Globalny handel głodem

Przez wiele krajów przetoczyła się ostatnio fala protestów społecznych i zamieszek, sprowokowanych rekordowymi podwyżkami cen żywności, straszącymi zresztą już na każdej szerokości geograficznej. Fala buntu stopniowo przelewa się przez kolejne granice. W Egipcie doszło do największych od 40 lat rozruchów na tle podwyżek cen. W Meksyku, po trzystuprocentowym wzroście cen tortilli, tysiące ludzi, bijąc w metalowe garnki, ruszyły pod ministerstwo finansów. Nawet w Belgii i we Włoszech tłumy wyszły na ulicę, by wyrazić swe niezadowolenie z powodu tego, że muszą więcej płacić, by pozostać tak syci, jak dotychczas. Włoskie władze na razie nie muszą się obawiać takiej rewolty, jak ta na Haiti, gdzie niepokoje społeczne doprowadziły do upadku rządu. Tam jednak sytuacja jest o tyle odmienna, że ludzie zmuszeni są dożywiać się wypiekami z... gliny. Dla Włocha musi to brzmieć jak czarny humor (Ale to nie żart! Patrz: "Przekrój", 17-18/2008).

Sytuacja jest naprawdę dramatyczna. W ciągu roku światowe ceny pszenicy podskoczyły o 130 procent, ryżu – 80 procent, soi – prawie 90 procent. ONZ załamuje ręce, prorokując, że w tym roku więcej ludzi niż kiedykolwiek umrze z głodu. Oenzetowski Światowy Program Żywnościowy, dożywiający głodnych w Trzecim Świecie, kupuje oczywiście zboża po normalnych, rynkowych cenach, a te – jak mówią prognozy – rosnąć będą przez kolejne kilka lat. Zapasy żywności nie były tak małe od czasów drugiej wojny światowej. Świat stanął w obliczu największego od lat kryzysu żywnościowego.

Komentatorzy prasowi prześcigają się w diagnozach, z których najbardziej radykalnym wydaje się być postulat zniesienia amerykańskich i europejskich dopłat do rolnictwa, szczególnie do biopaliw. Kontekst krachu żywnościowego jest oczywiście o wiele szerszy. Nie da się zlekceważyć zmian klimatycznych i ubocznych efektów samych technologii rolniczych, w wyniku których proces wyjaławiania gruntów i rozrostu obszarów pustynnych co roku pożera obszar ziemi rolnej mniej więcej wielkości Ukrainy. Z kolei wszyscy, niemalże jednogłośnie, podkreślają rolę, jaką gwałtowna industrializacja Chin pełni w zbożowym wyścigu cen. (Przeciętny Amerykanin pochłania ponad 120 kg mięsa rocznie i rozpędzonym chińskim apetytom na befsztyki nadal sporo brakuje do światowej czołówki). Sztucznie nakręcona koniunktura na biopaliwa wypycha z rynku żywności jedną szóstą zbóż zebranych w USA, które są największym na świecie eksporterem żywności, żeby przerobić ją na etanol.

Rolnictwo nastawione wyłącznie na pomnażanie zysków, podlega tym samym procesom, co kapitalizm jako taki, z których najważniejszą rolę pełni proces akumulacji. To on każe – oprócz zadania pytania: kto i co produkuje? – zadać pytanie o to, kto realnie kontroluje produkcję i handel żywnością, od której wszyscy zależymy w tym samym stopniu.

Buszujący w paszach

Podstawowym faktem o iście nokautującej mocy jest to, że podczas gdy pewna część ludzkości objada się wprost chorobliwie – o czym świadczą statystyki otyłości i chorób układu krążenia – ponad osiemset milionów ludzi codziennie wegetuje na krawędzi śmierci głodowej. Dzieje się to na planecie, której zasoby mogłyby bez większego trudu wykarmić 12 miliardów osób. Najbardziej niezrozumiałe wydaje się jednak, że znaczna ich część pochodzi z rejonów, w których uprawa ziemi ma się całkiem nieźle. Aby dostrzec, dlaczego tak się dzieje, trzeba zrozumieć na jakiej zasadzie funkcjonuje dzisiejsze rolnictwo.

