Na lewym skrzydle
NIEOBECNI
NIE MAJĄ RACJI
Protesty przeciw Giertychowi trwały przez cały czerwiec. We wrześniu, wraz z nowym rokiem szkolnym, zapewne powrócą one z nową siłą. Część środowisk lewicy antysystemowej uważa jednak, że protesty te stanowią rodzaj zastępczego konfliktu. W takim ujęciu Giertych nie jest większą groźbą niż rządzący od lat neoliberałowie, a koncentrowanie się na ministrze edukacji stanowi wygodny dla rządzących wentyl bezpieczeństwa pozwalający na upust społecznych frustracji. Fakt, że akcje „anty-Giertych” popierane są przez środowiska neoliberalne oznaczać ma, że prawdziwa lewica powinna trzymać się od nich z daleka. Przynajmniej dopóki, dopóty na równi z Giertychem nie potępi się polityków rządzących przez ostatnie 17 lat.
Moim zdaniem pogląd ten opiera się na kilku zasadniczych błędach, a gdyby stał się dominujący wśród lewicowych przeciwników kapitalizmu, efekt tego byłby katastrofalny.
Podstawowym błędem jest niedostrzeganie rzeczywistej różnicy między skrajną prawicą a prawicą tradycyjną. Giertych wykorzystuje swój udział w rządzie do legitymizacji istnienia Młodzieży Wszechpolskiej - jego faszyzującej przybudówki – jako siły politycznej mogącej zajmować rządowe posady. Wzrost znaczenia MW byłby zupełnie inną jakością niż wzrost liczebności PiS, PO, SLD czy Samoobrony. Wielu ludzi intuicyjnie zdaje sobie z tego sprawę – dlatego na protesty przeciw Giertychowi przychodzą ci, którzy wcześniej nigdy nie brali udziału w demonstracjach. Jeżeli „ofertą” dla nich ze strony lewicy antykapitalistycznej będzie: „zostańcie w domu” albo „nie powinniście protestować, dopóki nie potępicie wszystkich znanych Wam partii politycznych”, to raczej nie przekona ich to do sprawy.
W praktyce pogląd, że Giertych i liberałowie to jedno i to samo, jest lustrzanym odbiciem równie błędnego poglądu liberałów, że jednym i tym samym jest Giertych i Lepper.
Niezasłużony hołd
Inny błąd polega na wizji, że protesty przeciw skrajnie prawicowemu ministrowi organizują skompromitowane partie a’ la SLD czy Partia Demokratyczna. W rzeczywistości każdy uczestnik demonstracji przeciw Giertychowi wie, że udział tych partii był nader skromny, ograniczony głównie do wypowiedzi polityków. Przypisywanie liberałom kontroli nad protestami jest składaniem im niezasłużonego hołdu.
Natomiast obrażanie się przez lewicę antykapitalistyczną na uczestników protestów, bo nie chcą przyjąć ultimatum zaakceptowania antysystemowych poglądów, byłoby dla neoliberałów najlepszym prezentem. Po ataku nożem na warszawskiego antyfaszystę Jan Maria Rokita oznajmił, że miejsce Platformy Obywatelskiej jest przy jego „łożu”. Donald Tusk wezwał do „nieposłuszeństwa obywatelskiego” przeciw rządowi. Oczywiście, później PO nic w tej sprawie nie zrobiła. Wręcz przeciwnie - zaprotestowała przeciw uchwale Parlamentu Europejskiego potępiającej m.in. udział LPR w polskim rządzie. Jednak gdyby na demonstracjach przeciw Giertychowi zabrakło prawdziwie lewicowych środowisk, cała śmietanka z protestów spita zostałaby przez PO i inne nieciekawe siły polityczne.
Zadaniem antykapitalistów jest kształtowanie ruchu przeciwników Giertycha w taki sposób, aby nie był narzędziem machin wyborczych liberałów. Wiemy, że to kapitalizm tworzy warunki, w których skrajna prawica może rosnąć w siłę. Wiemy, że gdy po odejściu Giertycha do władzy powrócą środowiska liberalne, problem skrajnej prawicy może powrócić z większą siłą. Wiemy też, że liberałowie to bardzo chwiejni przeciwnicy nacjonalizmu, którzy niechętnie patrzeć będą na udział związków zawodowych, nie mówiąc już o strajkach. Zresztą w praktyce mamy dziś sojusz części neoliberałów i nacjonalistów w rządzie – Zycie Gilowskiej współpraca z Giertychem nie przeszkadzała! Wiemy aż za dużo… Jednak, aby tę wiedzę praktycznie wykorzystać musimy być częścią tego ruchu społecznego, a nie obracać się do niego plecami.
FILIP ILKOWSKI