Naszym zdaniem * Naszym zdaniem * Naszym zdaniem *

Co czwarte dziecko żyje w biedzie

Gospodarczy wzrost bogaczy

Propaganda sukcesu to wcale nie relikt przeszłości. W każdym tygodniu zasypywani jesteśmy wiadomościami o stałej poprawie polskiej gospodarki. Kto zaś choćby pobieżnie śledzi liczne programy o tematyce ekonomicznej łatwo zorientuje się, że zyski przedsiębiorców rosną w szybkim tempie.

W myśl znanej propagandy ten sukces bogaczy przełożyć ma się na poprawę bytu całej ludności – powstaną nowe miejsca pracy, zwiększą się zarobki, poziom życie ulegnie poprawie. Ta propagandowa „zasada” przegrywa jednak z rzeczywistością. To co dobre jest dla jednych, nie musi być przecież dobre dla drugich. Wie o tym dobrze coraz większe grono polskich dzieci.

Zaledwie 3 tygodnie temu ukazał się raport Komisji Europejskiej dotyczący zagrożenia ubóstwem dzieci w krajach UE. Z tego czarnego dokumentu jasno wynika, że największy procent dzieci zagrożonych ubóstwem, bądź żyjących w biedzie, jest w Polsce. Dane mówią same za siebie: 8% polskich rodzin, w tym co czwarta rodzina wielodzietna żyje poniżej minimum egzystencji, 26% żyje w biedzie lub na skraju ubóstwa, blisko co piąty Polak (19%) żyje poniżej progu ubóstwa.

W Polsce, przyjęty przez GUS relatywny poziom ubóstwa to 50% średniej krajowej (KE przyjmuje pułap 60%). Nawet przy zawyżonej „średniej” oznacza to, iż blisko co piąty mieszkaniec zarabia mniej niż 1500 zł miesięcznie. Każdy kto zna koszt utrzymania mieszkania i robi codzienne zakupy wie, że oznacza to wegetacje. Zwłaszcza, iż w dużym stopniu dotyczy to rodzin wielodzietnych, gdzie przeważnie pracuje tylko jedno z rodziców, drugie zaś wychowuje dzieci.

O wszystkich tych przerażających kwestiach, które przecież, jak podkreślają specjaliści, nie stanowią specjalnego zaskoczenia, dowiedzieć mogliśmy się oficjalnie dopiero z raportu zagranicznej instytucji – żaden z ostatnich polskich rządów, które przecież wspólnie „pracowały” na te przeraźliwe wskaźniki, nie pokusił się o ich upublicznienie i nagłośnienie (tak jakby „sprawy” nie było).

Zamiast tego, przynajmniej od kilkunastu miesięcy, karmieni jesteśmy propagandą wskaźników ekonomicznych, których kolorowe plansze najwidoczniej przesłonić mają szarą egzystencje ponad jednej czwartej polskich dzieci. Rząd Platformy – najlepszy przyjaciel bogaczy – również uważa, że sprawa go nie dotyczy (to przecież wina poprzedników). Kiedy zaś „człowiek z zasadami” zmuszony jest do wypowiadania się w tak nieprzyjemnych kwestiach jak ubóstwo dzieci, okazuje się, że jego podstawową „zasadą” jest pusta retoryka:

Chcemy wzmocnić, a nie osłabić projekt dożywiania. Uważam za coś wyjątkowo przykrego i gorszącego, jeśli o ofiarach śmiertelnych katastrof, albo głodnych dzieciach, rozmawia się językiem politycznej propagandy - powiedział premier. Politycznej propagandy panie premierze? A kiedy neoliberałowie twierdzą, że mniej praw dla pracowników to większa wydajność pracy, kiedy przekonują, że zamykanie publicznych placówek służby zdrowia poprawi jakość usług medycznych, kiedy wbrew najbardziej oczywistym faktom kłamią, że polscy żołnierze w Iraku i Afganistanie służą na „pokojowych misjach stabilizacyjnych” – to nie propaganda?

Czemu premier podnosi głos dopiero wtedy gdy zwraca się uwagę, że święte neoliberalne dogmaty mijają się z rzeczywistością. Czemu uważa za coś „przykrego” i „gorszącego” polityczną debatę o podstawowych problemach państwa? Bez wątpienia przyjemniej jest omawiać swoje „strategie” w zaciszach gabinetów, kiedy nikt nie patrzy na ręce i kiedy bez żadnych oporów (bo przecież nikt nie sprawdzi) stwierdzić można – „nic więcej zrobić nie mogliśmy”.

Tymczasem „setki milionów złotych” na pomoc ubogim rodzinom, o których mówi premier, to tylko przy polskich wydatkach na zbrojenia i utrzymanie armii w ostatnich latach suma żenująco mała. „Setki milionów” w tak kluczowej kwestii to mniej niż „łatanie dziury” – to jałmużna. Jeśli, jak mawia przysłowie, „dzieci są przyszłością społeczeństwa”, to przyszłość społeczeństwa polskiego rysuje się w ciemnych barwach.

Jedna czwarta niedożywionych dzieci grozi tym, że w niedalekiej przyszłości w Polsce zacznie brakować młodych specjalistów, wykwalifikowanych pracowników, ludzi kulturalnych i oczytanych mogących używać nowoczesnej techniki dla potrzeb społecznych. Niedożywione, żyjące często w zatłoczonych mieszkaniach dzieci nie mają warunków do nauki i prawidłowego rozwoju, w przyszłości zaś nie będą miały czasu, sił i chęci, które pożera codzienna gonitwa. Wzrastające koszty nauki (jedna z poważniejszych przyczyn zubożenia rodzin wielodzietnych) mogą sprawić, że wielu młodych ludzi nie będzie miało pieniędzy na uczenie się.

Jest bardzo symptomatyczne, że problem ubóstwa polskich dzieci „wybuchł” w trakcie propagandowej kampanii „cudu gospodarczego”. System kapitalistyczny nie zmienia swojej logiki – bogaci stają się jeszcze bogatsi, a ubóstwo nie tylko pozostaje, ale jak pokazują wskaźniki - rośnie. Problemy ubóstwa, niedofinansowania szkolnictwa, czy braku budownictwa społecznego, stanowiąc teoretycznie trzy oddzielne kwestie, nakładają się w praktyce na siebie, a system, który stworzył te wszystkie problemy kolejny raz udowadnia, że nie jest stanie rozwiązać żadnego z nich.