WALKA O STOCZNIE

Przeciw zwolnieniom

i prywatyzacji

Kuba Olszewski i Filip Ilkowski analizują kryzys w przemyśle stoczniowym i pokazują, że walka o stocznie nie jest bynajmniej zakończona.

Gospodarczy chaos i

polityczna korupcja

Kłopoty stoczni nie są bynajmniej nową kwestią. Obecnie jednak przemysł stoczniowy znajduje się w sytuacji tak złej jak nigdy dotąd. Największym stoczniom polskim grozi likwidacja.

Kryzys stoczni jest w równym stopniu wynikiem światowej dekoniunktury w tym przemyśle w latach 90-ych (i kryzysu lat 2000 – 2002) jak i fatalnego zarządzania polskimi stoczniami aż po dzień dzisiejszy. Stocznie, podobnie jak wiele innych spółek z decydującym udziałem skarbu państwa, stały się „przechowalniami” dla „swoich”.

Kierownicze stanowiska w przemyśle stoczniowym wielokrotnie obsadzały osoby bez żadnych kwalifikacji w tej dziedzinie, za to z dobrymi koneksjami politycznymi. Rozbijanie przemysłu stoczniowego na dziesiątki spółek sprzyjało tylko tworzeniu własnych sfer interesów i prywacie. Niekompetentne zarządzanie i brak konkretnych, długofalowych planów przy dekoniunkturze na rynku doprowadziły w kilka lat do pierwszych masowych zwolnień stoczniowców. Odpowiedzią na kryzys stoczni stały się absurdalne działania, jak w przypadku Stoczni Szczecińskiej, zmierzające do rozbicia tych wielkich zakładów na dziesiątki spółek, z których każda posiadała swojego prezesa i zarząd. Rząd, który był głównym udziałowcem stoczni juz wtedy usiłował pozbyć się tego „problemu”, jaki dla kolejnych ekip rządowych stanowi przemysł stoczniowy, poprzez częściową lub pełną prywatyzację. Odpowiedzią na nieudolne zarządzanie i ataki ze strony rządu były masowe protesty pracowników.

W tym roku mija 6 lat od kiedy ulicami Szczecina przechodziły, znane w całym kraju, protestacyjne marsze stoczniowców. W wyniku tych protestów sprywatyzowane na początku lat 90 – tych przedsiębiorstwo, któremu w 2002 r. zajrzało w oczy widmo bankructwa, zostało ponownie przejęte pod kontrolę państwową. Pod groźbą krachu (brak realizacji zamówień oznacza plajtę) i wszystkich społecznych konsekwencji takiego stanu rzeczy rząd zdecydował się na pomoc finansową dla stoczni. Jednak ciągu kolejnych 6 lat kolejne ekipy rządowe nie zrobiły praktycznie nic ani dla szczecińskiej, ani dla innych polskich stoczni. Wymuszona protestami pomoc publiczna faktycznie pomogła stoczniom przetrwać, ale pomoc ta wyglądała zupełnie inaczej niż przedstawia się to teraz opinii publicznej. Nie były to walizki pieniędzy przywiezione przez ministrów, ale głównie gwarancje kredytowe i pożyczki. Powtarzane w mediach szacunki Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta o 12 mld zł. pomocy dla przemysłu stoczniowego w ciągu ostatniej dekady (w tym 8,75 mld od wstąpienia polski do UE w 2004 r.) stoczniowcy określili jako absurdalne. Także szacunki Komisji Europejskiej o 5,2 mld zł. pomocy są wyraźnie zawyżone. Według rzecznika Sekcji Krajowej Przemysłu Okrętowego "Solidarności" Marka Lewandowskiego „rzeczywistą pomoc państwa - w formie dokapitalizowania i umorzeń - związek szacuje na 1 mld zł, co najwyżej 1,5 mld zł". I jak dodał: "Za gwarancje rządowe stocznie zapłaciły odsetki i prowizję. I to znacznie wyższe niż w bankach komercyjnych. Oczywiście, gdyby stocznie nie zbudowały poręczanych statków, skarb poniósłby stratę. Ale do takiej sytuacji nigdy nie doszło". Prawda jest taka, że jedynie masowe wyjazdy stoczniowców za granicę uchroniły rząd przed kolejnym wybuchem społecznego protestu. W tym okresie rząd „ratował” polskie stocznie przez pośredników pracy, którzy dobrze zarobili na ich problemach. Tak było przez ostatnich kilka lat. Obecnie, gdy potrzeby rynku stoczniowego na tanich i fachowych pracowników zostały już w większości zrealizowane, o pracę w zagranicznych stoczniach jest znacznie trudniej. Brakuje tego „wentylu bezpieczeństwa”, który przez ostatni okres ratował rząd przed realnym zajmowaniem się problemem stoczni.

