Rząd Tuska i USA

WOJNA W NOWYM OPAKOWANIU


Rząd Tuska często przedstawiany jest jako ten, który, w porównaniu z poprzednikami, prowadzi mniej awanturniczą, a bardziej pokojową i zrównoważoną wobec USA politykę zagraniczną.

Świadczyć o tym mają zapowiedzi o wycofaniu polskich wojsk z Iraku, chłodniejszy stosunek do negocjacji w sprawie lokalizacji w Polsce elementów amerykańskiej „tarczy antyrakietowej” czy zapowiedzi poprawy stosunków z „europejskimi partnerami” i gesty pojednania wobec Rosji. Bez wątpienia ekipa Tuska ma więcej od ekipy Kaczyńskiego dyplomatycznej ogłady, a mniej tendencji do prężenia muskułów w sprawach bez szans powodzenia.

To wszystko wpływa na lepszy „pi ar” (PR) i korzystniejsze postrzeganie tej polityki przez społeczeństwo. Jeśli jednak zdrapiemy wierzchnią warstwę „piarowskiego” lakieru okaże się, że w istocie polityka zagraniczna i wojskowa rządu Tuska jest tylko twórczą kontynuacją polityki rządu Kaczyńskiego (tak, jak w istocie Kaczyński kontynuował politykę rządów SLD).

Rozpatrzmy politykę nowego rządu na tle kluczowych wydarzeń zachodzących obecnie w ramach amerykańskiej „wojny z terrorem”: wydarzeń związanych z sytuacją w Iraku, Afganistanie, Iranie oraz planami budowy „tarczy antyrakietowej”.


IRAK

Sprawa Iraku jest największym sukcesem medialnym rządu Tuska. Wysłanie kolejnej, dziesiątej zmiany polskich wojsk (której PO wcześniej obiecywała nie wysyłać), ogłoszono jako tych wojsk wycofanie. Wystarczyło wyznaczyć datę wycofania wojsk (31 października 2008 r.), by uznano, że rząd zasadniczo zmienił polską politykę zagraniczną.

Teza, że wysłanie wojsk na prawie cały kolejny rok dowodzi zmiany polityki na mniej proamerykańską jest absurdalna. Mimo to, zapowiedź wycofania wojsk z Iraku jest ważnym wydarzeniem. Polska, jeśli faktycznie opuści Irak, wycofa się bowiem z wciąż trwającej wojny. Po raz pierwszy opuszczamy amerykańskiego sojusznika zanim on sam uznał sprawę za zakończoną. Chociaż od ok. czterech miesięcy sytuacja w Iraku jest mniej napięta – co zresztą polscy stratedzy uznali za dogodny moment do ogłoszenia daty zakończenia „misji”– ów większy spokój oparty jest na bardzo kruchych podstawach, a wojna daleka jest od końca. Nie zapomnijmy, że biorąc pod uwagę cały 2007 r. był on najkrwawszy od początku okupacji zarówno pod względem zabitych Irakijczyków, jak i żołnierzy USA. Obniżenie aktywności zbrojnej w ostatnim czasie polega głównie z jednej strony na zbrojeniu części klanów sunnickich, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej skutecznie atakowały amerykańskich żołnierzy, a których liderzy poczuli zagrożenie własnej pozycji ze strony grup związanych z al Kaidą, a z drugiej na ogłoszeniu rozejmu przez główną szyicką siłę antyokupacyjną, Armię Mahdiego, gdy jej przywódca Muktada as Sadr uznał, że nie kontroluje w pełni jej działań. Przyczyny niechęci do okupantów ze strony Irakijczyków, jak i sama niechęć, w żadnej mierze nie zniknęły. Sposób działania okupantów także się nie zmienił, o czym świadczą ostatnio choćby przeprowadzone w ramach poszukiwań „bojowników al Kaidy” ogromne bombardowania wioski Arab Dżabur na południe od Bagdadu, na którą rankiem 10 stycznia zrzucono ponad 18 ton bomb.