Przykład brazylijski. W Brazylii istnieją wielkie połacie ziemi rolnej obsianej soją przeznaczoną na eksport, podczas gdy dosłownie obok żyją bezrolni chłopi nie mający co włożyć do garnka. Jak na ironię jednak, eksportowana soja jedzie do Europy, by się na niej pasły zwierzęta hodowane przemysłowo. Oprócz soi, znaczna część zbóż idzie na paszę. Ponieważ przerabianie zboża na mięso w celu uzyskania optymalnej ilości kalorii jest bardzo nieefektywne – aby "wyhodować" kilogram wołowiny potrzeba 8 kg ziarna – trzeba stwierdzić, że zboża niedostępne biedakom są z ich punktu widzenia po prostu marnowane.

Podporządkowanie globalnego systemu rolnego logice zysku i – co za tym idzie – przeniesienie środka ciężkości na sam obrót żywnością na jak największą skalę, przynosi zatem pewien zabójczy efekt – ludzie w odległych częściach globu pozbawieni są przez kapitał zdolności do kontrolowania zasobów na których siedzą, a które z powodzeniem pozwoliłyby im nie głodować.

Jeden, dwa, wiele Meksyków

Sztandarowym przykładem tej zasady stał się Meksyk. W 1994 r. kraj ten stał się członkiem NAFTA, czyli porozumienia między Kanadą, Stanami Zjednoczonymi i ich południowym sąsiadem, gwarantującego bezcłowy lub prawie bezcłowy handel większością towarów. Inicjatywa ta, pod którą Leszek Balcerowicz podpisałby się obiema rękami, będąca do dziś istnym klejnotem w koronie międzynarodowej polityki neoliberalnej, w krótkim czasie doprowadziła meksykańskie rolnictwo do ruiny. Rynek zalany został przez śmiesznie tanią amerykańską kukurydzę, a ceny tortilli zamiast tanieć, od lat drożeją. Jedynymi wygranymi tej wolnorynkowej "modernizacji" są wielcy producenci i dystrybutorzy żywności w Meksyku, którzy wskutek przetrzebienia lokalnego rolnictwa stali się zdolni do dyktowania coraz wyższych cen detalicznych. W 1994 r. jedna trzecia populacji Meksyku utrzymywała się z rolnictwa, dziś jest to 18%. Drobni farmerzy, którzy potracili swe ziemie na rzecz koncernów rolniczych, zasilają dziś armię nielegalnych imigrantów w USA. W drugą stronę jedzie amerykańska kukurydza, zaspokajająca dziś 25% meksykańskiego popytu na to zboże. Całość potrzeb żywieniowych Meksykanów, z których 90% odnotowało w ostatnich latach stagnację lub spadek dochodów, zaspokajana jest w 40 procentach przez import. Kierunek zmiany cen jest znany. Pointą niech będzie to, że ostatnie zamieszki żywnościowe po koszmarnych podwyżkach cen, tzw. tortilla riots, towarzyszą kolejnej fazie integracji pod szyldem NAFTA.

Tendencje w rolnictwie krajów rozwijających się, przybierające na sile w ostatnich latach, nie pozostawiają wątpliwości. By kontynuować wątek południowoamerykański, Boliwia, gdzie lwia część produktów rolnych idzie na eksport, 95% ludności wiejskiej żyje za mniej niż jeden dolar dziennie. Podobnie jest w Brazylii, jednym z największych światowych eksporterów żywności i jednocześnie jednym z największych importerów. Azja podlega podobnym procesom. W Indiach co roku przybywa 2 miliony bezrolnych chłopów. Ich ziemie są przeznaczane przez koncerny rolnicze pod uprawę kawy lub kwiatów. Rośnie eksport, rośnie import. Przypadkiem najtragiczniejszym jest los Afryki, regularnie dożywianej przez instytucje międzynarodowe. Jednak 60% Afrykańczyków posiadających zatrudnienie pracuje w rolnictwie. Kenia jeszcze 20 lat temu była samowystarczalna żywnościowo. Dzisiaj 80% żywności sprowadza z zagranicy, a 80% eksportu to produkty rolne. W Etiopii, gdzie 45% ludności głoduje, produkcja rolna mogłaby zaspokoić 90% potrzeb żywieniowych kraju. Kto dostrzegł całkowity brak logiki, nie myli się.

