Imperializm czasów Obamy

PUSTE SŁOWA OBAMY

W dniu 5 kwietnia w Pradze prezydent USA Barack Obama ogłosił wiwatującemu tłumowi swoją wizję świata bez broni atomowej. Entuzjazm ten był już mniejszy, gdy stwierdził, że „jeżeli utrzyma się zagrożenie ze strony Iranu, będziemy kontynuować program Obrony Przeciwrakietowej, który będzie oszczędny i sprawdzony”.

Wbrew nadziejom i oczekiwaniom znacznej większości mieszkańców Czech (i przynajmniej połowy mieszkańców Polski), Obama nie pogrzebał więc programu tzw. „tarczy antyrakietowej”. Przeciwnie. W jego wystąpieniu padło wiele słów o „rzeczywistym zagrożeniu” ze strony Iranu, mającym być argumentem na rzecz budowy instalacji w Polsce i Czechach. Prezydent USA podziękował także obu krajom za „odwagę” wyrażenia zgody na ich budowanie na własnych terytoriach. Stwierdził także, że instalowanie w jego ramach baz USA w Europie przestanie mieć sens, dopiero gdy „zniknie irańskie zagrożenie”. Słusznie skomentował to jeden z liderów czeskiego ruchu Nie Dla Baz, Jan Majiczek: Obama wciąż tkwi w ramach myślenia o „państwach zbójeckich” typowego dla George’a W. Busha. Generalnie ruch przeciwników pomysłu na masowe zbrojenia na ziemi, w powietrzu i w kosmosie – bowiem to właśnie zakłada program Obrony Przeciwrakietowej – oraz instalowania elementów tego programu w Polsce i Czechach na pewno nie może uznać, że sprawa jest już zakończona. A że nie uznał świadczyła towarzysząca wizycie Obamy (i zalegalizowana w ostatniej chwili) demonstracja przeciwników „tarczy” w Czechach.

Jednak śledząc praskie wystąpienie prezydenta USA, to nie sprawie „tarczy” media poświęciły największą uwagę. Hitem dnia było stwierdzenie Obamy, że USA, kraj, który jako jedyny użył broni atomowej zrzucając ją na Hiroszimę i Nagasaki, ma „moralną odpowiedzialność” prowadzenia działań na rzecz „pokoju i bezpieczeństwa w świecie bez broni jądrowej”. Broń tę określił także mianem „najbardziej niebezpiecznego dziedzictwa zimnej wojny”. Czyżby więc Obama, w którym tak wielu ludzi na świecie pokłada tak wielkie nadzieje, faktycznie chciał uczynić świat choć w pewnym stopniu bardziej pokojowym? Trudno oceniać intencje amerykańskiego prezydenta, ale i w tym przypadku powinniśmy się powstrzymać od zbytniego optymizmu. Szybko dodał on bowiem, że „ten cel”, czyli pożegnanie z bronią atomową, „nie będzie osiągnięty szybko – zapewne nie za mojego życia.” Tymczasem Obama jest jednym z najmłodszych prezydentów USA. Nic więc dziwnego, że jak dodał, „potrzeba będzie cierpliwości i wytrwałości.”

Nie zapomnijmy także, że obecny gospodarz Białego Domu nie jest pierwszym człowiekiem na tym stanowisku wypowiadającym się przeciw broni atomowej. Ponad 30 lat temu Jimmy Carter także twierdził, że „nuklearny wyścig zbrojeń jest hańbą dla rasy ludzkiej”, co nie przeszkodziło mu wkrótce później rozbudowywać amerykański arsenał nuklearny. Wydaje się więc, że deklaracje Obamy są nic nie znaczącym pustosłowiem mającym na celu utrzymanie humanistycznego wizerunku prezydenta - bardzo przydatnego w momencie znacznego zwiększania zaangażowania militarnego USA w Afganistanie (nowy prezydent zdążył już wysłać dodatkowe 21 tys. żołnierzy do tego kraju) i nakłaniania amerykańskich sojuszników do posyłania dodatkowych wojsk na wojnę afgańską. Na dzień przed wizytą w Pradze Obama właśnie to czynił bowiem na szczycie NATO w Strasburgu i Kehl.

