowie żywienia ustalili 4 normy spożycia. Nor­ma A — ledwo wystarczająca, nie wskazana na dłuższy okres, przewiduje na osobę dorosła, lekko pracującą fizycznie w okresie miesiąca 3000 g. mięsa. Wg. budżetów rodzinnych GUS w 20% rodzin robotniczych spożycie mięsa nie osiąga normy ledwie wy­starczającej, w granicach tej normy utrzymuje się 34% rodzin, a powyżej normy A, lecz wciąż jeszcze poniżej normy B (dostatecz­nej) spożywa 16% robotników. Spożycie warzyw, ryb, owoców, masła, jaj w rodzinach robotniczych kształtuje się na poziomie o wiele mniej korzystnym niż spożycie mięsa.

Jak wynika z przeprowadzonych w 1957 badań nad położe­niem robotników w Warszawskiej Fabryce Motocykli, 23% ro­dzin badanych robotników jadało mięso na obiad l raz w tygod­niu lub rzadziej, zaś dalsze 25% rodzin spożywało obiad z mię­sem dwa razy w tygodniu. Można by przypuszczać, że dane sprzed. 7 lat są już nieaktualne, ale spożycie mięsa i przetworów na mieszkańca naszego kraju wynosiło w 1957 roku średnio 43,9 kg, a więc było wyższe niż w 1960 (42,5 kg) i niewiele niższe niż w roku 1962 (45,8 kg).

Podstawa minimum egzystencji jest nie tylko jedzenie, ale również ubranie, mieszkanie, elementarne wygody i sprzęty do­mowe. W 1957 roku przypadało średnio na jednego badanego ro­botnika WFM 0,51 garnituru wełnianego, 1,05 garnituru z ma­teriałów niskoprocentowych, 0,8 oddzielnych spodni i 0,6 od­dzielnej marynarki. W grupie osób o najniższych dochodach (1.8% Kulanych) l garnitur wełniany przypadał na 5-ciu robotników. Z odzieży zimowej przypadało średnio na osobę 0,15 płaszcza zi­mowego z wełny, i 0,12 płaszcza zimowego z materiałów nisko­procentowych, 0,2 jesionki wełnianej i 0,5 jesionki z materiałów niskoprocentowych. Można by przypuszczać, że od tego czasu sy­tuacja znacznie się poprawiła. Ale średnia płaca realna wzrosła w latach 1958-63 o około 12% wg. danych oficjalnych, a realna płaca robotnicza wzrosła z pewnością mniej od przeciętnej ogól­nej (w latach 1960-63 średni dochód realny ogółu rodzin pracowników przemysłowych wzrósł o 4,5"ó , a rodzin robotniczych o 2,5%).

W 10% badanych rodzin pracowników WFM przypadło po­niżej 3 m2 powierzchni mieszkalnej na osobę, w dalszych 19% rodzin od 3-4 m2, a w 10% rodzin od 4-5 m2 i w 13% rodzin 5-6 m2. Łącznie 52% rodzin posiadało poniżej 6 m2 powierzchni mieszkalnej na osobę. Ciepłą wodę bieżącą posiadało w mieszka­niu 1% badanych rodzin, zimna wodę bieżącą — 46% rodzin. Ubikacje posiadało w domu mieszkalnym 25% rodzin, łazienki — 7% rodzin. Na jednego członka badanych rodzin robotniczych przypadało średnio 0,3 łóżka. 65% robotników WFM chorowało na przewlekłe choroby.

Z danych GUS o budżetach rodzin robotniczych wynika, że aż do trzeciej grupy zamożności (600-800 złotych miesięcznie) wzrost zarobków jest przeznaczony przecie wszystkim na zwięk­szenie spożycia mięsa i przetworów, mleka i jego przetworów, jaj, cukru, i tp. artykułów żywnościowych. Dopiero od trzeciej gru­py dochodów wzwyż wydatki na te artykuły rosną wolniej, niż dochód rodziny, a wydatki na odzież, kulturę, oświatę i sport szybciej. Oznacza to, że w trzeciej grupie dochodów osiągnięty zostaje ten poziom zaspokojenia najbardziej elementarnych po­trzeb, który w rodzinach robotniczych uważany jest za minimum egzystencji. Poniżej tak określonego poziomu minimum egzysten­cji żyje około 16-18% rodzin robotniczych, co w przybliżeniu odpowiada Liczbie rodzin, w których spożycie mięsa nie osiąga normy ledwie wystarczającej.

Minimum egzystencji dotyczy ludzi żyjących w społeczeństwie, a więc nie jest niezmienne. Jest społecznie i historycznie uwa­runkowane i na ogół rośnie wraz z ro/wojem przemysłu, techniki i ogólnego poziomu kultury danego społeczeństwa. Rozwijający się nowoczesny przemysł potrzebuje robotnika o rosnących kwa­lifikacjach i przygotowaniu ogólnym, o coraz wyższym poziomie kultury, a co za tym idzie o rosnących potrzebach osobistych — zarówno duchowych jak materialnych. Dziś minimum egzystencji robotnika w Polsce jest niewątpliwie znacznie wyższe, niż było w 1937 roku. Podobnie dzieje się zresztą w społeczeństwach kapi­talistycznych: i w większości krajów zachodnio-europejskich real­ny dochód na zatrudnionego robotnika wzrósł w ciągu ostatnich 25-30 lat na pewno nie mniej niż o 45%, ale płaca robocza nie przestała w skutek tego być tym czym była ćwierć wieku temu: odpowiednikiem historycznie ukształtowanego minimum egzysten­cji czyli ceną siły roboczej.

Jak wynika z analizy budżetów rodzinnych GUS, różnice w wysokości spożycia w rodzinach robotniczych wynikają nie z rozpiętości płacy roboczej, ale przecie wszystkim z różnic w liczeb­ności rodziny i ilości pracujących zarobkowo. Oznacza to, że obec­nie przeciętna wysokość płacy roboczej w naszym kraju nie po­zwala 26% rodzin robotniczych osiągnąć minimum egzystencji z powodu liczebności tych rodzin, a dalszym 42°/° rodzin pozwala utrzymać się na poziomie nie przekraczającym minimum egzysten­cji. Powyżej minimum egzystencji żyją głównie małżeństwa bez­dzietne, oraz rodziny posiadające jedno, najwyżej dwoje dzieci na utrzymaniu (jeśli oboje rodzice pracują). Znaczy to, że płaca robocza w naszym kraju odpowiada historycznie ukształtowane­mu minimum egzystencji. Inaczej mówiąc, płaca robocza pozwala robotnikowi uczestniczyć w podziale dochodu narodowego tylko o tyle, o ile jest to niezbędne aby żył i wychowywał dzieci, czyli odtwarzał własną siłę roboczą i przygotowywał nowych robotni­ków przemysłu.

Płaca robocza jest więc tylko składnikiem kosztów produkcji, tak samo niezbędnym jak nakłady na surowce i maszyny.

Robotnik korzysta na ogół z mieszkania państwowego, za które płaci bardzo niewiele, a więc w znacznej części użytkuje go bezpłatnie, ale musi mieszkać, aby mógł żyć i produkować, a mieszkanie jego nie ma nic wspólnego z luksusem, a przeważnie także nic wspólnego z elementarnymi wygodami. Jest składnikiem jego minimum egzystencji, dostarczanym mu poza jego płacą.

Robotnik korzysta z bezpłatnego lecznictwa i z ulgi w zaku­pie leków, ale musi być leczony, aby mógł utrzymać swoją zdol­ność do pracy. Obsługa lekarska za darmo, lekarstwa za zniżką są składnikami jego minimum egzystencji. Gdyby zlikwidowano bezpłatne lecznictwo, podwyższono komorne i świadczenia do po­ziomu zapewniającego rentowność budownictwa i konserwacji bu­dynków mieszkalnych, płaca robocza musiałaby wzrosnąć o tyle co wydatki robotnika. Nieodpłatne świadczenia i usługi dla ro­botników są niezbędnym składnikiem jego minimum egzystencji, dodatkiem do płacy roboczej niezbędnym jak sama płaca, a więc składnikiem kosztów produkcji.

W stosunku do rozmiarów płacy roboczej, usługi te i świad­czenia są dodatkiem drugorzędnym. Cała konsumpcja zbiorowa na głowę ludności w Polsce wynosi bowiem około 1200 złotych rocznie.

Jaką część wytwarzanego przez robotnika produktu stanowi jego płaca robocza? Oficjalna statystyka daje obraz wypaczony z dwóch powodów: l) ceny, w których oblicza się produkcję dzia­łu A (produkcja środków produkcji) nie są cenami rzeczywisty­mi, lecz agregatami 5 są skalkulowane bardzo nisko w relacji z produkcją działu B (produkcja pr2edmiotów spożycia), co fałszywie powiększa udział pracy roboczej w wytworzonym produkcie. 2) Sztucznie zaniżanie cen produktów rolniczych fałszywie po­mniejsza udział rolnictwa w wytwarzaniu dochodu narodowego, a powiększa udział przemysłu.

Z konieczności jednak posłużyliśmy się w naszym tekście ofi­cjalną statystyką, traktując osiągnięte wyniki tylko jako przybli­żoną ilustrację rzeczywistości.

W roku 1952 produkcyjny pracownik przemysłu wytworzył przeciętnie produkt czysty wartości 51 tys. zł., z czego w formie płacy roboczej otrzymał przeciętnie 22932 zł. Inaczej mówiąc, jedną trzecią dnia roboczego robotnik wytwarza minimum egzys­tencji dla siebie, przez pozostałe dwie trzecie — produkt do­datkowy.

Klasa robotnicza nie ma żadnego wpływu na rozmiary pro­duktu dodatkowego, jego podział i wykorzystanie, gdyż jak już widzieliśmy, jest pozbawiona wpływu na decyzje władzy dyspo­nującej środkami produkcji i samym produktem. Nie ona wyzna­cza rozmiary płacy roboczej — zostają jej one narzucone, podob­nie jak normy (najczęściej wraz z normami). Robotnicy nie mają prawa i możliwości samoobrony ekonomicznej, gdyż jak widzie­liśmy są pozbawieni organizacji, zaś skuteczna akcja strajkowa musi być zorganizowana. Wszelka organizacja (porozumienie ro­botników) mająca na celu walkę o płace jest nielegalna i jako taka ścigana przez aparat przemocy — policję, prokuraturę, sądy. Produkt dodatkowy jest zatem odbierany klasie robotniczej prze­mocą, w rozmiarach nie przez nią wyznaczonych i wykorzysty­wany poza zasięgiem jej wpływów i możliwości kontroli.

Na jakie cele jest przeznaczany produkt dodatkowy? Po pierw­sze — na akumulację, czyli na rozszerzanie produkcji. Ponieważ jednak robotnik produkuje dla siebie tylko minimum egzystencji, cel produkcji nie jest jego klasowym celem. W istniejącym sys­temie wydatki na akumulację służą celowi, który jest dla robot­nika obcy. Po drugie — na utrzymanie aparatu przemocy — woj­ska, policji politycznej, prokuratury, sądów, więzień. Aparat ten służy utrzymaniu istniejących stosunków ekonomiczno-społecznych, w których robotnik otrzymuje minimum egzystencji i odda­je dwie trzecie swego produktu, jest pozbawiony wpływu na władzę i kontroli nad swoją pracą i jej produktem, jest pozba­wiony własnych organizacji i możliwości samoobrony. Temu sa­memu celowi służą wydatki na Partię i kierowane przez nią orga­nizacje, które dezorganizują wszelkie próby oporu i opozycji ze strony klasy robotniczej i organizują ją do posłuszeństwa wobec władzy; na dyrekcje, które pilnują robotników, aby wytworzył jak największy produkt dodatkowy i nie uszczknął dla siebie ani złotówki ponad wyznaczone mu rozmiary płacy roboczej; na apa­rat propagandy, który głosi chwałę istniejącego systemu i wyjaś­nia robotnikom, że, tak jak jest, to jest najlepiej; na administra­cje, która jest narzędziem biurokracji w sprawowaniu rządów. Są to wszystko cele wrogie klasie robotniczej, zaś przeznaczona na nie część produktu dodatkowego obraca się bezpośrednio prze­ciw robotnikowi jako policja, dyrekcja, partia.

