Na lewym skrzydle

ODGRZEWANIE NATO

Kiedy w 2003 r. USA dokonywały inwazji na Irak, prezydent Bush oraz rządzący neokonserwatyści z wiceprezydentem Cheneyem i sekretarzem obrony Rumsfeldem na czele zepchnęli Sojusz Pólnocnoatlantycki na dalszy plan. Za rządów Busha juniora władze USA postanowiły prowadzić politykę bardziej jednostronną – tzn. nie oglądającą się nawet na sojuszników w NATO, których interesy (np. Francji i Niemiec) nie zawsze współgrały z planami Waszyngtonu. Choć atak na Afganistan w 2001 r. formalnie otrzymał natowski stempel, ekipa Busha początkowo nie zwracała na niego uwagi. W przypadku Iraku inwazja formalnie prowadzona była już tylko przez „koalicję chętnych”, czyli krajów chętnych do wsparcia USA w nadziei na skorzystanie z okruchów z irackiego tortu.

Pod koniec 2006 r. świat wygląda już zupełnie inaczej. Wojna w Iraku okazała się nie tylko katastrofa humanitarną dla Irakijczyków, ale także katastrofą militarną dla USA. Po prawie czterech latach od ataku, mamy blisko 3000 zabitych amerykańskich żołnierzy, faktyczny brak kontroli ze strony okupantów, a zamiast oczekiwanych zysków - rosnące wydatki. Co więcej, skuteczny opór w Iraku w połączeniu z kompromitacją nowej, proamerykańskiej władzy w Afganistanie spowodował narastanie zbrojnego oporu także w tym drugim z krajów.

Klęska jednostronnej polityki neokonserwatystów spowodowała, że władze USA przypomniały sobie o schowanym już do lamusa Sojuszu Północnoatlantyckim. Chcąc zachować resztki twarzy w Iraku, desperacko starały się namówić sojuszników do zastępowania wojsk amerykańskich w Afganistanie. W tym momencie kontyngent USA w Afganistanie wciąż jest największy, ale spośród ponad 32 tys. żołnierzy Amerykanie stanowią tylko ok. jednej trzeciej.

O tym, że NATO jako narzędzie prowadzenia imperialnej polityki USA (oraz, w mniejszym stopniu, innych krajów) wróciło do łask, świadczą efekty listopadowego szczytu Sojuszu w Rydze. Podkreślono tam zaangażowanie wojskowe w Afganistanie a w przyjętym dokumencie Szerokie Wytyczne Polityczne określającym politykę NATO na kolejne 10-15 lat wskazano, że o ile „konwencjonalna agresja na dużą skalę przeciw Sojuszowi jest bardzo mało prawdopodobna”, o tyle „przyszłe ataki mogą mieć korzenie poza obszarem euroatlantyckim”. W związku z tym „najbardziej niebezpiecznymi” wyzwaniami dla NATO są „terroryści uzbrojeni w broń masowego rażenia” – co brzmi zaskakująco znajomo.

W dokumencie tym Sojusz wezwał także swoich członków do modernizacji sił zbrojnych tak, aby 40 % sił lądowych było przygotowanych i odpowiednio wyposażonych do „rozmieszczenia operacyjnego”, a 8 % mogło być użyte w każdym momencie.

W tym kontekście łatwiej zrozumieć decyzję polskiego rządu o znacznym zwiększeniu polskiego kontyngentu w Afganistanie, przy wciąż niepewnym (choć prawdopodobnym) przedłużeniu udziału w okupacji Iraku. Do pewnego stopnia działania te są tylko cieniem zmian taktyki Waszyngtonu. Polscy rządzący mają jednak także własne interesy. Wzrost wydatków na „obronność” o 12% i zapowiedź zwiększenia aktywności Polski w „misjach międzynarodowych” (o obu sprawach z dumą informował prezydent Kaczyński) świadczą o nieustannych - jednocześnie śmiesznych i strasznych – ambicjach słabego państwa do stania się regionalną potęgą. A że porażka „koalicji chętnych” w Iraku jest także porażką Polski, coraz więcej głosów (choćby ostatnie opracowanie szeregu naukowców związanych z Centrum Europejskim Natolin) mówi teraz, że należy zachować „prymat NATO w stosunkach transatlantyckich”. Niezależnie jednak od tych taktycznych niuansów Polska pozostanie głównym, najbardziej służalczym sojusznikiem USA w Europie Wschodniej, bo w realizacji własnych ambicji na żadnym innym Wielkim Bracie oprzeć się nie może.

FILIP ILKOWSKI