To, że projektując polską strategię działań militarnych w różnych częściach świata rząd postanowił ogłosić wycofanie się z najbardziej niepopularnej wojny, jest bez wątpienia powiązany ze sprzeciwem społecznym w tej sprawie – nawet jeśli sprzeciw ten był w głównej mierze bierny. Wojna iracka jest bowiem tą wojną. Symbolem działań USA wbrew woli reszty świata. Najbardziej znanym współczesnym przykładem wojennych kłamstw. Wojną, która od początku budziła największe emocje i największe protesty.

Nie zmienia to jednak faktu, że ze strony rządzących wycofanie się z Iraku wkalkulowane jest w szerszy projekt, którego celem ma być nie zmniejszenie, ale umocnienie militarnej roli Polski w świecie. Możliwe wycofanie się z Iraku idzie w parze z wysyłaniem żołnierzy w inne miejsca. Zapowiadane wcześniej przez duet Kaczyńskich zwiększanie wojskowej obecności Polski w świecie wciąż jest realizowane. Rząd PO – PSL już przygotowuje się do wysyłania wojsk do Czadu (350 żołnierzy), a przede wszystkim – do Afganistanu.


AFGANISTAN

W 2007 r. Afganistan stał się areną walk w stopniu najwyższym od czasu amerykańskiego ataku w 2001 r. Dlatego USA zamierzają zwiększyć swój kontyngent w Afganistanie wysyłając dodatkowe 3 tys. żołnierzy (obecnie jest tam 27 tys. żołnierzy USA – połowa jest częścią ok. 40-tysięcznego kontyngentu NATO, reszta działa w ramach amerykańskiej „operacji trwała wolność”). Wojna afgańska idzie źle, więc władze amerykańskie namawiają sojuszników z NATO do zwiększenia liczby własnych wojsk. Sojusznicy generalnie nie są to tego zbyt chętni. Jak niedawno stwierdził rzecznik Pentagonu Geoff Morrell "dowódcy w terenie potrzebują dodatkowych sił, a nasi sojusznicy nie są w stanie ich dostarczyć". Są jednak wyjątki… Rząd PiS, gdy szefem MON był Radosław Sikorski zdecydował o wysłaniu dodatkowego tysiąca żołnierzy do Afganistanu już w zeszłym roku. Rząd PO-PSL, z tym samym Sikorskim, ale tym razem w roli szefa MSZ, planuje posunąć się jeszcze dalej! Polskich żołnierzy na afgańskiej wojnie ma być jeszcze o 400 więcej niż za rządów Kaczyńskiego. Ich liczba wzrośnie więc do 1600, w dodatku wyposażonych w nowe helikoptery bojowe. Obecny szef MON Bogdan Klich chce także, aby polskie wojska przejęły odpowiedzialność za prowincję Paktika w południowo-wschodnim Afganistanie, jednym z obszarów o największym nasileniu działalności partyzanckiej. Już rząd SLD z wiadomym skutkiem załatwił „naszą” strefę w Iraku, teraz rząd PO-PSL, z poparciem całej „opozycji”, podąża tym tropem w Afganistanie – tyle, że na jeszcze bardziej niebezpiecznym obszarze.

Tymczasem sprawa zabójstwa cywilów w Nangar Khel przez polskich żołnierzy wciąż pozostaje nierozwiązana. Według "Rzeczpospolitej" dowódca polskiego kontyngentu gen. Marek Tomaszycki próbował tuszować tę zbrodnie, na co mają wskazywać dokumenty prokuratury. Jeden z aresztowanych żołnierzy miał zeznać, że kilka dni po incydencie do bazy Wazi Khwa przyleciał gen. Tomaszycki i spotkał się z żołnierzami, którzy prowadzili ostrzał, mówiąc „żebyśmy nic o tym nie opowiadali, pomagali sobie i pilnowali, żeby nikt nie popełnił samobójstwa, bo wtedy wszystko się wyda”.