Po trzecie — z produktu dodatkowego pokrywa się wydatki w sektorach, których funkcja na pozór nie jest związana z klaso­wą istotą systemu (nauka, oświata, szkolnictwo wyższe, kultura, służba zdrowia, usługi). Sektory te pełnią niewątpliwie funkcję ogólnospołeczną, ale funkcję taką pełni kultura, oświata, nauka, a także sama produkcja dóbr materialnych w każdym społeczeń­stwie antagonistycznym nie tracąc przez to bynajmniej charakte­ru klasowego. W omawianej grupie wydatków można wyodręb­nić następujące cele:

1) wydatki, służące pośrednio produkcji (część nakładów na naukę, np. wiedza techniczna, matematyczna i tp., część nakła­dów na szkolnictwo wszystkich szczebli — kształcenie siły robo­czej i td.). Ponieważ w istniejącym układzie stosunków ekono­micznych cel produkcji nie jest klasowym celem robotnika, więc służące pośrednio temu celowi wydatki są tak samo obojętne, obce z punktu widzenia klasowego interesu robotnika, jak akumulacja.

2) Wydatki, służące pośrednio apologii istniejących stosun­ków społecznych, i zakorzenieniu w świadomości ludzi i ukształ­towaniu odpowiednich norm życia zbiorowego. Należy tu po pierwsze część wydatków na naukę, literaturę, film, sztukę. Pod­porządkowanie interesom biurokracji tej części inteligencji twór­czej, której zawód wiąże się z kształtowaniem świadomości spo­łecznej, jest ułatwiony przez fakt materialnej zależności twórców od władz naukowych, ministerialnych, wydawniczych, przez czyn­nik polityczny (kierownicza rola partii w nauce i kulturze) i przez czynnik przymusu — istnienie cenzury. Pisarz, naukowiec, fil­mowiec może przejawić samodzielność w swej pracy zawodowej, związanej przecież z publikacjami, tylko o tyle, o ile cenzura mu na to pozwoli. Wyznaczając za pośrednictwem cenzury, polityki kadrowej, wydawniczej, kulturalnej ramy zawodowej działalności środowisk twórczych, biurokracja narzuca im funkcje apologetyczną lub milczenie. Podobnemu celowi służą częściowo nakłady na oświatę, nie tyle ze względu na propagandowe części programu szkolnego, ile ze względu na strukturę i tradycyjny system pe­dagogiczny dzisiejszej szkoły, która wychowuje młodzież zgodnie z normami życia zbiorowego, ściśle odpowiadającymi charakterowi panujących stosunków społecznych. Ta grupa wydatków służy zatem umocnieniu stosunków społecznych, w których ro­botnik nie ma kontroli nad swoją pracą i jej produktem, oraz pozbawiony jest praw politycznych, a zatem obracana jest na cele wrogie robotnikowi.

3) Wydatki na różnego rodzaju nieodpłatne usługi i świadczenia dla klasy robotniczej i masy pracowników najemnych (prze­ważająca część nakładów na służbę zdrowia, część nakładów na gospodarkę komunalną — żłobki, przedszkola, część wydatków na organizację wypoczynku i tp.). Jak już widzieliśmy, świadcze­nia te w nieodpłatnej postaci są przy obecnym poziomie płacy roboczej niezbędnym składnikiem robotniczego minimum egzy­stencji, a zatem z punktu widzenia organizatorów produkcji są częścią składową kosztów produkcji, czyli należą w istocie do produktu niezbędnego, a nie do produktu dodatkowego.

Jest rzeczą zrozumiałą, że robotnik nie może otrzymywać rów­nowartości wytworzonego przez siebie produktu w formie płacy roboczej. Aby produkcja rozszerzała się, musi być wydzielony fun­dusz akumulacji, aby utrzymać niezbędne z punktu widzenia po­trzeb robotnika i całego społeczeństwa sektory nieprodukcyjne (nauka, oświata, służba zdrowia i inne), część wytworzonego produktu materialnego musi być przekazana do tych sektorów. Ale w istniejącym systemie robotnik otrzymuje w formie płacy, usług i świadczeń tylko minimum egzystencji; produkt dodatko­wy jest mu odbierany przemocą (robotnik pozbawiony jest wpły­wu na jego rozmiary i podział, oraz wykorzystywany na cele obce lub wrogie robotnikowi). Znaczy to, że robotnik jest wyzyskiwa­ny: produkuje on minimum egzystencji dla siebie i całą potęgę państwa przeciw sobie. Produkt jego własnej pracy przeciwstawia mu się jako siła obca i wroga, a więc nie należy do niego.

Jeśli produkt wytworzony przez robotnika nie należy do nie­go, to znaczy że jego praca, tworząca ten produkt, do niego nie należy. Dlaczego tak jest?

Aby żyć, robotnik musi produkować. Aby produkcja mogła się odbywać musi nastąpić połączenie siły roboczej i środków produkcji. Robotnik dysponuje tylko swoją siłą roboczą, nie dys­ponuje natomiast środkami produkcji. Połączenie jego siły ro­boczej z cudzymi środkami produkcji może więc nastąpić tylko przez zetknięcie się robotnika, jako posiadacza siły roboczej, z właścicielami środków produkcji na rynku pracy. Robotnik jest zatem wyzyskiwany dlatego, że jest pozbawiony własności środ­ków produkcji: aby żyć musi sprzedawać swoją siłę roboczą. Od momentu, gdy dokona tego niezbędnego dla siebie aktu, tj. sprze­da zdolność do wykonania określonej pracy w określonym czasie, praca ta i jej produkt nie należą już do niego, lecz do tego kto nabył siłę roboczą, tj. do właściciela środków produkcji i wy­zyskiwacza.

Komu w naszym kraju sprzedaje robotnik siłę roboczą? Tym, którzy dysponują środkami produkcji, czyli centralnej politycznej biurokracji. Z tego tytułu centralna polityczna biurokracja jest klasą panującą: włada w sposób wyłączny podstawowymi środ­kami produkcji, nabywa siłę roboczą klasy robotniczej, odbiera jej w drodze przymusu ekonomicznego i przemocy produkt do­datkowy i wykorzystuje go w celach robotnikowi obcych i wro­gich, tj. w celach umocnienia i rozszerzenia swojego panowania nad produkcją i społeczeństwem. To jest w naszym systemie do­minujący typ stosunków własności, podstawa stosunków produk­cji i stosunków społecznych.

Mówi się, że biurokracja nie może być klasą, skoro indywi­dualne dochody poszczególnych jej członków nie umywają się do indywidualnych dochodów kapitalistów, skoro żaden biurokrata z osobna wzięty nie włada niczym prócz swojej willi, samochodu i sekretarki, skoro wejście w szeregi biurokracji odbywa się na drodze kariery politycznej, a nie dziedziczenia rodzinnego i moż­na być względnie łatwo wyeliminowanym z biurokracji w skutek politycznych rozgrywek. To nieporozumienie. Wszystkie argu­menty dowodzą tylko rzeczy oczywistej: własność biurokracji nie ma charakteru indywidualnego, lecz jest zbiorową własnością eli­ty utożsamiającej się z państwem. Akt ten określa zasadę wewnę­trznej organizacji biurokracji, ale jej klasowy charakter nie zale­ży od jej wewnętrznej organizacji i obyczajów, tylko od jej sto­sunku — jako grupy — do środków produkcji i do innych klas społecznych (przede wszystkim do klasy robotniczej). Indywidu­alne dochody kapitalistów są bez porównania wyższe, niż biu­rokratów. Ale kapitaliści ze swych indywidualnych dochodów czerpią fundusz akumulacji, opłacają nadzorców pracy najemnej, oraz pracowników obsługujących ich osobiście oraz służących umocnieniu ich znaczenia i władzy; prestiż, znaczenie, wpływy, władzę polityczną zdobywają dzięki swym indywidualnym docho­dom. Biurokracja ze swych dochodów indywidualnych pokrywa tylko część swojej bezpośredniej konsumpcji osobistej, natomiast wszystko pozostałe — a więc fundusz akumulacji, fundusz na opła­canie niezliczonej czeredy ludzi, zabezpieczającej jej panowanie, propagującej system, nadzorującej pracę i robotników i td. czerpie z dochodu państwowego, którym dysponuje w sposób wyłączny. Ze względu na małą liczebność klasy biurokracji, jej luksusowa konsumpcja pochłania znikomą część produktu społecznego, ale również w kapitalizmie osobista konsumpcja kapitalistów pochłania nieznaczny ułamek tego produktu. Nie na tym polega wyzysk: bezpośrednia konsumpcja osobista nie jest bowiem w żadnym sys­temie samodzielnym celem klasy panującej. Zarówno przywilej wysokiej konsumpcji, jak prestiż władzy, w ogóle wszystkie ist­niejące w społeczeństwie przywileje są wynikiem panowania nad produkcją. Stąd każda klasa panująca zmierza do utrzymania, utrwalenia i rozszerzenia swego panowania nad produkcją i spo­łeczeństwem; na ten cel wykorzystuje produkt dodatkowy i temu celowi podporządkowuje sam proces produkcji.

III. Klasowy cel produkcji

Każda klasa panująca wyznacza cele produkcji społecznej. Czyni to oczywiście we własnym klasowym interesie, czyli w in­teresie umocnienia i rozszerzenia swego panowania nad produkcją i społeczeństwem.

Pozycja kapitalisty indywidualnego (spółki akcyjnej, monopo­lu i tp.) w społeczeństwie zależy od rozmiarów jego kapitału, po­dobnie jak pozycja, międzynarodowa całej klasy kapitalistów da­nego kraju zależy od rozmiarów kapitału narodowego. Kapitał jest bowiem współczesną formą panowania nad pracą i jej produk­tem. Dążeniem kapitalisty jest więc przede wszystkim rozszerza­nie czyli akumulacja posiadanego kapitału. Jest on w istocie rzeczy wyrazicielem swego kapitału i jego tendencji do formo­wania się.

Kapitalista nabywa na rynku wszystkie niezbędne do produk­cji elementy: maszyny, surowce, siłę robocza. Musi więc zrealizo­wać na rynku cały wytworzony produkt. Dlatego celem produkcji nie jest dla niego sam produkt dodatkowy w postaci fizycznej, ale maksymalny zysk, czyli maksymalna różnica pomiędzy całością nakładów produkcyjnych (na maszyny, surowce i siłę roboczą) a ceną, uzyskaną na rynku przy realizacji całego produktu.

Pomiędzy dążeniem do rozszerzania kapitału, tj. aparatu wy­twórczego i samej produkcji, a niskim poziomem spożycia klasy robotniczej, określonym przez minimum egzystencji, zachodzi sprzeczność. Rodzi się ona w samym procesie wytwarzania (jak najmniej zapłacić robotnikowi i zyskać od niego jak największą produkcję), a przejawia się na rynku jako dysproporcja między rosnącymi rozmiarami kapitału i produktu społecznego, a niską zdolnością nabywczą mas. W kapitalizmie wolnokonkurencyjnym sprzeczność ta regulowana była przez cykliczne kryzysy realizacji; w kapitalizmie współczesnym przez wahania koniunktury, w nie­których wypadkach przez zwolnienie tempa wzrostu, niski stopień wykorzystania mocy wytwórczych, zbrojenie i wydatki państwo­we, które do pewnego stopnia uniezależniają produkcję od rynku, wreszcie przez wzrost spożycia tzw. klasy średniej i klasy robot­niczej, zorganizowanej w partie i Związki Zawodowe walczące o podwyższenie płac i świadczeń socjalnych. Jeśli jednak statystyki wykazują, że w długich okresach czasu udział pracy i kapitału w podziale dochodu narodowego jest mniej więcej stały, nie znaczy to, że cel produkcji uległ zmianie. Maksymalny zysk pozostaje celem, zaś wzrost spożycia mas pracujących — złem koniecznym ze względów politycznych lub ekonomicznych.

