KONGO - najkrwawsza wojna

Zyski Zachodu i rzeź

Liczba ludzi zabitych w ciągu dziesięciu lat wojny pustoszącej Demokratyczną Republikę Kongo (DRK) naprawdę ścina z nóg.

Jak szacuje ONZ, w latach 1998 - 2003 wojna spowodowała śmierć aż 5,2 miliona cywilów. Jest to najkrwawszy konflikt na świecie od zakończenia drugiej wojny światowej.

Nie jest to wojna “domowa”, ale międzynarodowa. Zamieszane w nią są państwa ościenne, które uzbrajają grupy rebeliantów oraz zachodnie korporacje ponadnarodowe i rządy, które popierały tę lub inną stronę, starając się o kontrolę nad kopalniami i minerałami DRK.

Według wszelkich oszacowań, DRK powinna być krajem bogatym. Położone na wschodzie prowincje Kiwu Północnego i Południowego – gdzie wybuchły trwające obecnie walki – obfitują w złoto, koltan i kasyteryt (rudę cyny).

Wojna jest na Zachodzie przedstawiana jako konflikt etniczny, powodowany nienawiścią istniejącą w tym regionie od pokoleń. Można to włożyć między bajki.

To bogactwa Kongo sprawiają, że kraj jest stale obiektem interwencji wielkich mocarstw, począwszy od belgijskiej kolonizacji w drugiej połowie XIX wieku, aż po niedawne interwencje sąsiednich państw afrykańskich uzbrojonych przez Zachód.

Obecne napięcia etniczne mają związek z tymi w innych częściach regionu – w szczególności w sąsiedniej Rwandzie, gdzie 800 tys. ludzi mniejszościowej narodowości, Tutsi, zostało w 1994 r. wymordowanych przez członków narodowości większościowej, Hutu.

Owe napięcia etniczne były podsycane przez lata rządów kolonialnych. Do wybuchu doszło, gdy załamanie cen kawy na rynkach międzynarodowych spustoszyło gospodarkę.

Gdy stojący za ludobójstwem rząd został obalony, wielu Hutu uciekło do wschodniego Kongo. Mimo, że większość z nich nie miała nic wspólnego z wcześniejszymi masakrami, wiele obozów uchodźców znalazło się w rękach tych, którzy byli odpowiedzialni za te zbrodnie.

Rywalizacja między grupami etnicznymi wciąż pozostaje przykrywką dla krwawych ataków i grabieży. Dzisiejsze walki jednak nie mają na celu obrony Tutsi.

Weźmy na przykład takiego Laurenta Nkundę i grupę, której przewodzi, odpowiedzialną za  dużą część najnowszych aktów przemocy w okolicy miasta Goma, stolicy Kiwu Północnego.

Nkunda nie jest, jak głosi, “obrońcą miejscowych Tutsi” przed mściwymi “ludobójcami”. Jest watażką kontrolującym ważne interesy górnicze swoich rwandyjskich mocodawców.

François Grignon z Między­naro­dowej Grupy Kryzysowej wyjaśnia: “Nkunda jest finansowany przez rwandyjskich biznesmenów, żeby mogli zachować kontrolę nad kopalniami Kiwu Północnego. Oto najgłębszy rdzeń konfliktu. Mamy tu do czynienia z beneficjentami nielegalnej gospodarki wojennej, walczącymi o utrzymanie swego prawa do eksploatacji.”

W tym samym czasie prezydent DRK, Joseph Kabila, odmawia zerwania związków między kongijskimi siłami zbrojnymi a rwandyjskimi organizacjami paramilitarnymi Hutu, które sprawują kontrolę nad lukratywnymi kopalniami.

Historia pokazała jednak, że istnieje alternatywa dla etnicznych starć i waśni o zasoby. Od roku 1990 Zairem – jak wówczas nazywała się dzisiejsza DRK – wstrząsały protesty oraz miejski ruch oporu, które zagroziły dyktatorowi Josephowi Mobutu.

Ich punkt kulminacyjny miał miejsce w roku 1992, kiedy milion ludzi wziął udział w marszach protestu w stolicy, Kinszasie i wielu innych w innych miastach. Między rokiem 1990 a 1994 o mało nie doszło do obalenia Mobutu przez oddolny ruch sprzeciwu, któremu przewodziły związki zawodowe, studenci i biedota.

Jednak słabości liderów ruchu opozycyj­nego umożliwiły Mobutu pozostanie u władzy.

Teraz opozycja prze­­niosła się na wschód kraju i skupiła się wokół przebywającego na wygnaniu przywódcy rebelii, Laurenta Kabili – ojca dzisiejszego prezydenta, Josepha Kabili – który w przeszłości miał opinię radykała. Rebe­lianci Kabili pomaszerowali na Kinszasę. Finansowały ich firmy z krajów Zachodu, a wspar­cia logistycznego udzielały armie Stanów Zjednoczonych, Rwandy i Ugandy.

W popieraniu obdar­tego wojska Kabili widzieli oni wszyscy szansę na zdobycie wpływów w zasobnej w minerały wschodniej części kraju.

W maju 1997 oddziały Kabili obaliły reżim Mobutu. Zair został przemianowany na Demo­kratyczną Republikę Kongo.

W 1998 r. Kabila zerwał ze swymi rwandyjskimi i ugandyjskimi protektorami. Oba kraje starały się wówczas obalić niedawnego sojusznika. Rychło wybuchła wojna, w której po stronie Kabili, przeciwko Ugandzie i Rwandzie stanęły Angola i Zimbabwe. Wkrótce jednak Uganda i Rwanda zaczęły też bić się między sobą o kontrolę nad górniczymi prowincjami wschodniej DRK.

