Wycofać wojska z Afganistanu!
AFGANISTAN: WOJNA BEZ
KOŃCA I SENSU
O tym, jak wygląda sytuacja w okupowanym Afganistanie najlepiej świadczą słowa najwyższego rangą dowódcy wojsk NATO w tym kraju, gen. McChrystala: “sprawy mają się coraz gorzej”.
W ujawnionym we wrześniu raporcie dla prezydenta i sekretarza obrony USA generał ostrzegał: “Jeśli w najbliższym czasie - około dwunastu miesięcy, kiedy okrzepną afgańskie siły bezpieczeństwa - nie uda się przejąć inicjatywy i odwrócić fali powodzenia rebeliantów, może okazać się, iż pokonanie rebelii będzie całkowicie niemożliwe”.
Diagnoza dość trafna, terapia jednak zabójcza. McChrystel domaga się bowiem wysłania kolejnych żołnierzy do Afganistanu, którzy na dodatek mają chętniej ryzykować życiem. Trudno jednak nie zauważyć, że wcześniejsze wysłanie przez Obamę dodatkowych ponad 30 tys. żołnierzy w tym roku, czyli podwojenie amerykańskiego kontyngentu, nie tylko nie poprawiło sytuacji, ale jeszcze ją pogorszyło.
Budowa papierowego tygrysa dumnie zwanego „afgańskimi siłami bezpieczeństwa” – rządowej armii liczącej obecnie ok. 90 tys. ludzi – także nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Natowscy generałowie i zachodni politycy, choć wiedzą, że sprawy idą w złym kierunku, nie mogą jednak zrozumieć, że proponowane rozwiązania nie mogą zadziałać. Problemem bowiem nie jest ani za mała liczba zagranicznych żołnierzy, ani niedobór samolotów bojowych i transporterów opancerzonych, ani fakt traktowania przez tubylców sił rządowych jako marionetkowej armii, gdzie za krótkie przeszkolenie można uzyskać niewielką pomoc humanitarną. Problemem jest sama okupacja, a warunkiem wstępnym stabilizacji w Afganistanie jest jej zakończenie.
O CO TA WOJNA?
O co w zasadzie toczy się wojna afgańska? Mało kto pamięta, że w 2001 r. miała być to wojna o pojmanie Osamy bin Ladena i zniszczenie infrastruktury al Kaidy. Pierwszy krok na drodze do globalnej „wojny z terrorem”. Już wtedy bardziej trzeźwo myślący zwracali uwagę, że żaden Afgańczyk nie był uczestnikiem zamachów 11 września. Co więcej, reżim talibów, wcześniej gotów do prowadzenia tajnych negocjacji z USA w sprawie budowy rurociągu z Turkmenistanu, oferował wydanie bin Ladena krajowi trzeciemu i osądzeniu go przed sądem islamskim. USA potrzebowało jednak wojny, tak dla podbudowania swego nadszarpniętego wizerunku na świecie, jak i mobilizacji własnego społeczeństwa przeciw „terrorystom”.
Afganistan wydawał się idealnym celem: niepopularny reżim w jednym z najbiedniejszym krajów świata, w dodatku położony w kluczowym strategicznie, bogatym w surowce rejonie Azji Środkowej.
Po 11 września żadne mocarstwo nie mogło blokować amerykańskiej akcji zbrojnej - inne kraje próbowały raczej wykorzystać „wojnę z terrorem” dla własnych celów. USA dostały więc wolną rękę dla przeprowadzenia swej vendetty. W dniu 7 października 2001 r. doszło do ataku i wydawało się, że Bush i spółka osiągnęli swój cel: reżim talibów upadł jak domek z kart, choć bardziej w wyniku układów niż walk, a przy okazji zginęło kilka tysięcy Afgańczyków – być może nawet dwukrotnie przewyższając liczbę ofiar w zamachach w USA. Amerykańskich żołnierzy zginęło? dwunastu. Zwycięstwo było tak błyskotliwe, że w kolejnych latach o Afganistanie – i o Osamie bin Ladenie - prawie zapomniano. Teraz na topie był Irak i Saddam Husajn. Afganistan służył tylko jako przykład udanej akcji. W 2004 r. jako wzór stawiał go ówczesny sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld.