W naszym systemie nie ma kapitałów indywidualnych. Fa­bryki, huty, kopalnie, wraz z całą ich produkcją stanowią włas­ność państwa. Ponieważ jednak państwo znajduje się w rękach centralnej politycznej biurokracji — zbiorowego dysponenta środ­ków produkcji i wyzyskiwacza klasy robotniczej, więc ogół środ­ków produkcji i utrzymania przekształcił się w jeden scentrali­zowany „kapitał" narodowy. Materialna potęga biurokracji, za­kres jej panowania nad produkcją jej pozycja międzynarodowa (bardzo istotna dla klasy, zorganizowanej jako grupa utożsamia­jąca się z państwem) zależy od rozmiarów kapitału narodowego. Biurokracja dąży więc do rozszerzenia kapitału, do rozbudowy aparatu produkcyjnego, akumulacji. Jest ona wyrazicielem kapita­łu narodowego i jego tendencji do pomnażania się, podobnie jak indywidualny kapitalista jest wyrazicielem swojego kapitału.

Jaki jest klasowy cel biurokracji, realizowany w samym pro­cesie produkcji, czyli klasowy cel produkcji? Nie jest nim zysk przedsiębiorstwa, tylko produkt dodatkowy w skali całej gospo­darki narodowej. Dostarcza ona zarówno środków na akumulację, jak i na wszelkie nakłady związane z utrzymaniem i umocnieniem klasowego panowania biurokracji. W odróżnieniu od kapitalisty, biurokracja nie potrzebuje realizować na rynku produktu dodat­kowego, ani tej części produktu globalnego, która odpowiada zużyciu kapitału stałego. Jest ona właścicielem wszystkich za­kładów przemysłowych i ich produkcji, nie potrzebuje zatem sa­ma od siebie nic kupować. Jeśli przekazanie stali z huty do fabry­ki metalowej, lub węgla z kopalni do huty rejestruje się jako zakup środków produkcji, to w rzeczywistości jest to zwykła forma ewidencji przesunięcia produktu w obrębie tej samej włas­ności, a nie prawdziwy akt kupna sprzedaży. Dowodem — umo­wny charakter cen wewnątrz sektora państwowego: ceny są tylko narzędziem liczenia produktów, a więc relacje ich nie muszą odpowiadać relacjom wartości.

Jedynym elementem produkcji, którego biurokracja nie po­siada, jest siła robocza. Biurokracja kupuje ją blokiem na warunkach monopolistycznych (za wszystkimi zakładami kryje się ten sam właściciel, więc robotnik stale „wybiera" tego samego nabywcę, który nie pozwala mu zorganizować się dla obrony je­go ekonomicznych interesów), ale mimo wszystko kupuje ją na rynku. Jest to prawdziwy akt kupna — sprzedaży i robotnikowi trzeba zapłacić. Czym? Oczywiście pieniędzmi, widzieliśmy jed­nak, że banknoty nie mają dla niego tego znaczenia, co dla kapi­talisty — są po prostu środkiem kontroli nad podziałem produk­tu, którym ona dysponuje. Rozmiary płacy roboczej wyznaczają po prostu ilość środków utrzymania, znajdujących się w dyspo­zycji biurokracji i przekazywanych robotnikowi jako ekwiwalent jego siły roboczej.

W istocie biurokracja płaci za siłę robocza określoną ilością środków utrzymania, czyli produkcją przemysłu przedmiotów spo­życia, budownictwem mieszkań, szpitali, żłobków na potrzeby ro­botników i pracowników najemnych, oraz artykułami żywnościo­wymi. W warunkach indywidualnej własności ziemi produkty rol­ne nie są własnością biurokracji i musi ona nabyć je od produ­centów chłopskich na rynku. I w tym wypadku mamy do czy­nienia z rynkiem monopolistycznym, na którym biurokracja kształ­tuje ceny zbytu produkcji chłopskiej w niekorzystnej relacji do cen artykułów przemysłowych. Jest to jednak prawdziwy akt kup­na — sprzedaży i chłopu trzeba zapłacić. Czym? Znowu — pro­dukcją środków spożycia oraz przemysłowymi środkami, roli dla gospodarstwa chłopskiego. Żywność kupowana od chłopa, jest składnikiem robotniczego minimum egzystencji a zatem cena, płacona chłopom, jest częścią składowa wydatków na zakup siły roboczej do przemysłu, budownictwa, transportu i miejskich sek­torów nieprodukcyjnych. A zatem cena siły roboczej sprowadza się do produkcji przedmiotów spożycia, budownictwa mieszkań, żłobków, szpitali i tp., oraz produkcji przemysłowych środków uprawy roli. Z grubsza biorąc, jest to tzw. „dział B" (produkcja przedmiotów spożycia). Jak już widzieliśmy, siła robocza jest je­dynym elementem procesu produkcji, którego biurokracja bezpo­średnio nie posiada. Zakup siły roboczej, czyli produkcja „działu B" jest więc z punktu widzenia biurokracji jedynym wydatkiem, który trzeba ponieść, aby produkcja się odbywała i rodził się produkt dodatkowy. Dążąc do osiągnięcia możliwie największego produktu dodatkowego, biurokracja utrzymuje ten wydatek na możliwie najniższym poziomie. Produkcja dla celów spożycia jest z jej klasowego punktu widzenia złem koniecznym, produkcja dla produkcji — celem.

Rozpatrywana jako proces zachodzący między człowiekiem a przyrodą, czyli jako proces naturalno-techniczny istniejący w każdym społeczeństwie, produkcja nie może być celem sama dla siebie. Jest zawsze produkcją dla spożycia. Jest ona bowiem świadomą działalnością wywołaną przez potrzebę, zaś spożycie dóbr materialnych odradza potrzebę.

Subiektywny, prywatny cel klasy panującej (klasowy cel pro­dukcji) może być sprzeczny z tym ogólnospołecznym sensem produkcji. Jest tak zarówno w kapitalizmie, jak w systemie biu­rokratycznym, wskutek właściwego klasom panującym dążenia do rozszerzenia produkcji przy jednoczesnym klasowym ograni­czeniu podziału, a co za tym idzie — ograniczeniu spożycia. W obu systemach sprzeczność ta ogranicza w ostatecznym rachunku samą produkcję, ale nie odbywa się to w ten sam sposób.

Aby zrealizować swoje cele, tj. maksymalny zysk i jego aku­mulację, kapitalista musi zrealizować na rynku wytworzoną war­tość. Jest mu obojętne, co produkuje, ale rynek musi wchłonąć jego produkcję. Jest ona adresowana do odbiorcy rynkowego, a więc w ostatecznym rachunku do konsumenta. Dlatego efektyw­ny popyt określony przez poziom społecznej konsumpcji, wyzna­cza możliwość realizacji rynkowej, a tym samym ogranicza kapi­talistyczną produkcję i akumulację przez periodyczne kryzysy lub inne formy trudności realizacji.

O tym, w jaki sposób niski poziom konsumpcji społecznej ogranicza produkcję w systemie biurokratycznym pisaliśmy w rozdziale o ekonomicznym kryzysie systemu, który zreferujemy dalej. W każdym razie nie odbywa się to poprzez mechanizm ryn­kowy. Celem klasowym biurokracji nie jest bowiem zysk i jego akumulacja, lecz produkt dodatkowy w postaci fizycznej i roz­szerzanie produkcji, czyli bezpośrednio produkcja dla produkcji. Na rynek wchodzi w zasadzie tylko siła robocza i środki jej utrzy­mania, nie wchodzi natomiast produkt dodatkowy ani ta część produktu, która służy odtworzeniu i rozszerzeniu kapitału stałego (maszyny, surowce, paliwa i tp.). Rynek nie reguluje produk­cji, a więc niemożliwe są cykliczne kryzysy koniunktury ani w ogóle ograniczanie produkcji przez trudności realizacji rynkowej. Możliwe jest zatem przez stosunkowo długi okres utrzy­mywanie niezwykle wysokiej akumulacji i niezwykle wysokiego tempa wzrostu produkcji przemysłowej przy niskim spożyciu. Sprzeczność pomiędzy klasowym celem produkcji a spożyciem występuje w tym systemie już przed rozpoczęciem cyklu produk­cyjnego, przy układaniu planu. Zwykle w planach gospodarczych zakłada się możliwie wysoki poziom akumulacji, a więc możliwie niski poziom spożycia w dochodzie narodowym, a w związku z tym znacznie szybszy przyrost produkcji „działu A", niż „działu B". Dysproporcja pogłębia się i w toku realizacji planu: z reguły wykonanie planu inwestycyjnego bywa zagrożone i z reguły wy­stępuje tendencja do wykonania tego programu kosztem spożycia. W rezultacie udział akumulacji bywa zwykle wyższy od planowa­nego, zaś udział spożycia — niższy. Odpowiednio do tego wzrost produkcji działu „A" jest z reguły wyższy, niż zakładano zaś przyrost produkcji działu „B" — niższy.