Warto także zwrócić uwagę na inny aspekt tej sprawy. Pokojowa deklaracja Obamy zbiegła się z potępieniem przez niego testu rakietowego przeprowadzonego przez Koreę Północną, uznanego przez USA za test rakiety dalekiego zasięgu mający związek z programem atomowym tego kraju. Jak stwierdził: „Zasady muszą obowiązywać, ich naruszenia muszą być karane, słowa muszą coś oznaczać. Świat musi stać razem, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się tej broni. Teraz jest czas na zdecydowaną międzynarodową odpowiedź.” W połączeniu z wypowiedziami odnoszącymi się do Iranu nietrudno zauważyć, że amerykańskiej administracji odpowiadać może roztaczanie wizji świata bez głowic jądrowych. Szczególnie, gdy dotyczy to rozprzestrzeniania się jej na kraje niechętne Stanom Zjednoczonym. Z czysto propagandowego punktu widzenia łatwiej krajowi wyposażonemu w tysiące takich głowic straszyć ryzykiem ataku nuklearnego ze strony „państw zbójeckich” (czy też „terrorystów”, którzy jak stwierdził Obama „są zdeterminowani, aby je [głowice jądrowe] zbudować lub ukraść”), gdy roztoczy się niezobowiązującą wizję demontażu własnych arsenałów w dalekiej i nieokreślonej przyszłości.

Niestety, zgodzić się można z uspokajającym komentarzem zamieszczonym na dzień po wystąpieniu Obamy w Pradze w jednej z czołowych amerykańskich gazet Washington Post: „Tym, którzy obawiali się jednostronnego amerykańskiego rozbrojenia Obama obiecał, że kraj będzie utrzymywał wystarczająco dużo broni nuklearnej, aby obronić siebie i sojuszników, dopóki ta broń istnieć będzie wśród innych narodów (…)Podkreślił także swoje zobowiązanie do zainstalowania systemu obrony przeciwrakietowej w Europie Wschodniej, dopóki Iran przedstawia potencjalne zagrożenie nuklearne dla regionu.”

               

-------------------------------------------------

ALE SĄ I KONKRETY

* Wbrew nadziejom wielu swych zwolenników Obama nie tylko nie zmniejszył wydatków militarnych w porównaniu z administracją Busha, ale nawet je zwiększył. Tegoroczny budżet Departamentu Obrony USA wyniesie 534 mld dolarów w porównaniu z 513 mld projektowanymi na ten rok budżetowy przez poprzedniego prezydenta. Oznacza to wzrost o ok. 4%. Co więcej, wbrew obietnicom składanym w kampanii wyborczej, Obama nie zerwał z tradycją pozabudżetowych wydatków na „obronę” będących normą w czasie rządów poprzednika. Nowy prezydent już poprosił Kongres USA o dodatkowe 83 mld dolarów na finansowanie wojen w Iraku i Afganistanie. Ich przyznanie jest faktycznie przesądzone, ponieważ popierają je Republikanie oraz znaczna większość Demokratów. Tylko niewielka grupa zgadza się z opinią Demokratki Lynn Woolsey, która powiedziała: „Te pieniądze przedłużą okupację Iraku co najmniej do 2011 r. i zwiększą siły wojskowe w Afganistanie. Nie mogę tej prośby prezydenta poprzeć”.

* Obama rozgrzeszył agentów służb specjalnych, którzy stosowali tortury wobec więźniów pojmanych w ramach „wojny z terrorem”. W ujawnionych przez prokuratora generalnego USA czterech tajnych dokumentach CIA agencja dopuszczała „specjalne metody przesłuchania”, m. in. podtapianie, wielogodzinne pozbawianie snu w pozycji stojącej, bicie po twarzy, a w jednym przypadku także zamknięcie więźnia w ciasnej celi wypełnionej gąsienicami. Obama stwierdził jednak, że "ci, którzy wypełniali swoje obowiązki, pokładając zaufanie w opiniach prawnych z Departamentu Sprawiedliwości (…)nie będą o nic oskarżeni". Oświadczenie to miało  miejsce w kilka tygodni  po tym, gdy Departament Sprawiedliwości nowej administracji amerykańskiej ogłosił, że będzie kontynuował osadzanie więźniów w bazie Bagram w Afganistanie, w której nie obowiązuje zasada habeas corpus – czyli zakazu więzienia ludzi bez wyroku sądowego. Ludzie, osadzeni np. na postawie donosów, mogą być więc przetrzymywani latami bez prawa do procesu i obrony. Dodajmy, że w Bagram osadzani są więźniowie pojmani także poza Afganistanem.

Filip Ilkowski