Stocznie i

globalizacja

Jednak choć polskie stocznie bez wątpienia straciły na znaczeniu w okresie ostatniego kryzysu przemysłu stoczniowego wydawało się, że najgorsze mają już za sobą.

Choć tylko dzięki tymczasowo lepszej koniunkturze - zamówień nie brakuje. Sama tylko Stocznia Szczecińska „Nowa” ma zamówienia na 20 nowych jednostek. Widać więc, że budowa statków (także przez firmy państwowe) może być opłacalna. To wszystko pomimo faktu, że polski przemysł stoczniowy jest marginesem rynku światowego.

Tymczasem przemysł stoczniowy to jedna z najbardziej zglobalizowanych gałęzi gospodarki. Rynek jest tu prawdziwie światowy – zarówno jeśli chodzi o sprzedaż statków, jak i o kupno materiałów do ich produkcji. Polska ma w nim skromne 1-2 % udziałów, podczas gdy 80 % wszystkich statków produkuje się tylko w trzech krajach – Korei Płd., Chinach i Japonii. Wśród krajów europejskich, stanowiących ok. 13 % globalnego rynku, polskie stocznie mają jednak dużo silniejszą pozycję. Jednak polskim stoczniom, które wciąż odczuwają skutki kryzysu, brakuje kapitału na realizacje zamówień.

Spadający kurs dolara problemy tylko nasilił, gdyż pieniądze za sprzedane jednostki okazały się mniejsze niż oczekiwano przy zawieraniu umów.  Kapitał posiada rząd państwa, notabene, główny udziałowiec stoczni. Zupełnie więc zrozumiałe jest, że pracownicy stoczni domagali się pomocy od rządu.

Unia Europejska

To, co miało być początkiem końca kłopotów polskich stoczni wkrótce okazało się, że może być początkiem końca... samych stoczni. Unia Europejska godziła się na warunkową pomoc publiczną dla polskiego przemysłu stoczniowego tylko do końca 2007 r.

Warunkiem była ich późniejsza prywatyzacja. Skoro rząd sprywatyzował pod koniec 2007 r. „tylko” Stocznię Gdańską (kupioną przez ukraińskiego inwestora), Komisja Europejska stanowczo domaga się zwrotu publicznych środków przeznaczonych na ratowanie stoczni. Tym samym ich dalszy byt stanął pod znakiem zapytania. Polska jako członek UE podlega jej prawom, które (teoretycznie) zabraniają udzielania pomocy publicznej podmiotom gospodarczym. (Wszystko to w interesie wolnej konkurencji i wolnego rynku). Wiadomo jednak, że na tym wolnym rynku działają równi i równiejsi. UE zabraniając pomocy publicznej powołuje się na przepisy Światowej Organizacji Handlu (WTO). Jednak gdy w ubiegłym roku rozpoczął się kryzys systemu finansowego w USA, który jest w znacznym stopniu kryzysem banków europejskich inwestujących w USA, Europejski Bank Centralny wpompował blisko 500 mld USD (ok. 1 biliona złotych) w ratowanie instytucji finansowych. Komisja Europejska milczała jak zaklęta, a WTO razem z nią.

Rząd Tuska

i prywatyzacja

Skąd więc taki krzyk o znacznie mniejsze kwoty na ratowanie polskich stoczni? Czy może banki i stocznie nie stanowią w równym stopniu podmiotów gospodarczych? I dlaczego polski rząd, który doskonale wie o zeszłorocznych działaniach EBC, nie pokazuje tego jako doskonałego przykładu, iż ma pełne prawo i obowiązek ratować „swoje” zakłady pracy? Odpowiedź jest prosta.