Jest rzeczą zrozumiałą, że mimo to wzrostowi dochodu naro­dowego towarzyszy na ogół wzrost spożycia. Wynika on ze wzros­tu zatrudnienia, oraz (w daleko mniejszym stopniu) z podwyższe­nia minimum egzystencji. W pewnych okresach udział spożycia w dochodzie narodowym może być stały, lub nawet wzrastać (zwłaszcza pod wpływem bezpośredniego zagrożenia polityczne­go ze strony klasy robotniczej). Nie znaczy to bynajmniej, że kla­sowy cel produkcji ulega zmianie: biurokracja traktuje wzrost spo­życia jako zło konieczne, produkt dodatkowy pozostaje celem. Jak każde prawo ekonomiczne, produkcja dla produkcji i rozdymanie akumulacji istnieje jako tendencja, a nie jako reguła asbso­lutna Tendencja ta jest zresztą w długich okresach wyraźnie uchwytna statystycznie. W roku 1949, który z uzasadnieniem można przyjąć za punkt wyjścia (zakończenie okresu odbudowy i ostateczne ukształtowanie się stosunków ekonomicznych, spo­łecznych i politycznych, jako systemu dyktatury biurokracji (udział spożycia w dochodzie narodowym wynosił 85%, a udział akumu­lacji — 15%. W roku 1963 udział spożycia wynosił 74,6% zaś akumulacji 25,4%. Realizacja tej tendencji nie przebiegała oczy­wiście równomiernie. W r. 1950 miał miejsce raptowny skok akumulacji — z 15 do 20%,po czym aż do roku 1954 występo­wał w zasadzie jej powolny wzrost (w 1954 — 22,4%), a wy­jątkowo tylko w 1953 roku akumulacja osiągnęła nienotowany dotychczas poziom 27,1% dochodu narodowego. W latach 1956-1957 udział akumulacji obniżył się (w 1956 — 19,7%, w 1957 — 21,5%), po czym do roku 1959 proporcje spożycia i akumu­lacji były mniej więcej stale. W r. 1960 nastąpił ponowny skok akumulacji z 21,9% na 24.2%, po czym utrzymuje się tendencja jej dalszego podwyższania. W latach 1961-1963 spożycie wzrosło o 15% według danych oficjalnych, zaś akumulacja — o 23%. Na ogólne spożycie składa się obok konsumpcji indywidualnej również to, co w statystyce oficjalnej nazywa się „pozostałym spożyciem", czyli ogół nakładów materialnych w sektorach nie­produkcyjnych — od wojska i policji po żłobki i przedszkola. Udział spożycia indywidualnego w dochodzie narodowym wyno­sił w 1949 roku 77,8%, a w 1963 r. — 66,1%; jest to w ciągu całego dwudziestolecia udział najniższy, bo nawet w 1953 roku wynosił on 66,9%. Należy przy tym pamiętać, że ceny środków produkcji, w których liczy się akumulacja, mają u nas charakter umowny i są skalkulowane w stosunku do cen przedmiotów spo­życia na niskim poziomie. Powoduje to fałszywe obniżenie udzia­łu akumulacji i fałszywe podniesienie udziału spożycia w docho­dzie narodowym. Jeśli przyjąć poziom spożycia i akumulacji w 1949 roku za 100, to wskaźnik akumulacji dla roku 1963 wyno­si około 361%, a wskaźnik spożycia — około 215%. Ogranicze­nie akumulacji w latach 1956 — 59 zbiega się z kryzysem po­litycznym, względną słabością władzy i naciskiem na płace. Poza tym wyjątkowym okresem mamy do czynienia od roku 1949 z prawie nieprzerwanym wzrostem udziału akumulacji w dochodzie narodowym, a spadkiem udziału konsumpcji. W łatach 1966 — 70, ze względu na napięty program inwestycyjny, nastąpić musi dalsze przesunięcie w tym samym kierunku. Jak widać, tenden­cja „produkcji dla produkcji" nie jest mitem tylko namacalna rzeczywistością. W rozważaniach o klasowym celu produkcji po­minęliśmy zupełnie osobistą konsumpcję biurokratów. Ze wzglę­du na małą liczebność centralnej politycznej biurokracji spożycie jej pochłania tak znikomą cząstkę produktu, że praktycznie nie zależy od rozmiaru produkcji, a więc nie może wpływać na jej cele. Ale biurokracja utrzymuje z produktu dodatkowego wielką armię urzędników, propagandystów, dyrektorów, policjantów i tp., służących utrzymaniu i umocnieniu stosunków produkcji i stosunków społecznych, na których opiera się jej panowanie. Cała ta rzesza konsumuje swoją część dochodu narodowego, a znajdują się wśród niej grupy uprzywilejowane, o wysokim po­ziomie konsumpcji. Największe znaczenie ma niewątpliwie technokracja, ze względu na związek jej funkcji z procesem produkcji. Czy zatem celem produkcji nie jest także zaspokojenie potrzeb aparatu, z warstwą dyrektorską przedsiębiorstw przemysłowych na czele, a więc jednak konsumpcja grup uprzywilejowanych? Oznaczałoby to, że biurokracja nie jest właściwa klasą panującą, a tylko realizuje interesy uprzywilejowanych grup społecznych, podobnie jak elita władzy w krajach kapitalistycznych jest fak­tyczna reprezentacją polityczną wielkiej burżuazji monopolistycz­nej. Ale w warunkach kapitalizmu dzieje się tak dlatego, że ka­pitał, własność, panowanie nad pracą i jej produktem, czyli pano­wanie klasowe skupione jest w rękach monopoli, a nie samej elity. W naszym systemie panowanie nad pracą i jej produktem, kapi­tał narodowy, własność skupiona jest wyłącznie w rękach cen­tralnej politycznej biurokracji: poza nią nie ma nikogo, kto by panował nad produkcją i społeczeństwem. Technokracja niczym nie włada, mimo udziału w decyzjach, realizuje tylko polecenia biurokracji i nadzoruje wyzysk robotnika, bo za to jej płacą. Biurokracja skłonna jest nawet zapłacić dobrze, dopuścić dyrektorów i kierowników do przywilejów wysokiej konsumpcji, aby ich mocniej związać ze sobą i swoim systemem. Czyni to jednak we własnym interesie, a nie czyim kolwiek innym. Nie reprezentuje, tylko przekupuje technokratów. Z punktu widzenia robotnika wy­datki na wysoką konsumpcję dyrektorów należą do tej części produktu dodatkowego, który bezpośrednio przeciwstawia się robotnikowi.

Z punktu widzenia analizy ekonomicznej należą one do kate­gorii wydatków nieprodukcyjnych, jako że służą określonej kla­sowej organizacji produkcji, a nie samemu materialnemu proce­sowi wytwarzania.

Z punktu widzenia biurokracji,stosunki produkcji, na któ­rych opiera się jej panowanie stanowią jedyną możliwą i jedyną dopuszczalną organizację materialnego procesu wytwarzania. W istocie zatem nie ma dla niej różnicy między wydatkami produk­cyjnymi i nieprodukcyjnymi. W ramach istniejących stosunków produkcji i panowania klasowego, policjanci, propagandyści i nad­zorcy pracy najemnej są tak samo niezbędni dla zapewnienia pro­cesu wytwarzania dóbr materialnych, jak sami wytwórcy. Wyso­ka konsumpcja warstwy dyrektorskiej jest więc z punktu widze­nia klasy panującej niezbędnym wydatkiem na produkcję, a zatem nie jest celem.

Dopóki warunki społeczne i polityczne na to pozwalały, to jest do 1956 roku, biurokracja utrzymywała płace i dochody nad­zorców pracy najemnej na stosunkowo niskim poziomie — o wie­le niższym od przedwojennego i znacznie niższym od obecnego.

Spożycie licznej rzeszy niższych urzędników po dziś dzień utrzymywane jest w granicach robotniczego minimum egzystencji, mimo że służą oni istniejącemu systemowi. Jeśli bowiem mogą mu służyć za 1600 złotych, nie ma potrzeby płacić im więcej. A zatem nie tylko konsumpcja klasy robotniczej i masy nisko opłacanych pracowników, ale również wysoka konsumpcja wars­twy dyrektorskiej i innych grup uprzywilejowanych jest z punktu widzenia biurokracji złem koniecznym, zaś celem — sama pro­dukcja. Technokracja służy oczywiście realizacji klasowego celu produkcji w charakterze płatnego i kontrolowanego nadzorcy. Ale jej własny grupowy interes (produkcja dla wysokiej konsump­cji warstw uprzywilejowanych) nie tylko nie pokrywa się z celem biurokracji, lecz jest mu obcy i przeciwny. W tej mierze, w jakiej technokracja znajdzie się poza kontrolą i będzie miała możliwość przejawienia własnej inicjatywy, będzie ona dążyć do realizacji własnego celu, sprzecznego z celem produkcji wyznaczonym przez klasę panującą. Ma to istotne znaczenie dla zrozumienia stosunków zarządzenia gospodarczego w systemie biurokratycznym. Całokształt tych stosunków, czyli system zarządzania nie jest bowiem niczym innym, jak organizacyjnym narzędziem realizacji określonego celu produkcji. A zatem w społeczeństwie klasowym całokształt stosunków zarządzania jest określony przez klasowy cel produkcji. Cel ten realizowany jest w procesie produkcji przez robotników i nadzorców ich pracy, tj. technokrację.

Jak już widzieliśmy, interesem jednych i drugich jest kon­sumpcja, choć jej społeczny i materialny charakter jest zasadniczo różny; klasowy cel produkcji jest więc sprzeczny z własnymi ce­lami robotników i technokracji, zatem musi być zrealizowany wbrew ich naturalnym dążeniom. Na tym polega główne zada­nie, określające system zarządzania: ma on zmusić załogi robot­nicze i dyrekcje przedsiębiorstw do realizacji celów, wyznaczo­nych przez biurokrację. Wynika stąd przede wszystkim koniecz­ność ograniczenia do minimum pola własnej inicjatywy klasy ro­botniczej i technokracji. Tak więc dyrekcje przedsiębiorstw pozbawione są możliwości decydowania o najistotniejszych sprawach przedsiębiorstwa. Wykonują polecenia centrali i z jej ramienia nadzorują robotników. Starają się więc z kolei załogę robotniczą pozbawić własnej inicjatywy, aby zmusić ją do realizacji obcego robotnikowi celu produkcji. Decyzje o tym co, ile, jakimi metoda­mi, z jakich surowców i jakim kosztem ma produkować każdy zakład przemysłowy (ogół tych decyzji składa się na to, co nazy­wamy przedsiębiorstwami) muszą zapadać centralnie. Są one przekazywane przedsiębiorstwu w formie obowiązujących admi­nistracyjnych nakazów, tak zwanych wskaźników dyrektywnych. Na tym polega istota centralistycznego systemu zarządzenia; jak widzimy, jest on wyrazem panujących stosunków w produkcji. Często upatruje się przyczynę obecnego kryzysu gospodarki w wadliwości centralistycznego systemu zarządzania i postuluje się jego generalną zmianę w drodze odgórnej reformy usprawniają­cej. Rozumowanie to w pierwszej części bierze skutek za przy­czynę; zaś przekonanie, że w ramach określonych stosunków pro­dukcji możliwa jest dowolna zmiana całokształtu stosunków za­rządzania jest oczywistą utopią. Spróbujmy rozważyć, czy zastą­pienie centralistycznego systemu zarządzania przez tzw. system zdecentralizowany jest do pogodzenia z charakterem panujących w naszym kraju stosunków produkcji. W systemie zdecentralizo­wanym przedsiębiorstwo jest samorządne, czyli staje się tym szczeblem, na którym podejmuje się bezpośrednio decyzję pod­stawowe dla produkcji zakładu. Decyzje te podejmuje oczywiście nie sam szczebel, tylko ludzie, to jest, to jest te grupy społeczne, które na danym szczeblu mają monopol zarządzania. Jeśli więc przedsiębiorstwo zostało usamodzielnione tzn., że rządzić nim może jedna z dwu zasadniczych grup, złączonych na tym szczeb­lu więzią organizacji produkcyjnej: robotnicza załoga lub dyrekcja.

A więc biorąc pod uwagę ogół przedsiębiorstw, zarządzanie gospodarcze w systemie zdecentralizowanym należeć może albo do klasy robotniczej, albo do technokracji.

Demokracja robotnicza z natury rzeczy nie może ograniczyć się do szczebla przedsiębiorstwa. Wówczas bowiem, gdy decyzje ogólnogospodarcze i ogólnopolityczne, czyli faktyczne panowanie nad produktem dodatkowym i tworzącą go praca nie należą do klasy robotniczej, również udział robotników w zarządzaniu za­kładem musi stać się fikcja. Samorządność robotniczej załogi w przedsiębiorstwie wymaga zatem pełnej demokracji robotniczej w państwie. W takich warunkach zorganizowana klasa robotnicza wyznaczać będzie cele produkcji społecznej kierując się własnym interesem, tj. interesem masy ludzi, żyjących dziś na poziomie minimum egzystencji. Celem produkcji będzie oczywiście spożycie szerokich mas. W sumie, oznacza to obalenie istniejących sto­sunków produkcji i stosunków społecznych, a wraz z nimi klaso­wego panowania biurokracji. Sytuacja będzie z gruntu odmienna, jeśli monopol decyzji (samodzielnych) w przedsiębiorstwach na­leżeć będzie do dyrekcji i grup z nimi związanych, czyli do tech­nokracji. Stosunki takie mogą z powodzeniem istnieć za fasadą formalnego samorządu robotniczego, jeśli zachowany zostaje sys­tem jednej monopolistycznej partii rządzące'] (która nieuchronnie przekształca się w narzędzie dyktatury naci klasą robotnicza), oraz stary, policyjno-militarny aparat przemocy (policja politycz­na i armia regularna z istoty swej są narzędziami antyludowej dyktatury). System taki, istniejący w dzisiejszej Jugosławii nie ma nic wspólnego z demokracją robotniczą. Klasa robotnicza jest w nim pozbawiona wpływu na rozmiary, podział i wykorzystanie produktu dodatkowego, spożycie jej utrzymywane jest w grani­cach minimum egzystencji, a wiec jest wyzyskiwana i klasowy cel produkcji jest jej obcy. Ale to nie znaczy, że jest to ten sam cel, co w systemie biurokratycznym.

W tzw. systemie zdecentralizowanym, przedsiębiorstwo samo decyduje o swojej produkcji, zaś realizacja planu centralnego od­bywa się nie w drodze poleceń administracyjnych, tylko środka­mi oddziaływania ekonomicznego (kluczowe inwestycje realizo­wane przez centrale, odpisy amortyzacyjne, kredyt i stopa procen­towa, ewentualnie dotacje państwowe i wpływ na kształtowanie się cen rynkowych).

Przedsiębiorstwo nie może być oceniane, jak w systemie cen­tralistycznym, na podstawie wykonania wskaźników ustalonych odgórnie. A zatem jedynym kryterium oceny przedsiębiorstwa może być ekonomiczny efekt jego działalności mierzony rentow­nością — czyli zysk, zrealizowany przy sprzedaży produkcji. Zna­czy to, że rozmiary, koszty, struktura i jakość produkcji muszą być dostosowane do popytu, tak, aby nowo-wytworzona wartość została na rynku całkowicie zrealizowana.

