KAMPANIA
WRZEŚNIOWA
Kompromitacja władzy,
bohaterstwo
zwykłych ludzi
W
tym roku mija 68 lat od wybuchu II wojny światowej. Historia wojny
obronnej Polski we wrześniu i październiku 1939 r., znanej
powszechnie jako Kampania Wrześniowa, to historia klęski, lecz także
historia bohaterstwa, odwagi, i poświęcania zwykłych żołnierzy.
To również historia nikczemnej małostkowości, totalnej
kompromitacji i bezprzykładnego braku wyobraźni najwyższych władz
państwa polskiego, tych samych, dodajmy, z którymi do pokrewieństwa
ideowego i duchowego przyznaje się tak chętnie wielu polskich
polityków (m.in. Kaczyńscy i Tusk). Być może właśnie dlatego tym
mniej chętnie mówi się dziś o historii września. Historycy
IPN-owskiego chowu nie mają w tym temacie nic ciekawego do
powiedzenia.
Armia trzech zaborów
Po odzyskaniu
przez Polskę niepodległości w 1918 r., rozpoczęło się scalanie
terenów dawnych zaborów w nowy organizm państwowy. W skład nowej
armii weszli dotychczasowi żołnierze trzech państw zaborczych, tzw.
„Błękitnej Armii” gen. Hallera, legioniści Piłsudskiego,
wspierający kontrrewolucje w Rosji członkowie korpusów gen.
Dowbór-Muśnickiego, czy wreszcie biali oficerowie dawnych armii
Wrangla, Kołczaka czy Judenicza. Wojna polsko-bolszewicka stała
się okazją do rozbudowy armii i nadania jej większego prestiżu i
znaczenia w społeczeństwie. Symbolizowała to władza Piłsudskiego jako
Marszałka Polski i Naczelnika Państwa. Po zamachu majowym rządy w
armii niepodzielnie przejęli już piłsudczycy i „Austriacy”
(polscy oficerowie dawnej armii Austro-Węgier), na względy mogli
liczyć jeszcze tylko oficerowie byłej carskiej armii, pozostali byli
systematycznie i skutecznie odsuwani od wszelkich wpływów na wojsko.
„Rządy pułkowników”
Zamach
majowy stanowił cezurę w życiu kraju, a także oczywiście w życiu
armii. Wszak to ona była głównym instrumentem przewrotu i to ludzie
wywodzący się z jej środowiska i z nią związani mieli teraz najwięcej
do powiedzenia w państwie. Swoją władzę zaczęli wykorzystywać od
załatwiania osobistych porachunków. Wielu oficerów usunięto z wojska
w trybie natychmiastowym. Jakkolwiek w armii polskiej nie działo się
najlepiej, doskonale mieli się za to dawni wojskowi rządzący obecnie
krajem. Wpływ osób związanych z wojskiem najlepiej ilustruje fakt, iż
na 9 ludzi sprawujących, od zamachu majowego do końca września 1939
r., funkcje premiera, 7 było związanych z wojskiem (ściślej mówiąc z
legionami), z czego większość stanowili wyżsi oficerowie.
„Odprysk
społeczeństwa”
Wojsko Polskie pod koniec lat
trzydziestych stanowiło dużą jak na rozmiar, demografię i możliwości
ekonomiczne kraju siłę zbrojną. Była to armia doświadczona w walce.
Generalicja jednak w dużej części hołdowała przestarzałym koncepcjom
taktycznym i strategicznym. Wewnątrz grupy sanacyjnych wojskowych
panowały nienormalne stosunki, gdzie bardziej niż kompetencje
liczyły się stare układy, znajomości i źle pojęte koleżeństwo.
Sytuacja szeregowych przedstawiała się podobnie we wszystkich
rodzajach broni – służba była wymagająca, nierzadko bardzo
wyczerpująca i źle płatna. W ówczesnym Wojsku Polskim prowadzoną
także politykę narodowościową podobną do tej, jaka była prowadzona w
całym państwie – wojskowi wywodzący się z mniejszości
narodowych nie mieli praktycznie szans objęcia ważnych i
odpowiedzialnych funkcji. Była to sytuacja korespondująca z warunkami
w całym kraju. Jak słusznie bowiem pisał Lew Trocki: „Armia
jest tylko odpryskiem społeczeństwa i cierpi na wszelkie jego
choroby, zazwyczaj z jeszcze większą temperaturą”.
