15 lat od obalenia apartheidu * RPA po wyborach*
POTRZEBA DEMOKRACJI
EKONOMICZNEJ
Pracownicza Demokracja rozmawia z Claire Ceruti, działaczką socjalistycznej organizacji Keep Left oraz Forum Antyprywatyzacyjnego w RPA, dawnej aktywistce ruchu przeciw apartheidowi.
Filip Ilkowski. Mija 15 lat od obalenia reżimu apartheidu w Republice Południowej Afryki w 1994 r. Czy mogłabyś powiedzieć jakie były oczekiwania ludzi w związku z upadkiem systemu segregacji rasowej i wprowadzeniem parlamentarnej demokracji? W jakim stopniu te oczekiwania się ziściły?
Claire Ceruti.RPA pokazuje bardzo jasno, że demokracja jest ograniczona, jeśli nie oznacza także demokracji ekonomicznej. Większość ludzi spodziewała się, że koniec apartheidu oznaczać będzie także koniec nędzy czarnej społeczności. Faktycznie niektórzy - jak biznesmen Tokyo Sexwale, który zasiada obecnie w rządzie – stali się okropnie bogaci. Jednak dla klasy pracowniczej jako całości każdemu krokowi naprzód towarzyszył krok wstecz, a nędza wciąż w znacznej mierze ma kolor czarny. Dwa lata po pierwszych demokratycznych wyborach rząd Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC) porzucił program wzrostu gospodarczego poprzez redystrybucję bogactw, a zamiast tego podążał za linią „konsensusu waszyngtońskiego” ze swoim programem neoliberalnym rodzimego chowu.
Nowy rząd nie zrobił więc nic, by powstrzymać wielkie fale zwolnień następujące po upadku apartheidu. Bezrobocie wynosi obecnie ok. 27%, jeżeli wliczy się do niego „zniechęconych do poszukiwania pracy”, którzy nie są oficjalnie ujmowani w statystykach. Tymczasem w grudniu ubiegłego roku koncerny samochodowe ogłosiły 30 tys. nowych zwolnień. Jednocześnie zyski biznesu rosły. Do 2005 r. udział płac w produkcie krajowym brutto spadł do poniżej połowy, podczas gdy połowę przekroczył udział w nim zysków. W 2004 r. prezydent ogłosił sukces gospodarczy, gdy szefowie wielu sieci handlowych wypłacali sobie ogromne nagrody oferując pracownikom podwyżki poniżej stopy inflacji. Taka polityka rządu oznaczała, że warunki życia pozostały tragiczne. Rząd apartheidu nigdy nie budował odpowiedniej liczby domów dla czarnoskórych. Nowy rząd powiedział, że nawet tanie budownictwo musi być prowadzone w ramach logiki wolnego rynku i bez zwiększania rządowych długów. W tym samym czasie stale zmniejszano podatki dla firm. Prywatne kompanie pod opieką rządu zbudowały 2,7 mln tanich mieszkań, ale jednocześnie potrzeby mieszkaniowe wzrosły, gdy miliony przeniosły się do miast w poszukiwaniu pracy. Ponad 2,5 mln rodzin wciąż żyje w pomieszczeniach na podwórzu lub w domkach z cyny. Te slumsy nierzadko budowane są na ziemi, której nikt nie chce, na przykład z powodu zagrożenia powodziowego. Powstające na lepszych gruntach lub w pobliżu prywatnych zabudowań są natomiast nękane i regularnie usuwane siłą – wypierane coraz dalej od jakichkolwiek możliwości zdobycia pracy dla ich mieszkańców. Sceny te przypominają usuwanie ludzi w czasach apartheidu.
Czy pojawiły się jakieś ruchy protestu przeciw polityce rządu i działaniom biznesmenów?