Produkcja jest więc adresowana do odbiorcy rynkowego, czy­li w ostatecznym rachunku do konsumenta. Ponieważ na rynek wchodzą nie tylko przedmioty spożycia indywidualnego i siła ro­bocza, lecz także środki produkcji, więc produkcja jest regulo­wana przez rynek. Co za tym idzie, produkcja musi dostosowy­wać się do potrzeb konsumentów, wyrażanych popytem ryn­kowym. Państwo przez swą politykę ekonomiczną może modyfi­kować rynek, nie może jednak oderwać przedsiębiorstwa od ryn­ku, a więc odsunąć konsumenta od wpływu na produkcję. Konsu­ment wpływa na produkcję o tyle, o ile potrzeby jego wytwarza­ją efektywny popyt, czyli w zależności od siły nabywczej, jaką rozporządza. Stąd na strukturę produkcji wywiera istotny wpływ podział dochodów w społeczeństwie. Podział ten, a więc i struk­tura produkcji będą oczywiście wyglądały inaczej w systemie de­mokracji robotniczej, a inaczej w systemie technokratycznym. Zawsze jednak popyt rynkowy wyrażać będzie potrzeby jakiegoś typu konsumpcji.

A więc również w systemie technokratycznym produkcja dla produkcji, czyli specyficzny klasowy cel biurokracji, nie może być realizowany z następujących powodów:

a) Produkcja jest zależna od rynku, a zatem jest ograniczona przez rozmiary i strukturę konsumpcji w sposób daleko bardziej bezpośredni, niż w systemie centralistycznym.

b) Zarządzając przedsiębiorstwami, technokracja wpływa na pierwotny podział dochodów w kierunku ich silnej rozpiętości. Jest to przy tym warstwa stosunkowo liczna i przeznacza (podob­nie, jak pozostałe grupy uprzywilejowane) całość swych wysokich dochodów indywidualnych na konsumpcję. Powstaje w znacz­nych rozmiarach popyt efektywny na przedmioty spożycia wyso­ko standartowego i luksusowego, oraz odpowiednie usługi, co oczywiście wywiera istotny wpływ na produkcje.

c) Przekształcenie technokracji z prostych wykonawców po­leceń administracyjnych i nadzorców pracy najemnej w faktyczną władzę na szczeblu przedsiębiorstwa od razu podnosi jej rangę i znaczenie w państwie. Ze względu na swą funkcję społeczną jest ona warstwą zorganizowaną, i to zorganizowaną dla zarzą­dzania produkcją. Trzeba więc liczyć się z nią także przy podej­mowaniu decyzji ogólnogospodarczych. W ten sposób „warstwa dyrektorska" uzyskuje możliwości wpływu na decyzje ogólno-gospodarcze, które w systemie centralistycznym stanowią mono­pol centralnej politycznej biurokracji. W warunkach produkcji regulowanej potrzebami rynku i ekonomicznym oddziaływaniem Państwa, wpływ technokracji na podział dochodów i na decyzje ogólnogospodarcze rodzi tendencję produkcji dla konsumpcji wysokostandartowej warstw uprzywilejowanych. (Jest rzeczą charak­terystyczną, że występujący dziś w Jugosławii pęd do inwesto­wania dotyczy głównie przemysłu konsumpcyjnego). A zatem tzw. system zdecentralizowany nie może być w żadnym razie na­rzędziem realizacji klasowego celu produkcji, właściwego panowa­niu centralnej politycznej biurokracji. Również w przypadku, gdy klasa robotnicza jest nadal pozbawiona kontroli nad swą pracą i jej produktem, a więc wyzyskiwana, zaś zarządzanie przed­siębiorstwami skupione jest w rękach technokracji, zdecentrali­zowany system zarządzania realizuje inny cel produkcji, a zatem inny jest również skład i charakter klasy panującej, inne stosunki produkcji. Co za tym idzie, generalna zmiana stosunków zarzą­dzania możliwa jest tylko w połączeniu ze zmianą istniejących stosunków produkcji, niemożliwa w ich ramach. Centralistycz­ny system zarządzania jest wyrazem panujących stosunków pro­dukcji i jest z nimi nierozłącznie związany. Zatem te zjawiska ekonomiczne których przyczyny upatruje się zwykle w systemie wskaźników, bodźców, mierników i tp., w rzeczywistości wyni­kają ze stosunków produkcji, czyli z samej istoty systemu ekono­micznego, a nie z niesprawności w jego „funkcjonowaniu".

Właśnie stosunki produkcji, w szczególności klasowy cel pro­dukcji, a nie rozpatrywany w oderwaniu system zarządzania, de­cydują o tym, czy system społeczno-ekonomiczny sprzyja rozwojo­wi gospodarczemu, czy go hamuje. A więc — w konsekwencji — również o tym jak trwałe są obecne stosunki społeczne i oparte na nich klasowe panowanie biurokracji.

IV. Pochodzenie systemu

Według bardzo rozpowszechnionej opinii, istniejący w dzisiej­szej Polsce system został wraz z jego pierwszą ekipą rządową przywieziony do kraju przez Armię Radziecką, nie miał w „na­rodowej glebie" żadnego ekonomicznospołecznego podłoża, a więc mógł ukształtować się tylko w warunkach braku suwerenności. W ten sposób przyczyny ukształtowania się systemu biurokratycz­nego zostają odsunięte poza granice Polski, a przyczyny tego, co dzieje się poza granicami o wiele mniej interesują zwolenników tego poglądu. Interesują ich skutki, czyli istniejący stan rzeczy, przedstawiany jako „polska racja stanu". W ten sposób ideologia nacjonalistyczna wbrew pozorom sprzyja utrwaleniu stosunków społecznych, na których opiera się panowanie biurokracji.

Nie przeczymy, że warunki zewnętrzne, w których dokonało się obalenie kapitalizmu w naszym kraju (słabość elementów autentycznej, samodzielnej rewolucji, rozstrzygająca rola Armii Radzieckiej i ścisła zależność nowej władzy od biurokracji radziec­kiej, od dawna ukształtowanej w klasę panującą, oraz sytuacja w międzynarodowym ruchu komunistycznym) skutecznie przy­śpieszyły proces biurokratyzacji. Sądzimy jednak, że był on obiek­tywnie uwarunkowany przez poziom rozwoju gospodarczego i strukturę ekonomiczno-społeczną zarówno Rosji carskiej, jak Pol­ski międzywojennej, oraz znakomitej większości krajów naszego obozu, jak również przez fakt ich względnej izolacji międzynaro­dowej (wysoko rozwinięte potęgi przemysłowe pozostały kapita­listyczne). Były to w momencie obalenia kapitalizmu kraje zaco­fane, o słabym przemyśle, o wielkich nadwyżkach niewykorzysta­nej siły roboczej w postaci bezrobocia w miastach i przede wszys­tkim przeludnienia na wsi, o gospodarce podporządkowanej w ten lub inny sposób dominacji kapitału rozwiniętych przemysłowo krajów imperialistycznych. W takim kraju tylko uprzemysłowie­nie może przynieść istotną poprawę materialnych, społecznych i kulturalnych warunków bytu mas ludności wiejskiej i miejskiej, awans całego społeczeństwa. Uprzemysłowienie jest więc intere­sem ogólnospołecznym, jest głównym zadaniem stojącym przed nową władzą, która obaliła kapitalizm w interesie klasy robotni­czej i zamierza rządzić w jej imieniu.

Aparat wytwórczy w przemyśle był szczupły, a co za tym idzie mała była również nadwyżka ekonomiczna, tj. różnica mię­dzy bieżącą produkcją a bieżącą konsumpcją społeczną — ma­terialna podstawa akumulacji. Na pomoc rozwiniętych krajów kapitalistycznych nie można było liczyć, przeciwnie: mechanizm rynku światowego prowadził do rozwijania eksportu żywności i surowców, podporządkowywał gospodarkę kraju zacofanego do­minującemu na rynku kapitałowi przemysłowych potęg imperia­listycznych, a przez to hamował uprzemysłowienie i uwieczniał zacofanie. Rozwój wymagał więc uniezależnienia się od mechaniz­mu kapitalistycznego rynku międzynarodowego; uprzemysłowie­nie mogło być szybkie lub żadne. Podstawą rozwoju były wielkie rezerwy niewykorzystanej siły roboczej, uprzemysłowienie odby­wało się zatem z konieczności w drodze ich zatrudnienia i szyb­kiej budowy nowych mocy wytwórczych (tzw. droga ekstensyw­na). Przy tym wzrostowi zatrudnienia nie mógł towarzyszyć szybki wzrost spożycia, gdyż zmniejszyłoby to i tak szczupłą nad­wyżkę ekonomiczną, a przez to uniemożliwiło szybką rozbudowę aparatu produkcyjnego, zatrudnienie wolnej siły roboczej, a więc zahamowałoby uprzemysłowienie. Konieczny był maksymalny wzrost produkcji i zatrudnienie przy utrzymaniu spożycia na możliwie niskim w takich warunkach poziomie, maksymalizacja nadwyżki ekonomicznej, czyli produkcja dla produkcji. Dopóki nie zostały zbudowane podstawy przemysłu, cel taki wyrażał in­teres uprzemysłowienia kraju, a więc produkcja dla produkcji na pewien czas odpowiadała wymogom rozwoju gospodarczego i interesowi ogólnospołecznemu.

W toku uprzemysłowienia nastąpił masowy odpływ wolnej siły roboczej ze wsi do budującego się przemysłu, szybki wzrost liczebny klasy robotniczej, inteligencji technicznej i humanistycz­nej, gwałtowna rozbudowa kadr technokracji. Jednocześnie jed­nak konieczność ograniczenia spożycia podyktowała znaczną ob­niżkę zarobków technokracji, inteligencji i urzędników w stosun­ku do okresu przedwojennego, ograniczenie płac robotniczych do bardzo niskiego poziomu, co stara, kadrowa klasa robotnicza po­czuła jako obniżkę płacy, oraz politykę odbierania chłopstwu nad­wyżek produktów rolnych ponad niezbędne potrzeby gospodar­stwa i rodziny. A więc ogólnospołeczny interes uprzemysłowie­nia kraju nie pokrywał się z odrębnym interesem żadnej z wymie­nionych klas i grup społecznych z osobna wziętej. Naturalnym dążeniem każdej z nich — chłopów jako chłopów, robotników jako robotników, dyrektorów jako dyrektorów (a nie jako ludzi świeżego awansu lub posiadających realną perspektywę poprawy bytu i pozycji w społeczeństwie poprzez awans) było bowiem maksymalne zwiększenie dochodów indywidualnych i poprawa sytuacji materialnej i społecznej własnego środowiska, a więc w każdym wypadku pewien typ maksymalizacji spożycia.