„Silni. Zwarci. Gotowi.”
Dopiero w marcu 1939 r., wydział operacyjny polskiego Sztabu Głównego począł tworzyć zręby planu na wypadek wojny z hitlerowskimi Niemcami - Plan „Z” („Zachód”).(Dla porównania plan wojny przeciwko Rosji, znany jako plan „Wschód” opracowywano przez ponad 3 lata.). Plan „Z” zakładał stawienie oporu Niemcom w bitwie granicznej, potem stopniowy odwrót w oczekiwaniu na sukcesy aliantów na Zachodzie, które pozwoliłyby przejść stronie polskiej do kontrofensywy. Do tego momentu armia polska musiała radzić sobie sama z trzykrotnie silniejszym przeciwnikiem.
Do społeczeństwa przenikały zręcznie rozsiewane pogłoski o tym, iż w wypadku wojny, Niemcy zostaną zalane przez francuskie bombowce, na Bałtyk zaś wpłynie potężna flota brytyjska. Oficjalnie głoszono – wbrew oczywistym faktom – iż Polska jest doskonale przygotowana do wojny, że posiada potężną armię i lotnictwo, a nowoczesnością nie ustępuje mocarstwom światowym. Tę oficjalną pewność siebie podtrzymywały parady wojskowe, demonstracje patriotyczne i propaganda. Najbardziej znane hasło tego okresu głosiło: „Silni. Zwarci. Gotowi”.
Oszukiwani przez propagandę rzekomej siły polskiej armii byli również sami żołnierze, który bardzo często byli zupełnie nieprzygotowani na spotkanie z nowoczesnymi rodzajami broni nieprzyjaciela. Mściło się to brutalnie w trakcie walk wrześniowych, gdy m.in. nieobeznani z typami samolotów, a ogarnięci psychozą nalotów, żołnierze polscy strzelali wielokrotnie do własnych maszyn.
Tylko niezwykłemu wprost bohaterstwu żołnierzy ich dowódcy zawdzięczać mogli możliwość stawiania zażartego i do czasu skutecznego oporu znacznie silniejszemu przeciwnikowi.
Kampania
Wrześniowa
Niemiecki atak o świcie 1 września nie był bynajmniej zaskoczeniem dla polskiego dowództwa. Wszystkie jednostki liniowe pierwszego rzutu znajdowały się na swoich stanowiskach bojowych. Zaskoczeniem była jednak siła ataku, a przede wszystkim jego szybkość. Dopóki jednak przewaga nie była miażdżąca armia polska stawiała zażarty opór. Już 1 września polska brygada kawalerii powstrzymała całodniowy atak niemieckiej dywizji pancernej, wspieranej przez lotnictwo, zadając nieprzyjacielowi poważne straty. Wbrew pokutującemu jeszcze niekiedy mitowi polska kawaleria nie szarżowała z lancami na czołgi, używała armat przeciwpancernych.
W innych miejscach drobne, często wydzielone odziały broniące ważnych, strategicznych punktów przez wiele godzin, a nawet dni (Westerplatte) stawiały opór w sytuacji beznadziejnej, bez szans na pomoc, w otoczeniu. Były przypadki walki do ostatniego naboju i ostatniego człowieka. Jednak te drobne w istocie sukcesy, opłacone przeważnie olbrzymimi stratami, nie mogły odwrócić sytuacji na froncie.