UPADEK
PROPAGANDY
Jak to się stało, że błyskotliwe zwycięstwo zamienia się w spektakularną klęskę? Odpowiedź może być tylko jedna: rzeczywistość okupacji okazała się zupełnie inna od propagandowych obietnic.
Zamiast pokoju i odbudowy okupacja przyniosła brutalność, kolonialny stosunek wobec Afgańczyków, skorumpowane marionetkowe władze, a przede wszystkim rozkwit biznesu narkotykowego, w który zaangażowany był sam brat afgańskiego prezydenta. Na narastające niezadowolenie i opór siły USA i natowskich sojuszników reagowały w typowy dla siebie sposób – nasileniem akcji zbrojnych, a w szczególności zwiększaniem bombardowań z powietrza. Coraz częściej zdarzały się więc „pomyłki” i przypadki zabójstw dziesiątek cywilów.
Charakterystyczna była reakcja jednego z amerykańskich dowódców na sprawę zbrodni popełnionej przy udziale polskich żołnierzy w Nangar Khel - o co tyle szumu, skoro podobne wypadki wojskom USA zdarzają się co dwa tygodnie? Brutalność okupantów nasilała z kolei opór i w ten sposób koło się zamknęło. Od 2005 r. mamy więc wyraźny wzrost liczby ofiar po obu stronach. Oficjalnych statystyk zabitych Afgańczyków nikt nie prowadzi, możemy o nich tylko wnioskować z doniesień o szczególnie spektakularnych zbrodniach, liczby odbytych nalotów czy „zbrojnych incydentów”. Wszystkie te statystyki poszybowały ostro w górę od 2005 r. Mamy natomiast dokładną liczbę zabitych żołnierzy okupacyjnej koalicji. W latach 2003 i 2004 w Afganistanie rocznie ginęło mniej niż sześćdziesięciu żołnierzy. W 2005 r. ofiar było 131. W ubiegłym, 2008 r. już 294. W tym roku już pod koniec września liczba zabitych wynosi 373.
Nasilenie się wojny i rosnąca niepopularność zarówno okupantów, jak i lojalnych wobec nich władz afgańskich, spowodowały, że zaczęły się one wzajemnie obwiniać za pogarszanie sytuacji. Prezydent Hamid Karzai, dotychczas przedstawiany jako sympatyczny pan i demokrata, zaczął być krytykowany w USA za potworną korupcję i nieudolność. W styczniu 2009 r. nowa sekretarz stanu USA, Hillary Clinton, określiła Afganistan jako „narko-państwo”. Karzai nie pozostał dłużny, i zaczął krytykować bombardowania cywilów przez zagraniczne wojska. Obie strony wciąż są jednak na siebie skazane. Tym, którzy mieli nadzieję na zastąpienie Karzaja bardziej użyteczną marionetką zamknął on usta fałszując sierpniowe wybory prezydenckie. Nawet według europejskich obserwantów z UE podejrzenie fałszerstwa dotyczy ok. półtora miliona kart do głosowania. Oczywiście, zachodnia koalicja nie mogła wszcząć podobnego larum, jak w przypadku prawdopodobnych fałszerstw wyborczych na Ukrainie czy w Iranie. Propagandowy mit sprzedawany w Europie i USA, że wojna przyniosła Afganistanowi demokrację, został już wystarczająco nadszarpnięty.
Rządzący w USA i innych krajach i tak mają coraz większy problem z odpowiedzią na proste pytanie: dlaczego toczymy tę wojnę? W osiem lat po jej rozpoczęciu jedyną odpowiedzią jest: bo nie możemy jej przegrać. Stawką jest wiarygodność USA w roli globalnego policjanta i wiarygodność NATO jako głównego sojuszu wojskowego Zachodu. Stawką jest też obecność USA w regionie Azji Środkowej. Stąd uparte wysyłanie kolejnych tysięcy żołnierzy do Afganistanu, ale także bombardowania sąsiedniego Pakistanu i wymuszenie na władzach pakistańskich ofensywy zbrojnej przeciw tamtejszym islamskim rebeliantom, która spowodowała falę ok. 2 mln uchodźców.
