Rok 1989

Był PRL, jest RP -

Walka nie skończyła się

Andrzej Żebrowski odpowiada na      pytania dotyczące wydarzeń roku 1989.

Mamy rocznicę zmian w 1989 r. - czy jest z czego się cieszyć?

Jest z czego się cieszyć, ale są też powody do oburzenia. W 1989 r. mieliśmy cenną lekcję, że aby osiągnąć prawdziwą wolność i demokrację, w której nie dominuje pieniądz, trzeba pójść dalej i dokonać prawdziwej społecznej rewolucji przeciw wyzyskowi.

Dokładnie odwrotny argument głosi Adam Michnik, kiedy mówi, że trzeba było zatrzymać proces zmian. "Każda wielka zmiana rewolucyjna rozbudza nadzieje i oczekiwania, które nie mogą być zrealizowane” – twierdzi  w książce "W poszukiwaniu utraconego sensu". I jak dodaje: „Kto chce sprawiedliwości doskonałej, winien pamiętać, że doskonałe są tylko egzekucje".

Wygodne stwierdzenie dla liderów opozycji, którym się powiodło w nowych czasach, ale niekonieczne prawdziwe - dlaczego nasze nadzieje muszą być ograniczone przez interesy wielkich korporacji i państw (toczących wojny i dokonujących "doskonałych egzekucji" nalotami bombowymi)?

Z czego się więc cieszyć?

Według nas jest z czego się cieszyć.

W latach 1989-1991 w Europie obalono więcej rządów niż w jakimkolwiek okresie od końca pierwszej wojny światowej. To dobra odpowiedź dla ludzi, którzy twierdzą, że możliwe są tylko drobne zmiany, bo władza jest za silna.

Co więcej, zmiany były po części wynikiem strachu przed siłą zorganizowanych pracowników. To ważna lekcja na dzisiaj, ponieważ ta siła wciąż istnieje.

W Polsce i reszcie Bloku Wschod­niego masowy sprzeciw pokazał, że reżimy zwane "komunistycznymi" nie miały nic wspólnego z socjalizmem.

Cieszymy się, ale nie z tych samych powodów, co politycy sejmowi. Według rządu PO-PSL oraz SLD, 20 lat temu osiągnęliśmy wszystko, co było możliwe - mamy demokrację parlamentarną i wspaniały system ekonomiczny wzorowany na kapitalizmie Zachodu.

PiS dodaje, że przy władzy (ekonomicznej i politycznej) pozostało za dużo „komunistów”, ale w zasadzie zgadza się z resztą partii sejmowych.

Jak to, przecież zmiany były wynikiem rozmów przy Okrągłym Stole.

Okrągły Stół odbył się w następstwie dwóch fali strajków w 1988 roku. Strajki te nie były tak potężne jak w latach 1980 i 1981, gdy powstała „Solidarność”. Jednak władza wiedziała, co potrafią pracownicy i w końcu nie chciała ryzykować powtórki.

Szczególnie groźne dla rządzących było włączenie się do walki nowego pokolenia młodych pracowników. Strajki w kwietniu-maju rozpoczęły się w kwietniu w transporcie miejskim w Bydgoszczy. Następnie włączyli się hutnicy i stoczniowcy w Gdańsku. Strajkom towarzyszyły demonstracje i brutalne interwencje policji.

W sierpniu kolejną falę strajków rozpoczęli górnicy którzy założyli Międzyzakładowy Komitet Strajkowy (MKS).

Powstanie MKS-ów w 1980 r. zmusiło władzę do legalizacji NSZZ "Solidarność". MKS-y były podobne do sowietów (rad) w rewolucjach rosyjskich w 1905 i 1917 roku. Oznaczały one faktyczne powstanie drugiego ośrodka władzy.

Właśnie tego się władza obawiała w sierpniu 1988 roku, szczególnie kiedy widziała, że MKS-y znów rozpowszechniły się na stocznie w Szczecinie i Gdańsku. Dlatego zdecydowała się na rozmowy z opozycją przy Okrągłym Stole.

Ale zmiany miały miejsce w innych krajach Bloku Wschodniego, i w końcu sam ZSRR się rozpadł. Czy wszyscy się bali polskich pracowników?

Zmiany w Polsce i w całym bloku były wynikiem głębokiego kryzysu gospodarczego w połączeniu z walką klas.

Dla panujących w takich krajach, jak Polska, ostatnią deską ratunku była interwencja ZSRR - ale także tam władze miały do czynienia z potężnym kryzysem ekonomicznym i buntem społecznym.