Dlatego, że polityka polskiego rządu jest w istocie zbieżna z polityką Komisji Europejskiej dążącej do prywatyzacji polskich stoczni. Z tego powodu, iż podobnie jak dla KE, prywatyzacja i wyprzedaż polskich stoczni jest jedyną receptą polskiego rządu. Rząd pragnie tylko uniknąć nagłego upadku stoczni – mogło by to przynieść poważne konsekwencje społeczne. Kiedy zaś Komisja naciska na polski rząd w sprawie pomocy publicznej, pragnie w ten sposób przyśpieszyć ich prywatyzację. Z kolei dla rządu „unijny pistolet” to doskonały pretekst do przeprowadzenia szybkiej prywatyzacji, która w innym przypadku nie przebiegłaby bez protestów związkowców (aż za dobrze wiedzących, że wiąże się ona ze zwolnieniami wielu i zyskami nielicznych). W praktyce pokazuje to jak kapitalistyczna globalizacja służy rozmyciu odpowiedzialności za działania sprzeczne z interesem społecznym. Rząd mówi, że ma związane ręce i musi w pośpiechu prywatyzować, bo inaczej stocznie upadną w wyniku działań unijnych przepisów. Z kolei Komisja Europejska mówi, że też nie ma wyjścia i powołuje się na przepisy WTO. Znowu w WTO w praktyce rządzą teoretycznie państwa członkowskie (w tym Polska), a w praktyce państwa będące największymi potęgami gospodarczymi. Tak oto wszyscy niby chcą dobrze, ale niby nic nie mogą, a tysiące ludzi (już nie na niby) ma iść na bruk. W rzeczywistości winni są wszyscy decydenci – i w Warszawie i w Brukseli.

Walka

stoczniowców

Pozostaje jednak trzecia strona tego przetargu, dla nas najważniejsza – stoczniowcy. Gdy 6 lat temu odbywały się stoczniowe marsze wielu robotników nie spodziewało się, że będzie znów musiało wyjść na ulicę. Nie mieli jednak wątpliwości co robić. Być może dlatego, że większość stoczniowców doskonale orientuje się w polityce swoich zakładów i w polityce rządu względem stoczni. Nie dziwi więc, że na wszystkich pochodach i demonstracjach dają wyrazy temu, co myślą o rządzących. Nikt z nich nie wierzy w puste obietnice, zapewnienia bez pokrycia. Wbrew temu co często słyszymy, niewielu jest też entuzjastów prywatyzacji – mimo, że władze polskie i unijne starają się wmówić, że to jedyna droga do ratowania zakładów. Rząd powinien pamiętać, że otrzymał moratorium na uregulowanie kwestii polskich stoczni nie tylko od KE, lecz przede wszystkim od stoczniowców, którzy mają długą i dobrą pamięć. Powinien też pamiętać, ze mają oni też długą tradycję walki o swoje prawa i godność dobrze wiedząc, że jedyną drogą ich obrony nie jest poleganie na obietnicach władz, ale poleganie na własnej sile.

Rok 1970 i dziś

W 1970 r. stoczniowcy wyszli na ulice w Szczecinie, Gdyni i Gdańsku, co niektórzy przypłacili życiem. W 1971 r. do okupujących Stocznię Szczecińską musiała przyjechać delegacja najwyższych władz państwowych, co było rzeczą bez precedensu w historii. W 1980 r. w Stoczni Gdańskiej narodził się największy ruch pracowniczy w historii tego kraju, na grzebiecie którego dzisiejsi rządzący mogli wejść na salony władzy. Dziś także od determinacji i stałego nacisku ze strony stoczniowców zależy w istocie ich przyszłość. Zorganizowani i świadomi pracownicy mają szanse na uratowanie swoich zakładów zwłaszcza, że za stoczniami stoją całe regiony świadome ich roli i znaczenia w gospodarce i życiu lokalnych społeczności. W swej walce nie mogą jednak pozostać osamotnieni. Trzeba przekonać zarówno związkowców w Polsce, jak i stoczniowców w innych krajach UE, którzy byli już ofiarami probiznesowej polityki Brukseli, do aktywnego wsparcia protesty w obronie polskich stoczni. Stawka może bowiem okazać się nawet wyższa niż ratunek tysięcy miejsc pracy w miastach wybrzeża i dotyczyć zmiany samej unijnej polityki pozwalającej na ratowanie bankierów i miliarderów, a zabraniającej ratowania miejsc pracy.

Przemysł stoczniowy w UE, to łącznie 180 stoczni budujących i 400 remontujących, dających zatrudnienie ok. 350 tys. ludzi. Jeśli udałoby się poruszyć tę siłę, to tak jak kiedyś Gierek z Jaroszewiczem, tym razem do strajkujących stoczniowców musieliby się udać członkowie Komisji Europejskiej. Oczywiście, razem z Tuskiem i Pawlakiem.