Natomiast warunki uprzemysłowienia narzucały produkcję dla produkcji. Dla nowej władzy industrializacja była racją bytu, za­daniem podstawowym. Zadanie to realizowała ona wbrew odręb­nym interesom klasowym pozostałych klas i warstw społecznych, a więc w pewnym sensie przeciw nim. Przeciw pozbawionemu przemocą nadwyżek i zagrożonemu kolektywnym wywłaszcze­niem chłopstwu, przeciw klasie robotniczej, której płace utrzy­mywano na możliwie najniższym poziomie, a nawet obniżano, przeciw inteligencji i technokracji. Skuteczna realizacja takiego uprzemysłowienia wymagała pozbawienia wszystkich tych klas i warstw społecznych możliwości formułowania swych odrębnych interesów i walki o ich realizację lub w ich obronie, wymagała skupienia całokształtu decyzji politycznych i władzy nad środkami produkcji i produktem społecznym w sposób wyłączny w rękach elity nowej władzy, wymagała uniezależnienia produkcji od regulującego wpływu rynku i możliwie najdalej idącego ogra­niczenia pola własnej inicjatywy klasy robotniczej, technokracji i chłopstwa w dziedzinie ekonomicznej. A zatem wprowadzenia systemu monopartyjnego, pozbawienia wszelkich środowisk spo­łecznych własnej organizacji przez faktyczne uprzemysłowienie wszystkich organizacji, rozbudowy aparatu przemocy, skierowane­go przeciw producentom zmonopolizowania środków informacji i propagandy w rękach wszechmocnej elity, likwidacji swobód twórczych, ustanowienia centralistycznego systemu zarządzania gospodarką. Towarzyszył temu wszystkiemu masowy terror policyjny. W ten sposób elita monopolizując w swym ręku władzę polityczną, społeczną, oraz władzę nad procesem produkcji i po­działem produktu, czyli własność, uczyniła interes uprzemysło­wienia swym klasowym, niejako prywatnym interesem, uczyniła produkcję dla produkcji swym klasowym celem, źródłem umoc­nienia i rozszerzenia swego panowania. Przekształciła się więc w nową klasę panującą — centralną polityczną biurokrację, zaś państwo, którym kierowała przekształciło się w ten sposób w państwo klasowej dyktatury biurokracji. Można więc powiedzieć, że charakter zadań, uprzemysłowienia kraju zacofanego powołał do życia biurokrację jako klasę panującą, która zadania te mogła zrealizować, gdyż tylko ona swym klasowym interesem reprezen­towała interes industrializacji w takich warunkach — produkcję dla produkcji.

W tych warunkach stosunki produkcji, oparte na własności biurokratycznej, zapewniały szybki rozwój gospodarczy, dzięki czemu pozostałe klasy i warstwy społeczne miały w ramach sys­temu biurokratycznego realne możliwości poprawy bytu, pers­pektywy rozwoju i szansę awansu. Uprzemysłowienie otwierało przed podstawową masą ludności kraju zacofanego drogę do po­prawy bytu poprzez masowe przechodzenie z klas i warstw niżej sytuowanych materialnie, społecznie i kulturalnie do klas i warstw wyżej sytuowanych: ze wsi w szeregi klasy robotniczej, z szeregów chłopstwa i klasy robotniczej poprzez rozbudowującą się sieć szkolnictwa wszystkich szczebli w szeregi inteligencji tech­nicznej, urzędników, inteligencji humanistycznej, technokracji. Masowemu awansowi społecznemu, likwidacji przeludnienia wsi i bezrobocia towarzyszył wzrost poziomu kulturalnego ogółu lud­ności, rozwój lecznictwa, świadczeń społecznych, oświaty i tp. Dzięki temu, niezależnie od przemocy i terroru, biurokracja znaj­dowała we wszystkich środowiskach społecznych poparcie licznych entuzjastów. Władza jej znajdowała oparcie społeczne, jej ideologowie i propagandyści mogli skutecznie narzucać jej hegemonię całemu społeczeństwu, gdyż przeprowadzane przez nią uprzemys­łowienie oznaczało realizację interesu ogólnospołecznego. Klaso­we panowanie biurokracji opierało się więc na solidnej bazie społecznej, a zatem było trwałe tak długo, jak długo stosunki produkcji, a zwłaszcza klasowy cel produkcji, odpowiadały wy­mogom rozwoju gospodarczego. A więc dopóki nie zostały zbu­dowane podstawy nowoczesnego przemysłu.

V. Ekonomiczny kryzys systemu

Widzieliśmy,że klasowy cel biurokracji — produkcja dla produkcji — odpowiada interesom rozwoju gospodarczego w okresie pierwotnej industrializacji kraju zacofanego, tj. w okresie budowy podstaw przemysłu. Długotrwałość tego okresu zależy przede wszystkim od stopnia nasycenia gospodarki przemysłem u progu forsownej industrializacji. W Polsce zakończenie jego przy­pada na drugą połowę lat pięćdziesiątych. W roku 1956 aparat produkcyjny w przemyśle był już trzykrotnie większy, niż w roku 1949, a w roku 1960 — przeszło czterokrotnie większy.

Rozpatrzmy teraz sytuację, która powstaje, gdy po wykonaniu podstawowych zadań tego okresu utrzymuje się klasowe pano­wanie biurokracji, a wraz z nim dotychczasowy klasowy cel pro­dukcji. Podstawy wielkiego przemysłu zostały zbudowane; wy­siłek inwestycyjny lat poprzednich przyniósł efekty w postaci gwałtownego pomnożenia zasobu środków produkcji, który po­zwolił zatrudnić wolną siłę robocza. Produkcja dla produkcji oznacza tendencję do tego, by w miarę możności cały przyrost produkcji przypadał na dział „A", tj. przybierał postać nowych środków produkcji. A zatem dalsze utrzymywanie tej tendencji w opisanych warunkach ,,nasycenia przemysłem" oznacza, że cały po­mnożony zasób środków produkcji, poza absolutnie niezbędnym i w miarę możliwości jak najmniejszym wzrostem spożycia, musi być zużytkowany na wytwarzanie nowych środków produkcji, czyli na dalsze rozszerzanie aparatu wytwórczego. Innymi słowy, w parze ze zwielokrotnieniem zasobu środków produkcji powinno iść dalsze powiększanie udziału akumulacji w dochodzie narodowym.

Forsowna industrializacja kraju zacofanego nie może odbywać się w warunkach równowagi. Nadwyżka ekonomiczna jest bo­wiem szczupła i nie można szybko budować wszystkiego naraz, z zachowaniem harmonijnych proporcji. Dysproporcje powstające w toku szybkiej rozbudowy potencjału wytwórczego, stwarzają konieczność dodatkowych inwestycji i dodatkowo rozdymają fun­dusz akumulacji. Załóżmy, że cały pomnożony przez industriali­zację aparat wytwórczy ma być w pełni wykorzystany, czyli, że maja być stworzone warunki pełnego zastosowania wielokrotnie zwiększonego zasobu środków produkcji. Przy utrzymywaniu ten­dencji produkcji dla produkcji wymagałoby to tak wielkiego wzrostu akumulacji, że spożycie zostałoby w rezultacie zepchnięte poniżej poziomu społecznie niezbędnego. Należy przy tym pa­miętać, że w parze z pełnym zatrudnieniem, rozwojem cywilizacji przemysłowej i podniesieniem ogólnego poziomu kultury społe­czeństwa rosną potrzeby konsumpcyjne, uważane przezeń za nie­zbędne. Zepchnięcie spożycia poniżej niezbędnego poziomu grozi w tych warunkach ekonomiczna, społeczną i polityczną katastro­fą systemu. Jest więc niemożliwe. A wobec tego niemożliwe jest więc również takie podniesienie stopy akumulacji, które by stwa­rzało warunki pełnego wykorzystania pomnożonego zasobu środ­ków produkcji.

W ten sposób również w systemie biurokratycznym niski po­ziom konsumpcji społecznej ogranicza w ostatecznym rachunku samą produkcję. Nie odbywa się to poprzez trudności realizacji wytworzonej wartości na rynku, lecz przez bezpośrednie ograni­czenie samej reprodukcji rozszerzonej. Utrzymywanie produkcji jako celu produkcji po zbudowaniu podstaw przemysłu (czyli w warunkach „nasycenia przemysłem") rodzi sprzeczność pomiędzy łem wytwórczym przemysłu a niskim poziomem spożycia. Sprzeczność ta powoduje niepełne wykorzy­stanie zwiększonego zasobu środków produkcji, marnotrawstwo nadwyżki ekonomicznej i hamuje rozwój gospodarki. A więc sta­je się źródłem kryzysu. Najogólniej rzecz biorąc, kryzys przejawia się w zahamowaniu tempa wzrostu gospodarczego mimo zwięk­szonych nakładów na rozszerzenie produkcji. W latach 1950-55 dochód narodowy zwiększył się o 74%, a więc wzrastał o około 12% średnio rocznie. W latach 1956-60 dochód narodowy zwięk­szył się o 389'', a więc wzrastał o około 7,5% średnio rocznie; należy jednak pamiętać, że towarzyszył temu pewien spadek sto­py akumulacji w latach 1956-59 w stosunku do okresu poprzed­niego. Natomiast w pięcioleciu 1959-63 dochód narodowy zwięk­szył się o niecałe 30%, czyli wzrastał o 5,2% średnio rocznie, przy jednoczesnym wzroście inwestycji w gospodarce narodowej o 53,4%, czyli 8,9% średnio rocznie, w tym inwestycji w prze­myśle o 60%, czyli o przeszło 10% średnio rocznie. Udział aku­mulacji w dochodzie narodowym w latach 1960-63 był wyższy nie tylko od okresu 1956-59, ale nawet wyższy niż w okresie 1950-55; natomiast tempo wzrostu dochodu narodowego było ponad 50% niższe, niż w okresie 6-cio łatki, o około 40% niższe, niż w latach 1956-59 i o około 40% niższe, niż zakła­dano w planie (wg. planu, średnioroczny wzrost dochodu naro­dowego miał wynosić około 8% średnio rocznie). Oznacza to, że przy rosnących nakładach uzyskuje się malejące przyrosty docho­du narodowego w czasie. Wzrost nakładów i spadek tempa roz­woju występuje również w innych krajach dyktatury biurokra­tycznej o podobnym udziale przemysłu w wytwarzaniu dochodu narodowego (Czechosłowacja, NRD, Węgry, prawdopodobnie również ZSRR), co podkreślił ostatnio w głośnym artykule eko­nomista czeski Josef Goldman.

W latach 1960-62 udział kosztów materialnych w produkcie globalnym wzrósł z 59,7% do 61,9%, co oznacza w cyfrach abso­lutnych wzrost o 137,4 mld. zł, zaś udział dochodu narodowego spadł z 40,3% do 38,1%. W r. 1962 wytworzenie takiego sa­mego dochodu narodowego, jak w roku 1960 wymaga kosztów materialnych większych o około 22 mld. zł. Oznacza to wzrost nakładów na jednostkę wytworzonego dochodu narodowego, czy­li ogólny spadek efektywności.

Jakie czynniki powodują bezpośrednio zahamowanie rozwoju gospodarczego i wzrost jego kosztów, oraz jakie są ich istotne źródła?

W warunkach tendencji produkcji dla produkcji przy rozbudo­wanym potencjale wytwórczym hamujący wpływ niskiego spoży­cia na wzrost gospodarczy przejawia się najbardziej bezpośrednio w postaci tzw. bariery inflacyjnej. Szybkie tempo inwestycji i wzrost zatrudnienia powoduje wzrost nominalnego funduszu płac; w warunkach produkcji dla produkcji dostawy przedmiotów spo­życia na rynek nie pokrywają popytu konsumpcyjnego, co pocią­ga za sobą drożyznę i grozi spadkiem płacy realnej poniżej po­ziomu społecznie niezbędnego. Bariera inflacyjna występuje już w obecnej 5-latce, zaś w latach 1966-70, w związku z niezwykle napiętym programem inwestycyjnym, zjawisko to wystąpi w znacznie ostrzejszej formie.

2) Bariera surowcowa. tj. deficyt surowców i paliw hamuje możliwości rozwoju przemysłu przetwórczego i jest jedna z przy­czyn niepełnego wykorzystania mocy wytwórczych. Jest to zja­wisko techniczne pozornie nie związane ze stosunkami produkcji. W rzeczywistości jednak źródłem wyjątkowo ostrego deficytu su­rowców i paliw są przede wszystkim dwa zjawiska nieodłącznie związane z istniejącym systemem. Po pierwsze — sama tendencja produkcji dla produkcji oznacza, że wzrost gospodarczy przypada w miarę możności na tzw. dział „A". Tymczasem w tym dziale koszty materiałowe i paliwowe są znacznie wyższe, niż w dziale produkcji przedmiotów spożycia. Zatem rozwijając przede wszys­tkim i jednostronnie produkcje środków produkcji, powiększa się zużycie surowców i paliw na jednostkę przyrostu dochodu naro­dowego, a wiec zwiększa się... kosztów materialnych i szybciej wyczerpuje się baza surowcowa. Po drugie, z istniejącymi stosun­kami produkcji wiąże się, jak zobaczymy, ogromne marnotrawstwo surowców i paliw. Wyroby naszego przemysłu maszynowego są 1,5 do 2,5 rażą cięższe od średnich światowych; zużycie węgla na jednostkę produkcji jest w naszym przemyśle o około 40% wyż­sze od średnich światowych. Plany obniżki kosztów materiało­wych są realizowane w około 50%. Przyśpiesza to wyczerpanie bazy materiałowo-paliwowej, a więc wystąpienie bariery surow­cowej. W tych warunkach jedyną drogą przezwyciężenia bariery staja się inwestycje w przemysł surowców i paliw, a są to inwes­tycje wyjątkowo kosztowne i długotrwałe. Około 45% realizo­wanych obecnie inwestycji — to inwestycje surowcowe. Przy­czynia się to do spadku tempa wzrostu dochodu narodowego przy jednoczesnym wzroście nakładów.