Trzeba  pamiętać, że w ZSRR latem 1989 r. i znów wiosną 1991 r. miały miejsce wielkie strajki górników. Lider ZSRR, Michaił Gorbaczow powiedział o strajkach w 1989 r., że stanowiły one "najgorszą udrękę, którą doświadczył nasz kraj w czterech latach pieriestrojki". Premier Ryżkow musiał się spotkać z nieoficjalnym komitetem strajkowym. W scenach przypominających Polskę w roku 1980 Ryżkow musiał ustąpić wobec niektórych postulatów górników.

Gorbaczow był pupilkiem Andropowa, który stał na czele ZSRR przez 15 miesięcy od 1982 r. do 1984 r. Andropow chciał zreformować system w ZSRR, ale widział, co może zrobić siła pracowniczego buntu (był ambasadorem ZSRR na Węgrzech w 1956 r. i szefem KGB, gdy powstała Solidarność                 w 1980 r.).

Od 1985 r. Gorbaczow kontynuował jego dzieło. Rozpoczął tzw. "pierestrojkę" (restrukturyzację) do czego był mu potrzebny proces "głasności" - czyli otwarcie na krytykę i złagodzenie cenzury.

Nastąpiły konflikty na szczytach władzy - obawiano się, że proces otwarcia pójdzie za daleko. W 1988 roku miały miejsce pierwsze demonstracje w ZSRR od lat 20 - tych (w Armenii, potem w krajach bałtyckich), których natychmiast nie stłumiono przy pomocy policji lub wojska.

Co można było zrobić w 1989 r., by zapobiec późniejszemu wzrostowi nędzy?

Według PiS-owskiej prawicy głównym błędem strategicznym przy Okrągłym Stole i później przy tworzeniu RP  było dopuszczenie dawnych "komunistów" do udziału we władzy.

Jednak gdyby dopuszczono tylko ludzi opozycji do władzy, prowadzących tę samą politykę wolnorynkową, nie zmieniło by to nic dla pracowników.

Trzeba było pójść w kierunku demokracji pracowniczej - echa której znajdujemy w programie Samorządnej Rzeczpospolitej uchwalonym na zjeździe „Solidarności” w 1981 r.

Czy dziś lewica nie powinna próbować w jakimś stopniu bronić PRL? Przy najmniej nie był on kapitalistyczny.

Przeciwnie. System ten najtrafniej można nazwać kapitalizmem państwowym. Państwo, które zatrudnia pracowników wyzyskując ich, by konkurować militarnie i gospodarczo na arenie międzynarodowej jest kapitalistą.

Zmiany w Polsce i w Bloku Wschodnim w 1989 r. były podobne do tego, co się działo w innych krajach w tamtym okresie (wprowadzenie mechanizmów rynkowych do wszystkich obszarów gospodarki, prywatyzacje, cięcia budżetowe). Co więcej, były kontynuacją kierunku reform podejmowanych w latach 80 - tych w PRL. Nie ma sensu więc mówić o "wprowadzeniu kapitalizmu", tylko o intensyfikacji wyzysku.

Kraje o charakterze państwowokapitalistycznym (z dużym sektorem państwowym) odnotowywały kryzys w tym samym czasie. W Bloku Wschodnim nie mieliśmy do czynienia z ciągłym kryzysem, jak przekonują dzisiaj ideolodzy prywatyzacji. We wcześniejszym okresie odnotowywano wysoki wzrost gospodarczy, często wyższy niż w krajach zachodnich.

Złota epoka państwowego kapitalizmu trwała od lat 30-tych do 70-tych XX wieku. Ale kapitalistyczny świat się zmieniał.  Było coraz więcej międzynarodowego handlu i inwestycji, wiele towarów produkowano w więcej niż jednym kraju - a nawet niż w kilku krajach.

Państwa bardziej odcięte od światowej gospodarki nie mogły wykorzystać postępu technologicznego szczególnie w branży komputerów i mikroprocesorów

W Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji politycy, którzy wcześniej propagowali konieczność państwowej własności w gospodarce, teraz zawierali umowy z wielkimi korporacjami i głosili wolnorynkowe banały.

Takie zmiany miały miejsce m. In. w Algierii, Egipcie, Etiopii i Indiach.

Wiele państw wpisało się do tzw. „programów dostosowań strukturalnych” Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Chcąc otrzymać kredyty, musiały dokonać ogromnych cięć socjalnych. Pasowało to elitom w tych krajach, ale oczywiście zapłaciła za to niezamożna większość, szczególnie najbiedniejsi - tak jak w Polsce.

