NATO STOP * WOJNIE STOP *
Wojna w Afganistanie:
NATO BEZ MASKI
W dniu 13. lutego w Sejmie minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zapowiedział, że Polska będzie „walczyć z terroryzmem przy użyciu wszelkich środków i na wszystkich frontach”.
Kilka dni wcześniej jedynym wnioskiem, który wyciągnął on z zabójstwa polskiego geologa w Pakistanie było to, że „postaramy się dopaść tych bandytów”. Sikorski zachowuje się więc jak papuga byłego już prezydenta USA Georga W. Busha. Blisko osiem lat katastrofy „wojny z terrorem” nic w tej mierze nie zmieniło. Jak zapowiedział dzielny minister mimo „presji kryzysu" i konieczności rezygnacji z części zagranicznych „misji wojskowych”, Polska zwiększy zaangażowanie w „operacji w Afganistanie, która jest dla nas priorytetem”. Jaka jest rzeczywistość owej „misji”, będącej w istocie największą operacją militarną prowadzoną przez NATO w jego 60 – letniej historii?
Obecnie w Afganistanie przebywa ok. 1600 polskich żołnierzy będących częścią sił natowskich, tzw. Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa (ISAF). Obecnie w ramach ISAF służy ok. 52 tys. żołnierzy. Łącznie w Afganistanie zagranicznych wojsk jest ponad 70 tys., ponieważ obok sił natowskich działają żołnierze pod dowództwem amerykańskim w ramach „operacji trwała wolność” (OEF).
Warto wspomnieć, że skład polskiego kontyngentu w Afganistanie od połowy 2002 r. do początku 2007 r. liczył tylko ok. 120 żołnierzy. Nikt inny tylko Radosław Sikorski – wtedy jeszcze gwiazda rządu PiS – jako minister obrony dosłał ich dodatkowy 1000. O kolejne 400 postarał się już rząd PO-PSL. Co więcej, w 2008 r. polskie wojska przejęły kontrolę nad jedną z afgańskich prowincji (Ghazni). W ocenie Sikorskiego NATO okazało się "najbardziej skutecznym sojuszem kolektywnej obrony w historii". Sytuacja w Afganistanie przeczy tej tezie na dwa sposoby. Po pierwsze NATO nie działa tam skutecznie, co przyznają nie tylko sami Afgańczycy, ale też rosnąca liczba polityków i wojskowych z krajów Sojuszu. Po drugie wojna ta nie ma nic wspólnego z „kolektywną obroną” będąc w istocie brutalną okupacją. NATO jest więc sojuszem obronnym tylko z nazwy, faktycznie będąc ofensywną instytucją Zachodu.
SYTUACJA W AFGANISTANIE
Sytuacja w Afganistanie jest pod każdym względem tragiczna. Według opublikowanego w sierpniu 2008 r. raportu organizacji ACBAR zrzeszającej około setki organizacji dobroczynnych nasilająca się wojna w połączeniu z suszą i gwałtownym wzrostem cen żywności sprawiły, że pomocy żywnościowej w Afganistanie potrzebuje kolejnych 4 mln ludzi. Siedmiu na dziesięciu obywateli żyje za mniej więcej dolara dziennie. Głównym sposobem na przeżycie jest uprawa maku. Afgańskie pola makowe dostarczają około 93 proc. światowej produkcji opium. Od 2004 roku ich powierzchnia co najmniej się podwoiła, mimo że są one oficjalnie nielegalne. Nawet były minister finansów proamerykańskiego rządu Afganistanu, Ashraf Ghani, zalicza ten rząd do jednego z pięciu najbardziej skorumpowanych na świecie i ostrzega, że w kraju faktyczną władzę ma mafia narkotykowa.
