Naszym zdaniem * Naszym zdaniem * Naszym zdaniem *
Czego się boją Kaczyńscy?
Słabość opozycji wobec PiS przeraża. Przez dwa lata rządów Kaczyńskich liderzy innych partii sejmowych - czy byli w rządowej koalicji czy też nie - stosunkowo łatwo zostali pokonani. Kaczyńscy nie są tacy pewni siebie, jak udają, i często wpadają w tarapaty - np. taśmy Renaty Beger czy śmierć Barbary Blidy. Ale zawsze udawało im się zachować popularność w sondażach przez stosowanie pokazowych zatrzymań w kajdankach lub nacjonalistycznej retoryki w polityce zagranicznej.
Wszystkie partie sejmowe mają ludzi zaangażowanych w korupcję. Byłoby naiwnie twierdzić inaczej w społeczeństwie, gdzie rządzi pieniądz. Gdy jedna partia ma aparat państwowy w swoich rękach, nie ma nic łatwiejszego niż mnożenie odkryć afer korupcyjnych z udziałem politycznych przeciwników - pod warunkiem, że się nie boi zemsty, gdy przeciwnicy dojdą do władzy. Gdy poprawiają się wskaźniki ekonomiczne i maleje bezrobocie (spowodowane częściowo przez wyjazdy za granicę - ale jednak), istnieją warunki dla zachowania popularności i wyglądanie na potężnych.
Ale był okres kilka miesięcy temu, w czerwcu, kiedy Kaczyńscy wcale nie wyglądali na tak pewnych siebie. 11 czerwca wicepremier Przemysław Gosiewski doszedł do porozumienia z kolejarzami tylko na dzień przed ostrzegawczym strajkiem na kolei.
Rząd musiał sporo dać związkowcom, by nie doszło do strajku. Wynegocjowano emerytury pomostowe (wcześniejsze emerytury) dla ponad 20 grup zawodowych pracowników kolei. Można było więcej – niestety, liderzy związkowi poszli na zbyt wczesną umowę i nie udało się osiągnąć pomostówki dla wszystkich pracowników. Jednak widać było, że Jarosław Kaczyński chciał rozwiązać problem jak najszybciej - zdawał sobie sprawę z tego, że strajk na kolei może rozszerzyć się na inne sektory gospodarki. Dlatego Gosiewski był bardzo ostrożny w swoich rozmowach ze związkowcami i był gotów na dalekie ustępstwa ze strony rządu.
Gdy 19 czerwca pielęgniarki rozpoczęły swój protest przed kancelarią premiera, Kaczyński był dla nich pełen pogardy.
Liderki protestu okupujące salę w jego kancelarii Kaczyński kilkakrotnie nazwał przestępcami i groził, że trzeba będzie zawiadomić o przestępstwie prokuraturę - nawet nie wykluczył usunięcia ich siłą.
Po ośmiu dniach premier musiał ustąpić i spotkał się z "przestępcami". Ci, którzy chwalą rzekomą "siłę woli", premiera nie chcą pamiętać o tym upokorzeniu Kaczyńskiego z rąk pielęgniarek.
Na początku myślał, że pielęgniarki nie są tak silne jak kolejarze. Jednak w porę zrozumiał, że walka nawet "słabej" (w sensie efektu uderzenia ich protestu w zyski biznesu) części pracowników może się rozszerzyć na inne grupy pracowników. Zgodził się na rozmowy z liderkami protestu i musiał czekać aż pielęgniarki same postanowią rozwiązać białe miasteczko z setkami namiotów.
I tu jest lekcja dla wszystkich, którzy chcą przeciwstawić się prawicowemu populizmowi Kaczyńskich z ich częstym posługiwaniem się aparatem represji dla doraźnych politycznych celów.
Miejsce pracy jest tym miejscem, w którym zwykli ludzie mają najwięcej siły do poprawy swojego losu. Organizując strajki i okupacje, miasteczka namiotowe i demonstracje uliczne pracownicy mogą wstrząsnąć każdym rządem. Dlatego prawdziwie alternatywna polityka wobec dotychczasowych sejmowych partii musi postawić na masowe protesty i być połączona z walką pracowników.