Nawet przed dzisiejszym kryzysem gospodarczym owe zmiany nie wzmocniły tych krajów. Z 76 państw, które przyjęły programy MFW w latach 80-tych tylko garstka miała potem poprawiony wzrost gospodarczy lub niższy poziom inflacji.

W latach 80-tych model państwowego kapitalizmu znalazł się w kryzysie - dziś widzimy, że każda forma kapitalizmu doprowadza do katastrofalnego kryzysu.

 

Czy nie można było wybrać innego wariantu kapitalizmu w 1989, np. szwedzkiego?

Rzeczywiście model szwedzki był bardzo popularny wśród szeregowych aktywistów opozycji przed rokiem 1989 - co może dziwić niektórych, którzy kojarzą „Solidarność” z prawicową polityką.

Działacze ci cenili w szwedzkim modelu niskie zróżnicowanie dochodów w porównaniu z innymi krajami, stosunkowo rozwinięte państwo socjalne oraz szacunek rządu i pracodawców dla związków zawodowych.

Jak stwierdził ostatnio Tadeusz Kowalik w bardzo ciekawym wywiadzie dla "Przeglądu Socjalistycznego"  (2/2009): "Nierówności dochodowe i płacowe były w Polsce przed 1989 rokiem znacznie większe niż we wszystkich krajach skandynawskich oraz w głównych "tygrysach azjatyckich" z Japonią na czele i były mniej więcej równe z tymi w Niemczech Zachodnich."

Czyli Szwecja wydawała się być najlepszym wzorem.

 Kowalik dodaje: "Jest dla mnie tajemnicą, czemu w świadomości politycznego establishmentu nie funkcjonował obszerny "Raport" dziewięcioosobowej ekipy ekonomistów z Janem Mujżelem na czele o modelu szwedzkim. Delegacja studyjna była w Sztokholmie na krótko przed obradami Okrągłego Stołu. Czemu ani Marcin Święcicki, ani Mujżel (obaj brali w tych obradach) nie odwoływali się do swych rekomendacji dla Polski. Święcicki, który miał tam brata – emigranta – jeszcze latem wspominał o dobrym doświadczeniu tego kraju, ale tylko wspominał. Jest dla mnie tajemnicą, czemu modelem szwedzkim, poza ową delegacją nikt się bliżej nie zainteresował."

No właśnie, dlaczego? Może klamka już zapadła przy Okrągłym Stole?

Nie. Kulisy nowej strategii podaje Kowalik:

"Wybory, jeśli mamy na myśli wybory parlamentarne, nie musiały jeszcze decydować o kształcie ustrojowym. Bo przecież także Solidarność szła do wyborów z hasłami Porozumienia Okrągłego Stołu, nie sprzecznymi z dawnym programem Solidarności. Zmiana nastąpiła latem 1989 roku. Pierwsi winni, to ekonomiczna ekipa rządu Mieczysława Rakowskiego, który zdaje się, nie zdawał sobie sprawy, komu powierzył władzę nad gospodarką. To jego "ustawa wykończyła ten pieprzony socjalizm" - chwalił się były minister Mieczysław Wilczek (chodzi o ustawę w grudnia 1988 r. o wolności gospodarczej - "Dziennik", 6 styczeń 2009).

Natomiast w ówczesnym ministerstwie finansów pod kierownictwem Andrzeja Wróblewskiego pracowano już nad bardzo radykalnym programem reform, takim, który zadowoliłby Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Mam przed sobą tak opracowane "Założenia programu gospodarczego na lata 1989-1992", datowane 24 czerwca 1989 r. To już był program bardzo daleko idącej liberalizacji, w wielu miejscach brzmiący groźniej niż pierwsze zarysy programowe ekipy Leszka Balcerowicza. ..Zapowiada "likwidację niewydolnych finansowo przedsiębiorstw": "likwidowane będą całe łańcuchy technologiczne – od nieefektywnych producentów dóbr finalnych, przez zakłady przemysłu metalowego i metalurgicznego, aż po energetykę i przemysł wydobywczy". I dopiero na rok 1991 "lub" (!) 1992 zapowiadano "uruchomienie mechanizmów stymulujących wzrost produkcji". To był już program po przedyskutowaniu kierunków reformy z grupą przyszłych ekspertów Leszka Balcerowicza. Chodziło o Stanisława Gomułkę, Davida Liptona, Jeffreya Sachsa i George’a Sorosa... Toczyły się także, jeszcze nieoficjalne, rozmowy z MFW....."

Czy nie było sprzeciwu wobec tego wśród działaczy opozycji?

