Nie dla baz USA * Nie dla baz USA *

Co Tusk przywiózł z Ameryki?

Gdy podczas swej lutowej wizyty w USA minister spraw zagranicznych Sikorski zasugerował, że już w marcu premier Tusk może podpisać w Waszyngtonie umowę o instalacji w Polsce elementów „tarczy antyrakietowej”, na wizytę premiera w USA czekaliśmy z ręką trzymaną na pulsie.

Choć podpisanie umowy wydawało się mało prawdopodobne, przy tak skąpych informacjach, jakie docierają do społeczeństwa o rozmowach w sprawie „tarczy”, nigdy nie wiadomo co może być prawdą, a co jest tylko taktyką negocjacyjną. Dziś już wiemy, że w Waszyngtonie żadnej umowy nie zawarto.

Wśród zwolenników budowy „tarczy” wizytę Tuska w USA jedni określili mianem zupełnej klapy, drudzy dla odmiany odtrąbili sukces. Do pierwszych zaliczali się ci, zwykle sympatyzujący z poprzednią ekipą PiS, którzy oczekiwali szybkiego podpisania umowy i obwiniający rząd PO – PSL o niepotrzebne przeciąganie negocjacji. Przykładem jest niemal religijnie proamerykański prof. Zbigniew Lewicki, narzekający na to, że wizyty dwóch kolejnych ministrów i premiera w USA nic nie przyniosły – tzn. nie przyniosły umowy o wymarzonej amerykańskiej bazie rakietowej w Polsce. Ci drudzy to głównie członkowie i zwolennicy rządu, którzy deklaracje Busha o gotowości dozbrojenia polskiej armii uznali za sukces jego „twardych” negocjacji. Wicemarszałek Sejmu Kalinowski (PSL) uznał więc, że deklaracje te są w tym sensie przełomem, o który „premierowi i rządowi chodziło”.

W rzeczywistości wizyta Tuska nie przyniosła ani klapy negocjacji (niestety!), ani nie żadnego przełomu. Potwierdziła tylko politykę władz polskich i amerykańskich w tej sprawie. Ze strony polskiej chęć budowy amerykańskiej bazy w zamian za pomoc w militaryzacji Polski i potwierdzenie wyjątkowego statusu jej stosunków z USA.

Ze strony amerykańskiej chęć budowy bazy, ale możliwie jak najmniejszym kosztem i bez jakichkolwiek wiążących deklaracji pomocy swojemu oddanemu sojusznikowi. Wspólnym mianownikiem tych stanowisk jest więc chęć budowy bazy. Niektórzy publicyści wysunęli tezę, że w rzeczywistości Tusk celowo przeciąga negocjacje czekając na jesienne wybory i oczekiwane zwycięstwo Demokratów w USA, bowiem tak naprawdę nie chce amerykańskich rakiet. Jest to jednak bardzo wątpliwe. Ewentualna zmiana warty w Białym Domu bynajmniej nie będzie bowiem oznaczać porzucenia budowy „tarczy”. Nie zapomnijmy, że ustawę o Narodowej Obronie Przeciwrakietowej (NMD), która reanimowała program „tarczy” w USA, wprowadził w 1999 r. Demokrata Clinton. Wydaje się, że presja amerykańskich wyborów jest tylko elementem nacisku ze strony Tuska, który liczy na ugranie od obecnej administracji Busha czegoś więcej, gdyż ta będzie chciała zakończyć negocjacje jeszcze za własnej kadencji.

Z drugiej strony negocjatorzy z USA mogą odwrócić tę presję czasu na własną korzyść mówiąc, że polskie władze nie podpisując porozumienia z obecnymi gospodarzami Białego Domu ryzykują, że od przyszłych, być może mniej oddanych idei „tarczy”, uzyskają za bazę rakietową jeszcze mniej. Z tej pozycji krytykują też obecny rząd politycy PiS. Dlatego Bush mógł powiedzieć po spotkaniu z Tuskiem o przedstawieniu harmonogramu „konkretnego planu pomocy dla polskiej armii” do końca własnej kadencji, czyli bez zbędnego pośpiechu. Można to odczytywać jako sygnał, że USA gotowa jest na pewien kompromis w sprawie oczekiwań polskiego rządu, ale też nie musi za wszelką cenę szybko kończyć negocjacji. Nawet jeśli uznamy, że władzom amerykańskim bardziej zależy na budowie bazy niż polskim, w negocjacjach wiele się jeszcze może wydarzyć, choć najbardziej prawdopodobne wydaje się zakończenie negocjacji w ciągu kilku miesięcy.

Możemy się spodziewać umowy, która pozwoli obu stronom ogłosić sukces negocjacyjny i w atmosferze ogólnej radości rozpocząć budowę bazy rakietowej. Na takie rozwiązanie wskazuje m. in. fakt, że zgodnie z doniesieniami Gazety Wyborczej Tusk usłyszał „od szefowej dyplomacji USA Condoleezzy Rice, że odpowiedź na polskie propozycje przekazane w lutym nadejdzie w ciągu trzech miesięcy. Do tej pory Pentagon żądał na odpowiedź aż pół roku.” A to oznacza, że umowa w sprawie „tarczy” mogłaby być podpisana jeszcze za kadencji Busha.

Niezależnie od tego, jak toczyć się będą negocjacje w tej sprawie, wydaje się, że nieznanymi zmiennymi są tylko czas i warunki zawarcia umowy. Natomiast niemal pewny jest fakt jej zawarcia. Częste wizyty amerykańskich lobbystów i „specjalistów” w Słupsku i Redzikowie, gdzie ma powstać baza, i ich spotkania z władzami lokalnymi tego rejonu tylko to potwierdzają. Zresztą w USA, nie czekając na oficjalne zakończenie negocjacji, wybrano już firmę (Boeing), która ma budować w Polsce wyrzutnię rakietową. To oznacza, że najbliższe miesiące będą szczególnie ważne dla działalności ruchu przeciwników lokalizacji w Polsce elementów amerykańskiej „tarczy”.

Tylko masowy ruch protestu w tej sprawie może bowiem powstrzymać rządzących od przeprowadzenia budowy bazy wbrew woli większości społeczeństwa. Dlatego Inicjatywa „Stop Wojnie” w razie podpisania umowy natychmiast przeprowadzi protesty uliczne – tak, jak robiliśmy to w momencie wybuchu wojny irackiej w 2003 r. Demonstrować będziemy także przeciw ratyfikacji tej umowy przez parlament. Ruch trzeba jednak budować już teraz, dlatego tak ważne są obecne manifestacje czy akcje zbierania podpisów w sprawie „tarczy”. Musimy na tyle uprzykrzyć życie rządzącym, aby czując na sobie presję ruchu antywojennego uznali, że po prostu nie opłaca im się ryzykowanie konfliktu społecznego poprzez promowanie wyrzutni amerykańskich rakiet.

s. 6-7 Filip Ilkowski