IRAN

W sprawie Iranu rząd polski nabiera wody w usta, ale nie zapomnijmy, że budowa w Polsce elementów „tarczy antyrakietowej” oficjalnie dotyczy właśnie „irańskiego zagrożenia”. Tymczasem atak USA na Iran wciąż wydaje się opcją braną pod uwagę przez amerykańskie władze. Dowodem na to jest reakcja na niejasny incydent w cieśninie Ormuz na początku tego roku, gdy rzekomo pięć ścigaczy irańskich otoczyło trzy okręty amerykańskie, grożąc wysadzeniem w powietrze ładunków wybuchowych. Pentagon opublikował nagrania z tego wydarzenia, których prawdziwość zakwestionowała jednak telewizja irańska.

Incydent ten jest uderzająco podobny do wydarzeń w sierpnia 1964 r. w Zatoce Tonkińskiej, gdy rzekomy ostrzał okrętów amerykańskich przez północnowietnamskie – który, co dziś wiemy ponad wszelką wątpliwość, wyglądał zupełnie inaczej niż głosiła wersja oficjalna - posłużył za pretekst do oficjalnego rozpoczęcia przez USA wojny wietnamskiej.

Tym razem reakcja władz USA także musi być dla wszystkich ostrzeżeniem. George Bush, ocenił incydent w cieśninie Ormuz jako irańską prowokację. Natomiast doradca Busha ds. bezpieczeństwa narodowego Stephen Hadley stwierdził, że „jeżeli sytuacja się powtórzy, Irańczycy będą musieli ponieść konsekwencje.”


TARCZA ANTYRAKIETOWA”

Program Missile Defense (MD), znany w Polsce pod nazwą ”tarczy antyrakietowej” ma właśnie na celu m. in. ułatwić USA wywoływać „konsekwencje” dla takich krajów, jak Iran. Rząd Tuska kontynuuje negocjacje w sprawie rozmieszczenia elementów tego systemu w Polsce krytykując przy tym poprzedników za ich sposób ich prowadzenia. Daje to medialny obraz pokazujący jak to rząd PO-PSL stawia „twarde” warunki Amerykanom.

Niestety, obraz będący bardzo daleko od rzeczywistości. Ekipa Tuska w zasadniczych sprawach dotyczących programu MD ma identyczne stanowisko z poprzednikami. Nie istnieje nawet cień krytyki istoty tego programu, którego celem jest umocnienie strategicznej pozycji USA na świecie i praktycznie bezkarną możliwość ataku przez Stany jakiegokolwiek innego kraju. Rząd polski w ogóle nie rozpatruje tego problemu w kontekście możliwych nowych wojen, zapoczątkowania nowego wyścigu zbrojeń, czy nawet konsekwencji, jakie będzie miała instalacja części systemu „obronnego” USA dla suwerennego podejmowania decyzji przez Polskę w zakresie polityki zagranicznej. Rozpatruje go tylko w kontekście uzyskania nagrody w postaci dodatkowych rakiet za instalację innych rakiet. Czyli szczytem „twardości” negocjacyjnej jest żądanie od USA darmowych, a nie płatnych, systemów obrony przeciwrakietowej (Patriot 3 lub THAAD), które miałyby być zainstalowane wraz z „tarczą”. Systemy te traktowane są jako część programu MD, więc w praktyce nowy rząd paradoksalnie żąda instalacji nawet większej liczby elementów „tarczy” w Polsce.

A to wszystko, oczywiście, dla naszego bezpieczeństwa! Nowe „Patrioty” uchronią nie tylko bazę rakietową USA, ale całą Polskę. Radość studzi jednak wypowiedź samego ministra Klicha, który stwierdził, że „po powstaniu amerykańskiej bazy największe zagrożenie dla terytorium Polski będzie raczej pochodziło ze strony organizacji terrorystycznych”. Jak ma ich powstrzymać system obrony przeciwrakietowej pozostaje tajemnicą. Być może to kolejny cud premiera Tuska.

Filip Ilkowski

(patrz s. 12)


Min. Klich w Pentagonie

Rząd premiera Tuska zapowiedział wycofanie wojsk z Iraku do końca października tego roku. Rząd USA chciałby, aby wycofanie głównej części polskiego kontyngentu odbyło się jak najpóźniej. Rozważymy tę propozycję - powiedział minister. (PAP, 15.01.08)