Była opozycja wobec rozmów z liderami PZPR. Ale szczególnie po ogromnym sukcesie wyborów 4 czerwca nie miała ona większych szans na powodzenie.

Inni sprzeciwiali się nowym planom, ale nie byli oni skutecznie zorganizowani.

Jeden z podstawowych problemów był polityczny. Akceptowano, że PRL był w jakimś sensie socjalizmem, a więc przeciwieństwem kapitalizmu. Prawie każdy się zgadzał, że musi powstać jakaś forma kapitalizmu, a to osłabiało opozycję wobec Balcerowicza.

Weźmy na przykład wprowadzenie modelu szwedzkiego. Mógł być on ogólnym postulatem usprawiedliwiającym dalsze akcje protestacyjne pracowników, bo można było walczyć o państwo socjalne i przeciw masowemu bezrobociu, które miało niebawem nastąpić.

Problem w tym, że model szwedzki jest zgodny ze wprowadzeniem mechanizmów rynkowych. Bez antykapitalistycznych idei trudno było bronić się przed stwierdzeniami propagandowymi typu: "dobrze, Szwecja może będzie, ale nie teraz - najpierw musimy wprowadzić kapitalizm".

Dziś widzimy, że państwo socjalne w Szwecji jest od lat atakowane przez rządzących i Szwedzi bynajmniej nie uratowali się przed kryzysem - w kwietniu minister finansów Anders Borg prognozował skurczenie gospodarki w tym roku o 4,2 procent oraz 9-procentowe bezrobocie.

Dlaczego opozycja solidarnościowa popierała neoliberalną politykę wolnego rynku?

Najbardziej lewicowe poglądy w owym czasie wyrażali szeregowi działacze solidarnościowej opozycji, nie przedstawiciele PZPR, z którymi liderzy opozycji mieli z czasem coraz bardziej zbieżne poglądy gospodarcze. Terapia szokowa Balcerowicza została przegłosowana w Sejmie niemal jednomyślnie w grudniu 1989 r. (większość posłów wciąż było związanych z "komunistami").

Później Jaruzelski powiedział, że gdyby chciano wprowadzić takie zmiany bez udziału opozycji solidarnościowej, ludzie wyszliby na ulice.

Dla zwolenników planu Balcerowicza chodziło o zwiększenie wyzysku pracowników, by zwiększyć konkurencyjność polskiej gospodarki. Pseudosocjaliści starego porządku i zamieszani politycznie liderzy opozycji pracowniczej w efekcie zgodzili się, że trzeba intensyfikować wyzysk i zwiększyć obszar nędzy.

Jednak kilka miesięcy wcześniej przedstawiciele opozycji przy Okrągłym Stole chcieli nie tylko rozwijania rynkowych mechanizmów, ale także pełnego zatrudnienia, indeksacji płac oraz waloryzacji rent i emerytur.

Niestety, nie było praktycznie żadnego oddolnego sprzeciwu, gdy wprowadzono Plan Balcerowicza. Nie było oddolnej presji. Magia hasła wolnego rynku i prywatyzacji zrobiła swoje. W tamtych czasach typowe były stwierdzenia, że prywatny właściciel lepiej dba o swój majątek, a państwowa własność nie należy do nikogo więc jest źle gospodarowana. "To nie moje, to państwowe" - mówiono. Oczywiste kontrhasła w rodzaju: "to nie moje, to szefa" nie cieszyły się popularnością.

Bardzo szybko jednak zaczęto krytykować prywatyzację. Gwałtowny wzrost liczby bezrobotnych spowodował, że coraz więcej mówiono, że (niektóre) prywatyzacje są "złodziejskie". Niestety, przykład stoczni pokazuje, że do dziś niektórzy związkowcy wciąż żądają prywatyzacji, zamiast przejęcia przez państwo nierentownych zakładów.

Głównym powodem początkowego popierania liberałów, nawet przez związ­kowców,  był brak trafnej i szeroko przedstawionej alternatywy.

Właśnie dlatego dziś istnieją organizacje rady­kalnej lewicy,   jak Pracow­nicza Demokracja  by walczyć o taką alternatywę.

Oczywiście, ideologia prywatyzacji i mitologia wolnego rynku są szkodliwe dla pracowników. Prowadzą do akceptowania przez nich zwolnień, gorszych warunków pracy i niższych płac.

Niewątpliwie zadanie przekonywania pracowników do tej ideologii ułatwiono poprzez fakt, że były system państwowego kapitalizmu przedstawił się jako alternatywa wobec kapitalizmu i nazwał się socjalizmem.