3) Marnotrawstwo nadwyżki ekonomicznej w postaci nad­miernego zużycia surowców i paliw, niewykorzystania mocy wy­twórczych, oraz nadmiernego przyrostu zapasów, O marnotraw­stwie surowcowym już pisaliśmy. Stopień wykorzystania mocy wytwórczych w całym przemyśle nie jest znany nikomu, a bada­nia są tym trudniejsze, że przedsiębiorstwa starają się ukryć re­zerwy. W przemyśle elektromaszynowym stopień wykorzystania mocy wytwórczych szacuje się na około 58%. Pełne wykorzysta­nie mocy produkcyjnych tylko w tej jednej gałęzi przemysłu zwiększyłoby dochód narodowy o około 19 mld. zł rocznie. Nie­wykorzystanie aparatu wytwórczego jest zjawiskiem nagminnym; np. maszyny budowlane we wszystkich zjednoczeniach budowla­nych w kraju są wykorzystane w około 20%. Na nadmierny przy­rost zapasów składa się tzw. ,,produkcja nietrafiona" (buble), na którą nie ma zapotrzebowania, lub która nie nadaje się do wykorzystania ze względu na niską jakość. Koszty tej produkcji są stratą: nie powstaje z niej nowa wartość, ani nie powiększy się ilość przedmiotów spożycia. W latach 1961-63 gospodarka narodowa straciła w ten sposób ponad planowo około 21 mld. zł. Ile niepotrzebnych zapasów mieści się w samym planie — nie wiadomo; w każdym razie przyrost zapasów i rezerw pochłonął w 1960 r. 28,2 mld. zł (7,4% dochodu narodowego), w 1961 r. 32,9 mld. zł (8,1% dochodu narodowego) i w 1962 r. 21,4 mld. zł (5,1% dochodu narodowego).

Wspólną przyczyna niewykorzystywania mocy wytwórczych i powstawania zbędnych zapasów jest ogólne nieprzystosowanie do potrzeb. Masowemu wytwarzaniu asortymentów nie znajdujących zastosowania i odkładanych do pęczniejących maga­zynów towarzyszą ostre deficyty nie tylko surowców, ale również pewnych typów narzędzi, detali, podzespołów, co powoduje licz­ne postoje, niewykorzystanie mocy produkcyjnych i powszechną nierytmiczność produkcji (nadrabianie planów pod koniec okre­sów sprawozdawczych kosztem nadmiernej pracy robotnika i ob­niżenia jakości wyrobów). Produkcja jest nieprzystosowana do potrzeb nie tylko pod względem struktury asortymentowej, ale i pod względem jakości. Około 15% końcowej produkcji lamp oświetleniowych i około 30% lamp radiowych nie nadaje się do wykorzystania z powodu złej jakości. Ponadto niska jakość wy­chodzących do produkcji surowców, narzędzi i detali przyczynia się do obniżenia jakości wyrobów, oraz przyśpiesza zużycie środ­ków produkcji, stając się w ten sposób źródłem dodatkowego marnotrawstwa. Trudno zsumować nadmierne zużycie surowców i paliw, niewykorzystane moce wytwórcze, niepotrzebne zapasy i szkody powstałe wskutek niskiej jakości. Nie ulega jednak wąt­pliwości, że cale to marnotrawstwo pochłania wiele dziesiątków miliardów złotych rocznie. W obliczu jego rozmiarów bledną wszystkie afery gospodarcze razem wzięte.

4) Niewykorzystanie tzw. intensywnych czynników wzrostu gospodarczego, tj. wzrostu wydajności pracy poprzez moderniza­cję, postęp techniczny, postęp technologiczny (uszlachetnianie produktu, zmniejszenie kosztów surowca i tp.), oraz postęp or­ganizacyjny (wykrywanie i uruchamianie rezerw). Osiągniecie stanu ,,nasycenia przemysłem" oznacza, że aparat wytwórczy zos­tał powiększony do rozmiarów zapewniających zatrudnienie wol­nej siły roboczej przy danym poziomie wydajności pracy w rol­nictwie. Zatem dalszy rozwój nie może już odbywać się przez proste rozszerzanie aparatu wytwórczego i zatrudnianie rezerw siły roboczej, czyli drogą ekstensywna, lecz musi bazować głów­nie na czynnikach, powodujących wzrost wydajności pracy, czyli na czynnikach intensywnych. Wg. informacji podanych jesienią 1962 r. przez ministra handlu wewnętrznego, zadania planu 5-cio letniego w dziedzinie wprowadzania nowych wyrobów były wy­konywane w 57%, zadania w dziedzinie mechanizacji w 44%, a zadania w dziedzinie automatyzacji w 28%, tendencja przedsię­biorstw do ukrywania posiadanych rezerw jest powszechnie zna­na. Załamanie się planów postępu technicznego i organizacyjne­go, a więc planów wzrostu wydajności pracy w warunkach gdy rozwój nie może już jak dawniej opierać się na czynnikach eksten­sywnych, przyczynia się do zahamowania wzrostu dochodu na­rodowego.

5) Bariera eksportowa tj. napięcie bilansu płatniczego handlu zagranicznego wywołane przez wzrost importu z krajów kapi­talistycznych i niewydolność eksportową przemysłu przetwórcze­go. 18% produkcji przemysłu maszynowego jest przeznaczone na eksport; z tego jednak eksport na rynki kapitalistyczne wynosi około 4%, w tym eksport do wysoko rozwiniętych krajów za­chodnich zaledwie l%, tymczasem obroty z tymi krajami stano­wią około 39% ogółu obrotów handlu zagranicznego, a bilans płatniczy jest na tym odcinku szczególnie napięty. Wiąże się to z niewykonywaniem przez przemysł planów produkcji eksporto­wej oraz z niskim poziomem technicznym i jakościowym wyro­bów przemysłu krajowego. Ze względu na niską jakość oraz nad­mierny udział kosztów surowcowych nie znajdują one nabywców lub są sprzedawane w niekorzystnej relacji kosztów produkcji eksportowej do cen nabywanych za granicą towarów. Niedobory eksportu przemysłowego łata się wzrostem eksportu surowców, paliw i żywności, a jest to najmniej opłacalny rodzaj eksportu. W ten sposób zmniejsza się dochód narodowy do podziału, a jedno­cześnie zaostrza się krajowy deficyt surowców i paliw (czyli ba­rierę surowcową), oraz deficyt artykułów żywnościowych na ryn­ku krajowym (czyli barierę inflacyjną).

Wymienione w punktach 3, 4, 5 objawy kryzysu ekonomicz­nego wynikają w istocie z tych samych przyczyn, toteż analizuje­my je łącznie. Przyczyny te upatruje się często w wadliwym funk­cjonowaniu gospodarki, w niedostatkach systemu bodźców, mier­ników i wskaźników, w systemie zarządzania. Przedsiębiorstwa są zainteresowane w wykonaniu wskaźników dyrektywnych, ściślej mówiąc, wskaźnika podstawowego, w którym w naszej praktyce gospodarczej jest ustalona w planie wartość produkcji globalnej. Przy rygorystycznej bankowej kontroli funduszu płac najłatwiej osiąga się wykonanie tego wskaźnika produkując asortymenty, których ceny ustalone są znacznie powyżej kosztów i które od­znaczają się wysokim udziałem kosztów materiałowych a niskim udziałem pracy w produkcie końcowym. W związku z tym oszczędność surowców, postęp technologiczny, poprawa jakości, słowem wszystko co powiększa udział pracy w produkcie glo­balnym utrudnia wykonanie planu, a więc godzi w interesy przed­siębiorstwa. Dyrekcje starają się produkować to co zapewnia łatwe wykonanie planu, a nie to, co potrzebne, starają się ukryć rezerwy, by uzyskać zaniżone zadania planowe. Najłatwiej wy­konać plan wówczas, gdy został on ustalony poniżej możliwości produkcyjnych przedsiębiorstwa (tj. bez uwzględnienia rezerw), oraz produkując głównie te wyroby, których ceny są ustalone zna­cznie powyżej kosztów produkcji (które zatem zapewniają wysoką akumulację) lub wybierając takie asortymenty, w których małym nakładem pracy osiąga się wysoką wartość globalną, a więc asortymenty materiałochłonne. Poprawa jakości, obniżka kosztów ma­teriałowych, postęp technologiczny, słowem wszystko, co zwięk­sza udział pracy, a zmniejsza wartość surowca w produkcie koń­cowym, utrudnia wykonanie ilościowego planu produkcji glo­balnej; modernizacja i usprawnienia przeprowadzane z własnych środków przedsiębiorstwa grożą przekroczeniem wskaźnika fun­duszu płac lub niewykonaniem planu ilościowego. Stąd marno­trawstwo surowców, nieprzystosowanie produkcji do potrzeb, nis­ka jakość, trudności realizacji postępu technicznego, ucieczka od produkcji eksportowej i niska efektywność eksportu przemysło­wego. Winę ponosi według jednych wskaźnik produkcji global­nej, działający jako antybodziec, według innych — centralistycz­ny system zarządzania, który nie tylko stwarza antybodźce, ale paraliżuje inicjatywę dyrekcji i załóg, a tym samym intensywne czynniki wzrostu gospodarczego.

Widzieliśmy już, że centralistyczny system zarządzania jest wyrazem panujących stosunków produkcji i nie może być gene­ralnie zmieniony w ramach tych stosunków. Zobaczymy teraz, czy źródła wymienionych objawów kryzysowych nie są głębsze i czy reforma wskaźników w ramach istniejących stosunków produk­cji pozwoli przezwyciężyć kryzys.