Na to wszystko nakłada się rosnąca brutalność sił okupacyjnych. Według ONZ w działaniach zbrojnych w Afganistanie zginęło w 2008 r. ponad 2100 cywilów, czyli o 40 proc. więcej niż w roku poprzednim i zdecydowanie najwięcej od początku wojny w 2001 r. W klasyczny dla podobnych wojen sposób rosnący ruch oporu wobec okupantów ci starają się powstrzymywać poprzez bombardowania z powietrza. Jeszcze w 2004 r. samoloty US Air Force atakowały 86 celów w Afganistanie. W 2007 r. liczba nalotów wzrosła do 2926. Rosnąca liczba zabitych rodzi oczywiście dodatkową niechęć ze strony Afgańczyków.
OPÓR I DEMONSTRACJE
Efektem tego jest zarówno nasilenie zbrojnego oporu, głównie ze strony rosnących w siłę talibów, jak i masowe demonstracje przeciw okupantom. Ostatnim tego przykładem są wydarzenia z końca stycznia 2009 r., gdy tysiące Afgańczyków protestowały w Mihtar Lam, stolicy afgańskiej prowincji Laghman, na terenie której w ataku sił koalicyjnych zginęło 16 osób. Co typowe, według dowództwa amerykańskiego, zabici byli talibskimi bojownikami, a według mieszkańców regionu – cywilami, wśród których były kobiety i dzieci. Demonstranci obarczali odpowiedzialnością za śmierć cywilów zarówno siły amerykańskie jak i proamerykańskiego prezydenta kraju Hamida Karzaja, który poczuł się w obowiązku potępić swych mocodawców twierdząc, że "zabijanie niewinnych Afgańczyków jedynie umacnia terrorystów".
Ale już dwa tygodnie później agencje doniosły, że w trakcie potyczki między żołnierzami australijskimi a talibami w prowincji Uruzgan zginęło pięcioro afgańskich dzieci, które znalazły się na linii ognia. Dzieci nie tylko giną, ale trafiają też do afgańskiej wersji niesławnego obozu Guantanamo mieszczącego się w dawnej radzieckiej bazie wojskowej Bagram wykorzystywane obecnie przez Amerykanów.
W połowie 2008 r. Afgańska Organizacja Praw Człowieka ogłosiła, że od kilku lat dziesięcioro dzieci, z których najmłodsze ma 9 a najstarsze 13 lat, więzionych jest tam jako terroryści, choć nie wysunięto przeciw nim żadnych zarzutów. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że talibowie, których władzy w 2001 r. prawie nikt nie bronił, są coraz silniejsi. Według Międzynarodowej Rady do spraw Bezpieczeństwa w 2008 r. byli oni stale obecni na 72 proc. terytorium Afganistanu w porównaniu 54 proc. kraju, który kontrolowali rok wcześniej. Z raportu Rady wynika, że "trzy z czterech głównych dróg łączących Kabul z krajem są atakowane przez talibów".
DODATKOWYCH 30 TYS. WOJSK OD OBAMY
„Tej wojny nie da się wygrać” - oświadczył październiku 2008 r. w brytyjskiej gazecie The Times gen. Mark Carleton-Smith, ustępujący najwyższy rangą dowódca brytyjski w Afganistanie. „Jeśli talibowie będą przygotowani by usiąść po drugiej stronie stołu i rozmawiać o politycznym porozumieniu, to to jest właśnie tym postępem, który doprowadzi do końca walki z bojownikami.” I jak dodał, ludzie "nie powinni czuć się z tego powodu niekomfortowo.”
Nie jest to odosobniony pogląd. Także brytyjski ambasador w tajnej depeszy do swego francuskiego kolegi, która pechowo dla niego wyszła na światło dzienne, uznał, że Zachód jest skazany na klęskę w wojnie i zamiast wysyłać do Afganistanu coraz więcej wojsk, powinien raczej pomyśleć, jak je stamtąd wycofać. Amerykanie jego zdaniem w żaden sposób nie rozwiązują afgańskich kłopotów, lecz stają się coraz częściej ich przyczyną. W tym samym miesiącu amerykańska gazeta New York Times podała, że oficjalny dokument wszystkich 16 agencji wywiadowczych USA – raport Krajowych Szacunków Wywiadowczych – uznał, że sytuacja w Afganistanie „stacza się po spirali w dół”.