I Rwanda i Uganda wykorzystują przebywanie w rejonach sąsiadujących z ich krajami ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo w Rwandzie jako usprawiedliwienie własnej obecności w DRK. Każde z tych państw wspiera, formuje i finansuje bojówki, realizujące w Kongo ich własne interesy.

Na przykład, w regionie Walikale armia rwandyjska przymusem zapędziła miejscową ludność do wydobycia koltanu – rudy niezbędnej do produkcji podzespołów do telefonów komórkowych i laptopów. W 2000 r. eksport koltanu przynosił Rwandzie 20 milionów dolarów miesięcznie.

Za tymi graczami regionalnymi stały rządy Zachodu. USA i Brytania udzielają obu państwom pokaźnego wsparcia gospodarczego, politycznego i militarnego.

Mocno zamieszane były zachodnie firmy. Panel ekspertów ONZ stwierdził w 2002 r., że zagraniczne przedsiębiorstwa “były gotowe prowadzić interesy bez oglądania się na przepisy prawa”.

W 2003 r. mediacja rządu RPA doprowadziła do zawarcia układu przewidującego przeprowadzenie w DRK wyborów w roku 2006.

Teraz zachodnie korporacje, współpracujące z lokalnymi organizacjami paramilitarnymi kontrolującymi kopalnie poczuły się pewniej – oto mogły działać w nowym, “legalnym” środowisku.

Tymczasem jednak, mimo układu, miały miejsce nowe okrucieństwa.

Gigant wydobywczy AngloGold Ashanti (dawniej Ashanti Goldfields) nawiązał współpracę z lokalną grupą paramilitarną, żeby zapewnić sobie dostęp do złóż złota w okolicy miasta Mongbwalu. Grupa ta wprowadziła brutalny reżim “pracy społecznej” – eufemizm ten oznacza pracę niewolniczą.

Mimo obietnicy wyborów trwały walki. Grupy paramilitarne finansowane i popierane przez Rwandę w dalszym ciągu działały bezkarnie. W tym czasie narodowa – wspierana przez rząd w Kinszasie - armia walczyła o kontrolę nad kopalniami w sojuszu z grupami rebeliantów pod przewodnictwem Hutu.

Rządy państw zachodnich udzielają Rwandzie bezpośredniego wsparcia i mają udział w jej zbrojeniu, zaś giganty przemysłu wydobywczego często również bezpośrednio skupują i eksportują minerały, eksploatowane przez organizacje paramilitarne.

Głównymi sojusznikami Rwandy są Brytania i USA. O ile armia rebeliantów Nkundy reprezentuje w DRK interesy Rwandy, to Rwanda z kolei pośredniczy w militarnych i politycznych interesach USA i Brytanii.

Chcąc jednak naprawdę zrozumieć te zależności, nie powinniśmy widzieć w nich jedynie bezradnych rządów państw afrykańskich, cierpiących pod butem państw Zachodu.

W rzeczywistości bowiem istnieje zbieżność interesów i korzyści między imperialną klasą panującą, wykrawającą sobie z tego regionu tłuste porcje wpływów i bogactwa, a afrykańską elitą, czerpiącą zyski z jego plądrowania, biorącej w nim udział, a często je wręcz organizującej.

Wielu postuluje bardziej zdecydowaną interwencję ze strony ONZ. Największa misja pokojowa ONZ stacjonuje właśnie w DRK. Nosi ona nazwę MONUC i liczy ok. 17 tys. żołnierzy rozmieszczonych na wschodzie kraju.

MONUC jest pośmiewiskiem dla świata, a mieszkańcy DRK patrzą nań z niesmakiem. W ubiegłym żołnierze ONZ zostali obrzuceni gradem kamieni przez uciekinierów z terenów walk.

Dzieje misji ONZ w Kongo to historia uległości wobec imperializmu. Pierwsza wojskowa interwencja ONZ w Kongo nastąpiła w roku 1960. Pierwszy premier tego kraju, Patrice Lumumba, miał nadzieję, że ONZ zmusi obcych najemników do opuszczenia kraju. Tymczasem ONZ była wkrótce zamieszana w jego zamordowanie.

ONZ nie zażegna konfliktu. Nie dokonają tego też “odpowiedzialne inwestycje” organizacji pozarządowych, które szczegółowo relacjonują łamanie praw człowieka we wschodniej części DRK.

Dalsze zaangażowanie i “inwestycje” ze strony zachodnich firm byłyby katastrofą. Wojnę toczą bowiem uzbrojone grupy powiązane ze zglobalizowanym rynkiem zagrabianych minerałów, kupowanych i odprzedawanych przez wielonarodowe korporacje z Zachodu.

Łupienie kontynentu afrykańskiego odbywa się w coraz większym tempie. Wzajemne wydzieranie sobie bogactw mineralnych, w tym ropy naftowej, jest efektem nowego etapu imperialistycznej konkurencji. Koncerny i rządy USA, Unii Europejskiej i Chin rywalizują o dostęp do nadzwyczajnych bogactw kontynentu.

Jest to klęska dla milionów ludzi w całej Afryce.

Na parę tygodni przed swoim zamordowaniem przez belgijskich i kongijskich agentów, Lumumba napisał:

“Historia kiedyś upomni się o swoje, ale nie będzie to historia wykładana w Brukseli, Paryżu, Waszyngtonie, czy w ONZ… Afryka napisze swoją własną historię, i będzie to, na północ i na południe od Sahary, historia chwały i godności.”

Szansę na taką alternatywną historię stwarza opór mieszkańców regionu niezależny od interwencji Zachodu.

Leo Zeilig

Tłumaczył Paweł Listwan