Mamy obecnie do czynienia ze zwieńczeniem procesów rozpoczętych już dawno temu, gdy kolonializm wprzęgł gospodarki rolne Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej w logikę bezceremonialnego obrotu jedzeniem na skalę światową celem maksymalizacji zysków. O ile standardowe wyobrażenie rynku kusić ma obietnicą dobrobytu, pojęcie globalnego rynku roztacza wizję wszechogarniającego dobrobytu. Tymczasem podręcznikowe "korzyści z wymiany", zakładające specjalizację i ponadlokalną wymianę, okazują się korzyściami wyjątkowo jednostronnymi. Leżą one po stronie tych, którzy kontrolują krwiobieg światowego rynku.

Kto tasuje, kto rozdaje, kto zbiera

Obecne załamanie zaopatrzenia w żywność to przede wszystkim porażka rynku zbożowego. Rynek ten to w rzeczywistości ścisły oligopol. Trzy koncerny: Cargill, ADM i Louis Dreyfus kontrolują 90%. światowego handlu zbożem, z czego sam Cargill – 45%. Prawie połowa ziarna przeznaczana jest na przemysłowy tucz zwierząt. Dochodzą do tego biopaliwa, na które niedługo wędrowała będzie jedna piąta zbiorów. Drugim co do ważności towarem rolnym w światowym handlu jest soja, której przytłaczająca większość również kończy jako pasza. Żywność poddana globalnemu obiegowi przechodzi przez swoiste "wąskie gardło". Proces przetwórstwa i produkcji soi w praktyce ogranicza się do kilku korporacji z Cargill i ADM na czele. Pewne produkty rolne nie przechodzą przez takie industrialne sito, np. banany. Mimo to, pięć sieci handlowych ma udział w prawie 90 proc. ceny detalicznej bananów, podczas gdy pracownicy uprawiających je plantacji – zaledwie 1,5%!

Produkcja kawy jest gospodarczą podstawą wielu tzw. gospodarek rozwijających się w Ameryce Płd., Afryce i Azji. W jej uprawę zaangażowanych jest około 25 milionów ludzi na całym świecie. Handel i przetwórstwo kawy – co nie będzie już niespodzianką – kontrolowany jest przez kilka gigantów, m.in. Nestle i Phillip Morris. W latach 90. światowy rynek kawy dostarczał rocznie 30 miliardów dolarów, z czego do krajów ją uprawiających szło 12 miliardów. Dziś wartość rynku kawy przekracza 70 miliardów dolarów, ale społeczeństwa żyjące z tego surowca zarabiają znacznie mniej – zaledwie 5 miliardów. Podobne relacje cechują rynek kakao.

Globalny handel towarami rolnymi polega de facto na przerzucaniu milionów ton jedzenia ponad głowami całych społeczeństw, by swobodnie akumulować je w tych miejscach na świecie, gdzie już jest go za dużo (kto oglądał film "We feed the World", pamięta zapewne góry chleba przeznaczone na śmietnik). Ci, którzy mają go za mało, podporządkowują swoje rolnictwo wytwarzaniu towarów, których sami nie potrzebują, zależąc jednocześnie od produktów żywnościowych dostarczanych im za pośrednictwem światowego rynku.

Imagine...

Nie należy mniemać, że widma dwóch kryzysów – finansowego i żywnościowego – krążą dziś po świecie oddzielnie. One jedynie straszą serce systemu, ale w ślad za nimi podążają już ci, którzy stracili cierpliwość i gdyby mogli, nie zawahaliby się to serce wyrwać w piersi. Wznoszą pięści, żądają zmian.

Potrzebujemy innej gospodarki, która funkcjonowałaby w oparciu o zaspokajanie podstawowych potrzeb wszystkich jej uczestników. Eksport i import żywności trudno uznać za coś złego samo w sobie – nie ma powodu dla którego nadwyżka żywności wytwarzana w jednym miejscu nie miałaby trafiać tam, gdzie jest jej za mało, a takie miejsca będą istnieć zawsze, chociażby ze względu na kaprysy przyrody. Nie może być zatem mowy o powrocie do rolnictwa polegającego na uprawie ziemniaków, by samemu się nimi najeść. Ponadlokalna wymiana żywności powinna istnieć, ale jednocześnie podlegać alokacji w demokratycznym procesie określania celów i doboru adekwatnych środków. Zasada ta nie może współbrzmieć z nieustającą histerią rynków.

Paweł Jaworski
Pełny tekst artykułu można znaleźć na lewica.pl