Przełamanie polskiego frontu, które ostatecznie nastąpiło 3 września oznaczało, iż cała koncepcja Planu „Z” legła w gruzach. Rydz-Śmigły i jego sztabowcy obmyślili więc nową koncepcję tzw. „Przedmościa Rumuńskiego”, które miało być usytuowane przy granicy z sojuszniczą Rumunią, przez którą zachodni alianci mieli dostarczać sprzęt wojenny i zaopatrzenie. Ta nierealna już wówczas koncepcja okazała się w skutkach tragiczna dla wielu polskich oddziałów. Zmuszone do marszu odwrotowego armie polskie atakowane stale przez naciskającego nieprzyjaciela, bombardowane z powietrza, pozbawione praktycznie wszelkich uzupełnień, walczące w odosobnieniu były łatwym łupem dla dobrze zorganizowanych, zaopatrzonych i dowodzonych sił niemieckich. To, że w ogóle regularne i zacięte walki trwały przez tyle czasu uznać należy za wielki sukces, przy czym nie dowództwa a prostych żołnierzy. Koncepcja „Przedmościa Rumuńskiego” stała się dla Naczelnego Dowództwa dogodnym pretekstem do ewakuacji na wschód, gdzie jak miało się okazać Rydz-Śmigły stracił praktycznie kontakt z walczącymi jednostkami i w konsekwencji przestał nimi dowodzić.
Rząd Polski ewakuował się ze stolicy już w nocy z 6 na 7 września, przy czym zabrał ze sobą znaczną część służb policyjnych. Co ciekawe Policja Państwowa ewakuowała się z zagrożonych miejscowości nader chętnie, ofiarnie zaś i do końca pracowali kolejarze, pocztowcy, drużyny sanitarne. Ewakuacja rządu korespondowała z rozkładem administracji państwowej porzucającej swe urzędy w szalonym tempie i udającej się na wschód. W przypadku Warszawy nade wszystko karygodna była ewakuacja stołecznej straży pożarnej tak potrzebnej przy licznych, wywołanych ostrzałem i bombardowaniami, pożarach. Stolica kraju, na której poczęły skupiać się główne ataki niemieckie, pozostawała również niemal bez obrony przeciwlotniczej.
Tak długa walka obrońców Warszawy, możliwa była dzięki polskiemu zwrotowi zaczepnemu nad Bzurą. Pomimo początkowych sukcesów bitwa nad Bzurą zakończyła się dla strony polskiej tak jak wszystkie najważniejsze bitwy Kampanii Wrześniowej. Tylko nielicznym rozbitkom z armii udało się wydostać z okrążenia i dotrzeć do Warszawy. Do stolicy spływały zresztą oddziały z niemal wszystkich rozbitych armii zasilając szeregi jej obrońców.
W szeregach obrońców Warszawy nie zabrakło również robotników organizowanych głównie przez PPS, która sformowała Warszawską Ochotniczą Brygadę Robotniczą, dowodzoną przez kpt. M. Koeniga. Także członkowie zdelegalizowanej i rozbitej Komunistycznej Partii Polski wnieśli swój wkład w obronę stolicy. W trzecim tygodniu opór polski począł wyraźnie słabnąć.
Widać jednak też było zmęczenie Niemców, którzy ponieśli znaczne straty. Zbliżała się zima, Hitler mógł obawiać się jeszcze ataku zachodnich aliantów, choć ci już 12 września na konferencji w Abbeville stwierdzili, iż nie udzielą Polsce żadnej pomocy, przezornie nie informując o tym swego sojusznika. Ale nie wiedział o tym także Hitler, a ciągły polski opór musiał zostać ostatecznie złamany przed zimą.
Wtedy jednak Hitlerowi przyszedł z pomocą Stalin. Agresja 17 września przekreślała wszelkie nadzieje na skuteczny opór i dotrwanie do spodziewanej letniej ofensywy aliantów. Stawienie oporu obu przeciwnikom było zdecydowanie ponad polskie siły. Dodatkowo sytuację strasznie gmatwał fatalny rozkaz marsz. Rydza-Śmigłego, który brzmiał „z Sowietami nie walczyć, broni nie składać”.
Atak armii Stalina oznaczał w praktyce koniec szans na stawienie Hitlerowi jeszcze skutecznego oporu. Odcięci, pozbawieni pomocy, a nawet Naczelnego Dowództwa żołnierze polscy kapitulowali po ciężkich walkach. 28 września padła Warszawa, dzień później Modlin, najdłużej bronił się Hel.
Obrońców do kapitulacji zmuszała nie przewaga niemiecka, a brak amunicji, żywności, lekarstw, a także jak w przypadku Warszawy, chęć zaoszczędzenia dalszych cierpień mieszkańcom. 6 października 1939 r. ustał regularny opór wojsk polskich.
Kuba
Olszewski