Na fali rozczarowania pojawiły się dwie fale ruchów. Nowe ruchy społeczne zaczęły rozwijać się ok. 2000 r. Budowali je ludzie, którzy do niedawna byli zwolennikami ANC. Był to pierwszy wyłom w monolicie narodowej jedności i odbudowa ruchów na podstawie oddolnej aktywności – cecha, która zanikała w ruchach oficjalnych w momencie ich włączenia w aparat rządu. Nowe ruchy społeczne były w stanie organizować masowe demonstracje i wciągnąć w swą orbitę szersze siły w czasie Światowego Szczytu Zrównoważonego Rozwoju oraz Światowej Konferencji przeciw Rasizmowi, jak również organizować setki zaskakująco trwałych i bojowych form aktywności na gruncie lokalnym. Brali w nich udział głównie ludzie najbiedniejsi, emeryci i bezrobotni, ludzie najbardziej zagrożeni wyrzuceniem z domów, odcięciem elektryczności i wody w wyniku prywatyzacji. Jednak to, co było na początku koniecznością, stało się słabością tych ruchów. Liderzy związkowi, którzy byli w sojuszu z partią rządzącą wierząc, że da im on możliwość wpływania na politykę rządu, byli generalnie bardzo wrodzy tym ruchom i, niestety, nasze ruchy, z tylko niewielkimi wyjątkami, wyciągnęły z tego wniosek, że wszyscy członkowie związków zawodowych i w istocie wszyscy pracujący byli w jakiś sposób częścią katastrofalnej polityki ANC. W wyniku tego zrobiono bardzo niewiele, aby spróbować przerzucić mosty ponad podziałami między tymi ruchami a członkami związków zawodowych czy generalnie ludźmi zatrudnionymi. Dopiero w czasie strajku pracowników sieci handlowych, trzeciego spośród wielkich, długotrwałych strajków w 2006 r., Forum Antyprywatyzacyjne – którego jestem częścią – w końcu zorganizowało jakieś formy solidarności ze strajkiem.
Generalnie ruchy społeczne nie uchwyciły możliwości, które przyniosła druga fala protestów, a był to dużo większy, bardziej ogólny ruch, który uderzył w samo serce ANC. W 2005 r. w czasie kampanii wyborczej do wyborów samorządowych, nastąpił wybuch w ubogich, czarnych obrzeżach Kapsztadu. Ludzie wciąż używają tam koszy jako toalet. Wyszli na ulicę paląc opony i przez cały dzień walcząc z gazem łzawiącym i gumowymi kulami. Dla nas w ruchach społecznych nie było to nic nowego, ale tym razem protesty rozpoczęły się bez naszego udziału i w kolejnych tygodniach rozlały się po całym kraju. Protestujący mówili nie tylko o nędzy, ale także o demokracji i odpowiedzialności. W ciągu następnych lat policja notowała średnio dwa dziennie „incydenty związane z niepokojami społecznymi”.
Jak protesty wpłynęły na zmiany polityczne w RPA? W kwietniu 2009 r. w wyborach parlamentarnych ANC zdobyła ok. 66 % głosów przy bardzo wysokiej frekwencji. Jak można to wyjaśnić? Obecny lider partii, Jacob Zuma, jest oskarżany przez zachodnią prasę liberalną o „populizm” – co może wskazywać na jego bardziej prospołeczną politykę. Czy jest tak w istocie?
Protesty społeczne wywołały kryzys wewnątrz ANC. Członkowie partii, którzy po cichu byli wściekli na arogancję prezydenta Thabo Mbekiego – głównego architekta programu neoliberalnego – poczuli się pewniej, by wystąpić otwarcie. Liderzy związkowi, coraz bardziej zawstydzeni i zaniepokojeni swą porażką w kwestii wpływania na Mbekiego w sprawie utraty miejsc pracy, zaczęli podnosić się do walki zachęcając do fal strajków. Ich kulminacją był ogromy strajk pracowników sektora publicznego w 2007 r., w którym liczba dni strajkowych przekroczyła tę z poprzednich siedmiu lat razem wziętych. W tym zamieszaniu politycznym liderzy związkowi stali się bardziej przychylni ruchom społecznym. W grudniu 2007 r. Mbeki stracił przywództwo w ANC na rzecz Jacoba Zumy, a w roku następnym został zmuszony do ustąpienia z funkcji prezydenta kraju.
