Górnicy i stoczniowcy walczą
o miejsca pracy

15 października do Warszawy przyjechało 300 autokarów ze Śląska, organizowanych przez "Solidarność".
Jeśli liczymy do 50 osób w każdym aurtokarze, musiało przyjechać około 10-15 tys. związkowców, głównie górników, ale także hutników, kolejarzy i pracowników służby zdrowia. Po drodze policja tak kontrolowałą autokary, że manifestanci spóźnili się o parę godzin. Związkowcy protestowali przeciwko likwidacji miejsc pracy. W demonstracji, obok zwiazkowców z "Solidarnosci", uczestniczyli również protestujący z innych związków zawodowych.

Sytuacja jest drastyczna. Jak podała Gazeta Wyborcza 11 października: "Analitycy liczą się więc z likwidacją 12-14 kopalń o mocy produkcyjnej 30 mln ton rocznie, co będzie kosztowało budżet państwa 2 mld zł. Pracę może stracić 40 tys. pracowników kopalń, przy czym będą oni zwolnieni bez zapewnienia minimum bezpieczeństwa socjalnego".
We wtorek, 22 października, stoczniowcy z różnych związków przyjechali pod kancelarią premiera w Warszawie żądając rządowych pieniędzy na budowę statków. Tak, jak tydzień wcześniej obecny był Janusz Śniadek, nowy lider "Solidarności". "Dzisiaj potraktowano nas poważnie" powiedział po spotkaniu w kancelarii.

Protesty te muszą stanowić początek masowej akcji w obronie miejsc pracy. Wiadomo, że rząd traktuje związkowców aż tak poważnie, że policja ich biła podczas obydwu protestów, stosując gaz łzawiący. Dlatego też chce zwolnić tyle ludzi, m.in. by osłabić siłę związków. W odpowiedzi szeregowi związkowcy muszą zmusić Śniadka do podjęcia akcji strajkowej. Maciej Manicki z OPZZ również musi zostać zmuszony do obrony związkowców - a nie rządu, który ich atakuje.