Jednak, mimo prowadzenia sekretnych rozmów z talibami przy pomocy Arabii Saudyjskiej, odpowiedzią USA na narastające problemy jest nasilenie działań zbrojnych. Z jednej strony USA planują znaczne zwiększenie liczby wojsk w Afganistanie, z drugiej narastają ataki na regiony przygraniczne sąsiedniego Pakistanu. Od razu przychodzą na myśl analogie do Wietnamu, gdzie stosowano podobną taktykę – gdy wojna w Wietnamie szła nie pomyśli USA, zaatakowano kraje sąsiednie, Laos i Kambodżę, które miały być zapleczem dla rebeliantów. Z wiadomym skutkiem. Wcześniej próbowano problemy rozwiązywać przez masowe wysyłanie na wojnę amerykańskich żołnierzy.
Czterdzieści lat później władze USA próbują zastosować obie taktyki, które zwiodły w Wietnamie jedna po drugiej, w tym samym momencie. I co warto podkreślić do dawnych wzorów wraca nie tylko Bush, ale i Obama. W Afganistanie przebywa obecnie około 30 tys. amerykańskich żołnierzy (łącznie w oddziałach IFOR i w ramach OEF). Zarówno Bush, jak i Obama, uznali, że liczba ta powinna się podwoić.
“WOJNA Z TERROREM”
Po wygranych wyborach nowy prezydent USA pospieszył donieść zależnym od siebie władzom afgańskim, że zaangażowanie USA w „regionie” się zwiększy. Choć Obama ma pewne wątpliwości co do wysyłania dodatkowych tysięcy wojsk bez konkretnej strategii prowadzenia wojny, sama logika „wojny z terrorem” nie jest przez niego kwestionowana. Jednym z celów przyjęcia bardziej spójnej strategii jest wszak skłonienie natowskich sojuszników do większego udziału militarnego i finansowego w wojnie afgańskiej. Ma to być jeden z głównych tematów rozmów na jubileuszowym szczycie NATO w kwietniu.
Także w polityce ataków na Pakistan widać kontynuację polityki nowego i byłego prezydenta USA. O Pakistanie stało się w Polsce głośno po egzekucji porwanego przez tamtejszych talibów Piotra Stańczaka. Wiele mówiło się przy tym o wojnie domowej prowadzonej na tych terenach. Mniej natomiast o fakcie, że siły amerykańskie regularnie dokonują ataków rakietowych i nalotów na terytoria przygraniczne Pakistanu w ramach walki z afgańskimi bojownikami. Od sierpnia 2008 r. odchodząca administracja Busha przeprowadziła przynajmniej 38 takich akcji zabijając ponad 220 osób. Zaledwie trzy dni po zaprzysiężeniu Obamy dał on zielone światło dla kolejny ataków. W prowadzonych w dwóch różnych miejscach akcjach zginęły przynajmniej 22 osoby, w tym 3 dzieci.
Politykę nowego prezydenta określono mianem „twardej miłości” – inicjatywy dyplomatyczne idą w parze w akcjami zbrojnymi. Nic dziwnego, że w Pakistanie „Obamomania” - entuzjazm i nadzieje z powodu wyboru obecnego gospodarza Białego Domu - jest znacznie mniejsza niż w innych krajach.
Generalnie możemy spodziewać się więc kontynuacji wojny i kontynuacji polskiego w niej udziału. NATO z Bushem czy NATO z Obamą wciąż pozostaje tą samą militarną machiną okupacji. Wydaje się, że hasło „Wycofać wojska z Afganistanu”, niestety, jeszcze długo pozostanie aktualne.
Filip Ilkowski