Recenzja

Uwolnić umysły i nie tylko

Zniewolony umysł 2

Pod redakcją

Ewy Majewskiej i Janka Sowy

korporacja ha!art

Kraków 2007

Książka ta jest antologią składającą się z 11 różnych tekstów starających się przełamać dominację ideologii i polityki neoliberalnej nad naszymi umysłami. Komentuję tu tylko kilka z artykułów.

We wstępie redaktorzy, Ewa Majewska i Janek Sowa, biorą za punkt wyjścia słowa Martina Luthera Kinga – „I have a dream” („Mam marzenie”) i porównują panujący i głęboko zakorzeniony rasizm USA lat 60 - tych XX wieku, który wydawał się być wiecznym i „naturalnym” zjawiskiem z dzisiejszą neoliberalną hegemonią i sposobem w jaki powszechna propaganda wmawia nam, że „nie ma alternatywy” . Tak jak wtedy zmiana (prawa obywatelskie dla czarnych) okazała się możliwa, dzisiaj też należy marzyć i myśleć o alternatywach. Pokazują również, jak nadal trwa determinizm PRL-owski („Koła historii nie da się odwrócić”) – dzisiaj w postaci neoliberalnej.

Majewska i Sowa przedstawiają obszernie argumenty Immanuela Wallersteina w książce „Koniec świata, jaki znamy” o rychłym upadku kapitalizmu i wnioskują, że „jeśli z kryzysu ma zrodzić się coś lepszego, będzie to tylko to, co wymyślimy”.

Tu leży siła, a też w pewnym sensie słabość tej książki. Bardzo słuszne jest podkreślenie, że żadne postępy w historii nie dzieją się automatycznie, że istotne jest nasze działanie i tworzenie ideowej alternatywy wobec panującej ideologii. Prawdziwa alternatywa nigdy nie jest jednak tylko wymyślona – kształtuje się w walce przeciw staremu porządkowi. W książce nawiązań do konkretnych, historycznych i dzisiejszych przykładów jest niestety za mało.

Dając nam zarys najważniejszych dzieł ruchu alterglobalistycznego, zaczynających od demonstracji przeciw WTO w Seattle 1999 r., redaktorzy twierdzą, że ”podział na „reformistów” i „rewolucjonistów” przestał w pewnym momencie odgrywać w tych ruchach większą rolę” i tłumaczą to tym, że „prawa rozmaitych grup (….) są nadal gwarantowane przez państwa” oraz podkreślają „rozmaite formy lokalnej demokracji uczestniczącej organizowane wewnątrz coraz bardziej neoliberalnych państw”. To trochę dziwne stwierdzenie w czasie, kiedy właśnie dużo tych praw jest podważanych lub nie jest przestrzeganych w praktyce z powodu polityki podporządkowanej potrzebom wielkiego biznesu. Poza tym rewolucjonistom nigdy nie chodziło o to, by nie żądać reform od państwa, tylko o rozumienie tego, jaką drogą się te reformy można osiągnąć (poprzez masowe wystąpienia w przeciwieństwie do wiary w ustawodawczą pracę w parlamencie) oraz faktu, że państwo zawsze ma swoje „oddziały” przemocy, który mogą być i są stosowane przeciw ruchom i zmianom społecznym.

Redaktorzy słusznie odcinają się od instytucjonalnej „lewicy” SLD, który m.in. jest odpowiedzialny za wysyłanie polskich wojsk do Iraku. Mają też rację krytykując sektor organizacji pozarządowych, które są „obficie finansowane przez osoby prywatne i instytucje …. i często zależne od sponsorów”. Według nas m.in. takie organizacje reprezentują właśnie reformistyczne skrzydło ruchu alterglobalistycznego.

W pierwszym głównym artykule książki utytułowanym „Od komunizmu do neoliberalizmu” Ewa Charkiewicz, korzystając ze „skrzynki narzędzi” francuskiego filozofa Michela Foucaulta, opisuje ofensywę neoliberalną podczas transformacji Bloku Wschodniego. Polegała ona m.in. na patologizacji wszystkiego, co można było kojarzyć z komunizmem.

W przeciwieństwie do choroby, brzydoty, brudu i nienormalności, które zostały przypisane ustrojowi sprzed 1989 roku nastąpiło „uzdrowienie”, „normalizacja” w formie wprowadzenia rynkowych mechanizmów do wszystkich stosunków międzyludzkich – czyli programu neoliberalnego. Idee sprawiedliwości społecznej, egalitaryzmu uznano za przeżytki poprzedniego ustroju. Każdy opór prowadziłby do „komuny”.