Ten system wyraźnie działał na szkodę pracowników (dlatego przecież mógł powstać wielki ruch „Solidarności” w 1980 r.). Łatwo było więc przyjąć, że skoro PRL mnie wyzyskuje i represjonuje, będę popierać jego przeciwieństwo.

Brakowało też konsekwentnie lewicowej organizacji w opozycji, która mogłaby przedstawić alternatywę.

Czy nie było chociaż trochę

socjalizmu w PRL?

Nie. Rację miał związany z PPS ekonomista Oskar Lange, który porównał PRL do gospodarki wojennej. Wydatki zbrojeniowe miały i mają bardzo ważne znaczenie w globalnej konkurencji kapitalistycznej. W czasach PRL próbowano też się integrować coraz bardziej w relacje gospodarcze z resztą świata (był to jeden z głównych powodów, dlaczego chciano wprowadzić rynkowe mechanizmy do gospodarki).

Władze chwaliły się, że Polska jest dziesiątą potęgą przemysłową świata.

Jednak autentyczna alternatywa wobec kapitalizmu musi opierać się na prawdziwej demokracji - w zakładach, w całym społeczeństwie. Praca musi być demokratycznie zorganizowana, społeczny plan produkcji musi być stworzony w sposób demokratyczny.

Główną cechą socjalizmu nie jest nacjonalizacja. Nacjonalizacja nie jest zaprzeczeniem kapitalizmu. W kapitalizmie zawsze istniały zarówno prywatne zakłady, jak i państwowe.

Dziś w walce o nasze prawa, jako socjaliści oddolni i zwolennicy władzy pracowniczej żądamy upaństwowienia, by ratować miejsca pracy.

Jesteśmy przeciwnikami prywatyzacji, której zwykle towarzyszą zwolnienia. W systemie parlamentarnej demokracji prywatyzacja jest też próbą oddalenia gospodarczych decyzji od jakiejkolwiek kontroli demokratycznej, ponieważ państwowe zakłady są w bardziej bezpośredni sposób odpowiedzialnością posłów i rządów niż prywatne.

My natomiast żądamy ustalenia politycznych priorytetów produkcji zgodnie z interesami niezamożnej większości społeczeństwa.

Jednak samo upaństwowienie nie oznacza, że zakład się staje „socjalistyczny”. W PRL, tak jak w RP, nie było demokracji gospodarczej, pracownicy nie decydowali o tym, co produkować, o dystrybucji dóbr. Skoro tego brakowało nie można mówić o socjalizmie.

Dlatego na demonstracji 4 czerwca wśród haseł Pracowniczej Demokracji znalazło się takie: "Był PRL, jest RP - walka nie skończyła się".

Lech Wałęsa i inni często mówią o "rewolucji" w 1989 r. Czy wydarzenie w tamtym czasie można nazwać rewolucją?

To była inna rewolucja niż rewolucje, które miały miejsce we Francji w 1789 r. lub w Rosji 1917 r . Stanowiła ona rewolucję polityczną, gdzie zmieniają się postacie na czele państwa, ale nie rewolucję społeczną, kiedy klasa panująca zostaje obalona a społeczeństwo przekształca się w fundamentalny sposób.

Sytuacja przypominała to, co włoski marksista Antonio Gramsci nazwał "bierną" lub "pasywną" rewolucją. Jest to "rewolucja", w której władze reformują system odgórnie, by zapobiec głębszym oddolnym zmianom. 

Ludzie na czele PRL musieli pogodzić się z utratą monopolu na władzę polityczną, by zachować dla siebie i swoich rodzin miejsce na czele hierarchii ekonomicznej w Polsce. Podobnie rewolucje w innych krajach bloku i samym ZSRR można określić jako "rewolucje pasywne".

Czy wydarzenia w 1989 roku dają nam jakieś wskazówki na przyszłość?

Pokazują nam, jak ni stąd ni zowąd rządy i systemy władzy mogą upaść w błyskawicznym tempie.

Pokazują też, że kapitalizm w każdej formie jest nieudolny.

Dziś, jak zauważył brytyjski marksista Chris Harman, popłoch wśród panujących w czołowych państwach przypomina zamieszanie wśród rządzących w ZSRR i Bloku Wschodnim w latach 1989-91.

Nie wiedzą co robić, by ratować ich system przed katastrofą. Ich popłoch i chaotyczne działanie rozgrywa się na oczach setek milionów ludzi. Dlatego nawet przy obecnej słabości lewicy antykapitalistycznej wciąż mamy szanse na rozwój.