Przede wszystkim nie jest prawdą, że dyrekcje i załogi przed­siębiorstw są zupełnie pozbawione pola inicjatywy, i że inicja­tywy nie przejawiają. Nie sposób o wszystkim decydować central­nie, jeszcze trudniej kontrolować i egzekwować wykonanie wszystkich szczegółowych poleceń, a nawet wszystkich wskaźników dyrektywnych (nie da się ocenić jednego przedsiębiorstwa z dwu­dziestu różnych punktów widzenia jednocześnie). A więc zarów­no dyrekcje, jak i załogi przejawiają własną inicjatywę. Robotnik stara się zaniżać wydajność, ukryć rezerwy na swym odcinku pracy, aby opóźnić rewizję norm, ewentualnie zdążyć wykonać w godzinach pracy „fuchę"; zaniża jakość, aby łatwiej wykonać normę, a kontrola techniczna i tak przepuści zły wyrób w „inte­resie przedsiębiorstwa", gdy wali się plan ilościowy. Dyrekcje ukrywają rezerwy przedsiębiorstwa, by uzyskać zaniżony plan, wybierają asortymenty materiałochłonne lub o wysokiej akumu­lacji, by łatwiej wykonać plan, bronią się przed produkcją ekspor­tową, pracochłonną, przed postępem technologicznym i uspraw­nieniami lub modernizacją przeprowadzaną na własny koszt przed­siębiorstwa. Cała ta masowa społeczna inicjatywa, zmierzająca do pozornego wykonania wyznaczonych przez biurokrację zadań planowych jest w istocie obrócona przeciw tym zadaniom, które językiem wskaźników dyrektywnych wyrażają cel produkcji. Jest zatem zwrócona przeciw klasowemu celowi produkcji. Jak każda inicjatywa społeczna jest to świadoma działalność zmierzająca do realizacji własnych celów i interesów środowiska. Technokracja formułuje w tym przypadku tzw. interes przedsiębiorstwa, który jest przede wszystkim jej własnym interesem, a następnie plat­formę kompromisu z załoga, ułatwiającą całości „urządzenie się" w ramach istniejących stosunków produkcji i zarządzania. W istocie marny tu więc do czynienia nie ze sprzecznością między zadaniami planu a antybodźcami zrodzonymi przez złe wskaź­niki, lecz ze sprzecznością pomiędzy klasowym celem panującej biurokracji (produkcja dla produkcji) a celami i interesami pod­stawowych grup realizujących zadania produkcyjne (maksymali­zacja spożycia). A zatem w ostatecznym rachunku jest to sprzecz­ność pomiędzy klasowym celem produkcji a spożyciem, wynika­jąca ze stosunków produkcji, a nie z błędów systemu zarządzania. Sprzeczność ta, związana nierozłącznie z istniejącymi stosun­kami produkcji, towarzyszyła im od początku wraz ze wszystki­mi objawami: marnotrawstwem surowców i paliw, nieprzystoso­waniem produkcji do potrzeb, odbijającym się szczególnie ostro na eksporcie, niską jakością, hamulcami postępu technicznego i organizacyjnego, niewykorzystywaniem intensywnych czynników wzrostu gospodarczego i tp. Ale w okresie pierwotnego uprze­mysłowienia głównym zadaniem była budowa podstaw przemys­łu i zatrudnienie wolnej siły roboczej, a więc produkcja dla pro­dukcji i ekstensywna droga rozwoju. Prawie każda nowa produk­cja powiększająca aparat wytwórczy, była osiągnięciem. System był zatem dźwignią rozwoju gospodarczego, a jego sprzeczności odsuwały się na drugi plan. Kiedy jednak aparat wytwórczy zos­tał pomnożony, rezerwy wolnej siły roboczej wchłonięte do prze­mysłu, głównym problemem stało się zastosowanie produkcyjne zbudowanego potencjału, oraz wzrost wydajności pracy. W tych warunkach nieprzystosowanie produkcji do potrzeb, niska jakość, hamulce postępu technicznego i organizacyjnego, a więc paraliż intensywnych czynników wzrostu gospodarczego wysunęły się na plan pierwszy, hamując rozwój. Dysproporcje systemu wystąpiły z całą mocą wówczas, gdy ujawniła się sprzeczność pomiędzy rozbudowanym potencjałem wytwórczym a niskim poziomem spo­łecznej konsumpcji. Zatem właśnie ta sprzeczność jest istotną przyczyna kryzysu i wszystkich jego objawów; co za tym idzie bez jej przezwyciężenia, czyli bez zmiany celu produkcji, a więc i całokształtu stosunków produkcji, niemożliwe jest przezwycię­żenie narastającego kryzysu.

Wysuwane są postulaty zmiany głównego wskaźnika produk­cji globalnej na wskaźnik produkcji czystej, oraz dalej idące po­stulaty przyjęcia zysku bilansowego jako głównego wskaźnika. Co może przynieść tego rodzaju reforma, pozostająca w ramach ist­niejących stosunków produkcji zarządzania? Prawdopodobnie oszczędniejszą gospodarkę materiałowo-paliwowa. Podstawowe sprzeczności nie zostaną jednak usunięte. Przedsiębiorstwo będzie nadal ukrywało swe rezerwy, aby uzyskać zaniżony, więc łatwiej­szy do wykonania wskaźnik podstawowy, będzie nadal wybierało te asortymenty, które dzięki wysokiej akumulacji zabezpieczają łatwe wykonanie planu, będzie nadal produkowało wyroby o nis­kiej jakości, by wykonać wskaźnik dyrektywny, który z natury swej jest zawsze ilościowy. Utrzyma się zatem ogólne nieprzysto­sowanie asortymentu i jakości produkcji do potrzeb, wraz ze skutkami tego zjawiska dla handlu zagranicznego. Przystosowa­nie produkcji do potrzeb może bowiem ocenić tylko sam odbior­ca rynkowy, a więc w ostatecznym rachunku — konsument, nig­dy zaś centralny dysponent gospodarki, sam i niezależnie od ryn­ku ustalający ceny zaopatrzenia zbytu i oceniający przedsiębior­stwo w oparciu o wykonanie centralnie ustalonych, z natury rze­czy ilościowych wskaźników dyrektywnych. Postęp technologicz­ny oraz modernizacje i usprawnienia w oparciu o własne środki przedsiębiorstwa byłyby sprzeczne z jego interesem, a więc rów­nież hamulce postępu technicznego, organizacyjnego, czyli inten­sywnych czynników wzrostu nie zostałyby zlikwidowane.

Zatem objawy kryzysu opisane w punktach 3, 4, 5 (marno­trawstwo nadwyżki ekonomicznej, niewykorzystanie czynników intensywnych ł bariera eksportowa) również wynikają ze sto­sunków produkcji i praktycznie nie mogą być przezwyciężone w ich ramach. Pomińmy jednak na chwilę abstrakcyjne założenie, że biurokracji udałoby się to osiągnąć. Przy zachowaniu istnieją­cych stosunków ekonomicznych a więc tendencji produkcji dla produkcji kryzys przybrałby formę opisaną na początku tego roz­działu. Cała marnotrawiona część nadwyżki ekonomicznej prze­kształciłaby się w dodatkowy zasób środków produkcji, których wykorzystanie zgodne z klasowym celem produkcji wymagałoby znacznego zwiększenia akumulacji i zepchnięcia spożycia znacznie poniżej poziomu społecznie niezbędnego. Praktycznie więc ba­riera inflacyjna wysunęłaby się na plan pierwszy, uniemożliwia­jąc wzrost inwestycji, a tym samym wykorzystanie dodatkowego zasobu środków produkcji. Kryzys sprowadziłby się wówczas do tego, co stanowi jego istotę, tj. do sprzeczności pomiędzy rozbu­dowanym potencjałem wytwórczym a niskim poziomem społecznej konsumpcji. Jak widać, marnotrawstwo nadwyżki ekonomicznej niewykorzystanie intensywnych czynników wzrostu i tp. — to tylko formy przejawiania się i maskowania tej podstawowej sprzeczności.

A zatem żadne usprawnienie funkcjonowania gospodarki, na­wet gdyby było możliwe, nie przyniosłoby przezwyciężenia kry­zysu, gdyby nie było związane ze zmianą klasowego celu produk­cji, z przejściem do produkcji dla spożycia.

Czy istnieją dziś jakieś poważne rezerwy gospodarcze pozwa­lające złagodzić, przynajmniej czasowo, kryzys? Rezerwy takie istniały w połowie lat 50-tych, gdy wraz z realizacją podstawo­wych zadań pierwotnego uprzemysłowienia wystąpiła na jaw sprzeczność pomiędzy rozbudowanym potencjałem produkcyjnym (aparat wytwórczy w przemyśle powiększył się 3-krotnie w sto­sunku do roku 1949), a ekonomiczny kryzys systemu dopiero się zaczynał. Podstawowym źródłem rezerw był fakt, że wielkie in­westycje, rozpoczęte w okresie poprzednim, wchodziły w latach 1956-59 w końcową fazę realizacji i zaczęły przynosić dochód. Istniała zatem możliwość osiągania względnie wysokich przyros­tów dochodu narodowego przy zmniejszonym udziale w nim akumulacji, a zwiększonym udziale spożycia.

Drugim zasadniczym źródłem rezerw, szczególnie istotnym z punktu widzenia możliwości wzrostu spożycia, było rolnictwo. Uprzemysłowienie spowodowało przejście znacznej większości lu­dzi zbędnych w rolnictwie do miasta lub w każdym razie do pra­cy poza rolniczej. Rozładowanie przeludnienia wsi znacznie po­prawiło strukturę agrarną, zwiększyło dochody większości gos­podarstw chłopskich, a więc stworzyło możliwości wzrostu wy­dajności rolnictwa i zwiększenia masy towarowej. W warunkach stalinowskiej polityki bezwzględnego odbierania wszelkich nad­wyżek, oraz groźby kolektywnego wywłaszczenia możliwości te nie były wykorzystywane, gdyż zwiększanie produkcji nie było dla chłopów opłacalne. Zmiana polityki rolnej polegająca na re­zygnacji z przymusowej kolektywizacji i stworzeniu warunków opłacalności produkcji przez pewne złagodzenie drenażu nadwy­żek (a więc ustępstwa na rzecz chłopstwa) mogła w ten sytuacji doprowadzić do uruchomienia rezerw, czyli do szybkiego wzrostu produkcji rolnej bez poważniejszych nakładów inwestycyjnych ze strony państwa i bez radykalnej zmiany bazy technicznej gospo­darki chłopskiej.

Tak widać, były to w obu wypadkach rezerwy wzrostu spoży­cia, a samo ich uruchomienie wymagało wydatnego zwiększenia funduszu spożycia. Z punktu widzenia biurokracji było to ustęp­stwem, złem koniecznym dla zachowania władzy i panowania klasowego w warunkach kryzysu społecznego i politycznego tamtych burzliwych lat. Polityczną sprężyną uruchomienia rezerw był powszechny bunt przeciw stalinowskim formom dyktatury i przede wszystkim nacisk klasy robotniczej, co przyniosło w efekcie wzrost średniej płacy realnej o 10%, zmianę polityki rol­nej i równoległy wzrost dochodów ludności chłopskiej.

Ustępstwa na rzecz wzrostu spożycia oznaczały \v istocie przej­ściowe złagodzenie sprzeczności między rozbudowanym potencja­łem wytwórczym a niskim poziomem społecznej konsumpcji. By­ło to główną przyczyną poprawy sytuacji gospodarczej w latach 1956-59. Jak jednak łatwo zauważyć, rezerwy, z których czerpa­no środki na zwiększenie funduszu spożycia, korzeniami swymi tkwiły w okresie poprzednim, tj. w fazie forsownego uprzemysło­wienia. System \v fazie kryzysu nowych rezerw już nie stwarzał, zaś remanenty po okresie świetności i młodości systemu musiały oczywiście z czasem wyczerpać się.

Pod koniec planu 5-letniego 1956-60 moce produkcyjne, któ­rych budowę rozpoczęto w okresie poprzednim, zostały już w pełni uruchomione; dalszy wzrost gospodarczy wymagał szyb­kiego wzrostu wydajności pracy lub ponownego zwiększenia in­westycji. Mniej więcej w tym samym czasie gospodarka chłopska osiągnęła pułap wzrostu produkcji przy badanej bazie technicz­nej, strukturze agrarnej i stopie wyzysku przez państwo. W la­tach 1956-58 produkcja rolna wzrosła o 15% w latach 1959-60 już tylko o 5%, dziś zaledwie nadąża za wzrostem liczby lud­ności. Stagnacja produkcji rolnej stała się barierą wzrostu kon­sumpcji. Trwałe przezwyciężenie kryzysu wymagało radykalnego przestawienia proporcji rozwoju gospodarczego i inwestycji w kierunku zapewnienia modernizacji i przebudowy bazy technicz­nej rolnictwa, oraz stałego i szybkiego wzrostu produkcji prze­mysłowej przedmiotów spożycia, a więc zmiany celi produkcji. Tymczasem w walkach klasowych łat 1956-57 biurokracja utrzy­mała władzę polityczną i panowanie, zaś w latach 1958-59 osiąg­nęła stabilizację swej klasowej dyktatury. Stosunki produkcji na których opiera się jej panowanie, zostały zachowane, a wraz z nimi kłasowy cel produkcji. W tych warunkach nie budzi zdzi­wienia fakt, że po wyczerpaniu się ekonomicznych rezerw stabi­lizacji, u progu obecnego planu 5-letniego kryzys ekonomiczny wstąpił w fazę doj