USA nie chce klęski, która podważy panowanie tego kraju na świecie. Dlatego musi utrzymywać lojalne wobec siebie władze Afganistanu czy Pakistanu, choćby były równie okrutne, jak władze jej wrogie.
Mało kto chce jednak za to umierać. Premier Kanady Harper potwierdził we wrześniu, że kraj ten chce wycofać z Afganistanu swoje 2, 5 tys. żołnierzy do końca 2011 r. Po śmierci w jednym z ataków sześciu żołnierzy włoskich także Berlusconi chce „szybkiego” wycofania liczącego 2,8 tys. kontyngentu włoskiego. Nawet brytyjski premier Brown zapowiedział zmniejszenie kontyngentu w ciągu „trzech do pięciu lat” z ponad 9 tys. do 5 tys. żołnierzy. Politycy ci nie są gołąbkami pokoju. Wręcz przeciwnie. Znajdują się jednak pod rosnącą presją społeczeństw, której nie chcą uczestniczyć w bezsensownej wojnie. Także w USA stała się ona znacznie mniej popularna. Jeszcze w lutym 2009 r. Obama wysyłając dodatkowe wojska do Afganistanu mógł liczyć na poparcie prawie dwóch trzecich społeczeństwa.
Dziś połowa Amerykanów jest temu przeciwna.
WOJNA PO POLSKU
Władzom polskim jeszcze trudniej uzasadnić sens wojny afgańskiej niż władzom w USA. Słyszymy jedynie sztandarowe: jesteśmy w NATO, więc musimy być razem z sojusznikami. Czasem pojawia się też radosne stwierdzenie o rosnącej roli Polski na świecie. „Nasz” kontyngent w Afganistanie wynosi obecnie ponad 2 tys. żołnierzy, ale w przeciwieństwie do innych krajów polski rząd nie myśli o jego redukcji, ale o dosłaniu kolejnych wojsk. W ciągu niecałego roku ma być wydany także dodatkowy miliard złotych na ich dozbrojenie.
Tymczasem ostatnie wydarzenia - śmierć kolejnych polskich żołnierzy i wzajemne obwinianie się rządzących o sposób prowadzenia wojny – wywołały jeszcze większą niechęć zwykłych ludzi.
Według wrześniowego sondażu TNS OBOP aż 81% społeczeństwa chce wycofania wojsk polskich z Afganistanu. Miernikiem sprzeciwu jest to, że nawet dotychczas wściekle powojenna gazeta Fakt, zmieniła w tej sprawie zdanie. Jak można było w niej przeczytać: „Na udział w tej wojnie polski rząd wydał już okrągły miliard złotych. To dopiero początek kosztów, bo za chwilę wydamy kolejnych 10 miliardów na tak zwany pakiet afgański. Wszystko po to, by polscy żołnierze dostali porządny sprzęt do walki. Za te pieniądze można było wybudować pół tysiąca kilometrów autostrad lub mogło powstać ponad dwa tysiące szkół dla polskich dzieci” (Fakt, 21 września 2009 r.). Niestety, główne siły polityczne są okopane na z góry upatrzonych pozycjach. Rząd PO - PSL i pisowski prezydent zgodnie tworzą koalicję wojny.
Opozycyjny SLD jest w tej sprawie podzielony. Trudno zresztą byłoby uwierzyć w nagłą antywojenność tej partii, skoro to właśnie ona wciągnęła Polskę w afgańskie piekło. Ja dotychczas sprzeciw społeczny wobec udziału polskich wojsk w wojnach był znaczny, ale w głównej mierze pasywny. Ta sytuacja nie jest jednak dana raz na zawsze. I to jest właśnie nadzieją dla nas, a rządzącym powinno spędzać sen z oczu.
S. 6-7 Filip Ilkowski