Kryzys w ANC nie dotyczył czystych interesów klasy pracowniczej, ale rozwijający się ruch pracowniczy był w oczywisty sposób bardzo ważnym czynnikiem pchającym kryzys naprzód. Niestety, liderzy pracowniczy ostatecznie nie byli sobie w stanie wyobrazić nowych form działania politycznego. Zamiast poczynić zasadniczy zwrot w kierunku ulicy, lub choćby wystawić własnych kandydatów w wyborach, wciąż poszukiwali bardziej sympatycznej twarzy w ANC. Znaleźli ją w postaci Jacoba Zumy. Zuma, zanim został wyrzucony z rządu pod zarzutami korupcyjnymi, nigdy nie wypowiadał się przeciw neoliberalizmowi. Nawet gdy zaczęły go wspierać związki zawodowe, nie wypowiadał się jasno w poparciu dla strajków, które miały miejsce w czasie wzrostu jego popularności. Był natomiast autorem skandalicznych komentarzy na temat gwałtów, co jest potwornie groźne dla ruchów, w których bierze udział wiele kobiet i w społeczeństwie o zatrważająco wysokim poziomie przemocy wobec kobiet. Jednak Zuma jest postrzegany jako negocjator, a jego styl jest zupełnie inny od stylu Mbekiego. Mbeki cały czas nosił garnitury, cytował Szekspira i idealnie wpisywał się w zachodnie standardy „męża stanu”. Zuma nie boi się nosić tradycyjnych strojów, tańczyć w miejscu publicznym i rozmawiać ze zwykłymi ludźmi o ich problemach, nawet jeśli oznacza to horror dla białej społeczności RPA i świata zachodniego. Gdy sekretarz generalny Cosatu, głównej centrali związkowej, na wielkim wiecu przeciw bezrobociu wypowiadał się w poparciu Zumy i w tej samej mowie potępiał sytuację w RPA, gdzie biedni stają się biedniejsi a bogaci - bogatsi, ludzie niezadowoleni ze stanu rzeczy zaczęli postrzegać Zumę jako ucieleśnienie ich własnych walk. Oczywiście, dużo mniej niebezpieczeństw niesie głosowanie na innego prezydenta niż własne uczestnictwo w strajku. Dobrze podsumował to jeden z plakatów w czasie niedawnego wiecu, na którym widniała podobizna Zumy z hasłem: „czarny Jezus”.
Zuma przywrócił więc tymczasowo nadzieje pokładane w ANC. Pytanie jednak, czy będzie w stanie sprostać tym nadziejom? Przed wyborami Zuma objeżdżał świat obiecując inwestorom, że jego prezydencja nie będzie dla nich zagrożeniem. Jednak trudno dostrzec, jak rząd ANC może spełnić nawet najbardziej umiarkowane obietnice stawienia czoła nędzy bez pewnego przyciśnięcia bogatych i wielkiego biznesu. Fundusze państwowe już są napięte z powodu budowy stadionów na mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2010 r., a ostatnie zwolnienia oznaczają, że ludzi potrzebujących pomocy państwa będzie jeszcze więcej. Tymczasem polityka ANC mówi o „państwie rozwojowym”, które interweniuje w gospodarkę, ale oznacza to raczej „zachęty dla strategicznych gałęzi przemysłu”, jak wytwórstwo aluminium, niż nacjonalizację i opiekę społeczną. W kontekście światowego kryzysu gospodarczego jasne jest, że nowy rząd Zumy stanie przed ogromną presją z dwóch stron: ze strony biznesu chcącego kontynuować wyciskanie ile się da z pracowników, aby utrzymać własne zyski oraz ze strony pracowników i bezrobotnych, którzy już raz zostali oszukani i kolejnej zdrady lekko nie przyjmą.