Szczegółowo i trafnie autorka prezentuje rozmaite aspekty strategii neoliberalnej i pogardę wobec ludzi niebogatych, która leży u jej podstaw. Brakuje mi jednak analizy dlaczego neoliberałom tak łatwo się to udało. Po pierwsze przedstawienie PRL jako systemu patologicznego miało jakieś wydźwięk wśród większości ludzi, ponieważ nie utożsamili się nim – nie uważali go za system dobrobytu, którego trzeba bronić. Wręcz przeciwnie, cieszyli się z obalenia władzy PZPR. Po drugie nie musiało być tak, że albo trzeba było bronić PRL albo akceptować neoliberalną transformację. Jak Charkiewicz sama wspomina, celem pierwszej Solidarności (1980-81) był „socjalizm z ludzką twarzą”, a nie dziki kapitalizm. Po trzecie trzeba tłumaczyć dlaczego neoliberalizm zdobył hegemonię ideologiczną zarówno na Zachodzie, jak i w Polsce. Miało to związek z kryzysem gospodarczym kapitalizmu połowy lat 70-ych oraz całej serii późniejszych klęsk klasy pracowniczej i co za tym idzie - lewicowej myśli. Do tych klęsk trzeba też zaliczyć zdziesiątkowanie Solidarności w Polsce na skutek stanu wojennego, co pomogło otworzyć drogę do antypracowniczych reform.

Janek Sowa w swoim tekście „Łamiąc kod. Media a neoliberalny konsensus” pokazuje, że media nie są ani wolne ani niezależne, z powodu ich uwikłania w grze rynkowej – głównym celem ich wydawców jest maksymalizacja zysku, kontrolę nad ich linię polityczną mają oprócz magnatów medialnych również reklamodawcy. Ich wpływy prowadzą też do samocenzury dziennikarzy. Sowa twierdzi, że media stanowią nie czwartą, lecz pierwszą i najważniejszą władzę. Myślę, że takie twierdzenie jest przykładem często spotykanego wyolbrzymiania roli mediów. Media są ważne, ale jeśli byłyby tak wszechpotężne trudno byłoby wyobrazić sobie jakąkolwiek opozycję i opór. Ludzka świadomość jest złożona i często wewnętrznie sprzeczna – szczególnie, gdy własne doświadczenia kłócą się z oficjalnymi prawdami głoszonymi w mediach. Te ostatnie stracą swoje wpływy np. kiedy bierność w miejscu pracy zmienia się w aktywny sprzeciw wobec pracodawcy. Czasami ma to taże miejsce w stosunkowo spokojnych sytuacjach. Nawet w dzisiejszej Polsce mamy przykład negatywnej postawy większości ludzi wobec wojny w Iraku, mimo prowojennej propagandy głównych mediów. Sowa podkreśla ważność produkowania alternatywnych, niezależnych od biznesu mediów (i wymienia m.in. naszą gazetę jako jeden z ich przykładów), z czym się zgadzamy, chociaż raczej nie wyobrażamy sobie, że wpływy alternatywnych mediów stopniowo będą się zwiększać aż ich utraty przez media korporacyjne– wierzymy bardziej w zmianę wynikającą z ruchu masowego.

Artykuł Przemysława Wielgosza „Naród i jego sobotwóry” dyskutuje rolę narodów i państw w globalnym systemie. Autor podkreśla, że fałszywa jest często postawiona sprzeczność „naród (albo wspólnota etnokulturowa) kontra globalny lub kosmopolityczny kapitał”. Miażdży w tym kontekście „Imperium” Antonio Negriego i Michaela Hardta i ich tezę o zniknięciu zarówno klasy robotniczej jak i władzy państw na rzecz ponadnarodowego Imperium. Taki jest też powszechny mit wśród ideologów globalnego kapitalizmu. Wielgosz pokazuje natomiast, podobnie jak często powtarzaliśmy w tej gazecie, jak ponadnarodowa władza korporacji (bynajmniej nie wykluczając tych pochodzących z USA) realizuje się dzięki państwu – w postaci m.in. dotacji, zamówień rządowych i oczywiście wojen.

Inna cecha globalnego kapitalizmu według Wielgosza to polaryzacja między centrum a peryferią systemu, pogłębiające się różnice między nimi. Słusznie podkreśla, że rozwiązanie nie leży w zerwaniu z globalnym systemem ani na narodowym ani na etnokulturowym gruncie, ale myślę, że przesadza jeśli uważa, że jesteśmy świadkami ogólnej tendencji w kierunku „plemiennego kapitalizmu”. Trzeba odróżnić realne ruchy na rzecz praw mniejszości etnicznych, przeciw imperialnej dominacji od używania etnicznych grup przez imperializm do rozgrywania polityki „dziel i rządź”. Dlatego mylne jest jego wymienianie egipskich Braci Muzułmanów w tym samym kontekście co np. francuskiego faszystowskiego Frontu Narodowego. Natomiast bardzo słuszne jest u Wielgosza podkreślenie antagonizmu klasowego jako fundamentalnego w kapitalizmie – sprzeczności, którą można rozwiązać tylko poprzez „całościową zmianę stosunków społecznych” .

W ostatnim tekście antologii Jarosław Urbański pisze o kwestii „Pracy w dobie globalizacji”. Opisuje zmiany, które nastąpiły w sferze pracy: automatyzacja, komputeryzacja, zmiana lokalizacji zakładów pracy, wymagania „elastyczności” i mobilności pracy itd. Podkreśla, że nie jest prawdą, że klasa przemysłowych robotników zniknęła, choćby w skali światowej. Tutaj należy dodać, że nawet jeśli chodzi o Europę i USA klasa pracownicza nie straciła na znaczeniu dla gospodarki – nawet jeśli dzisiaj większy procent pracuje w sektorze usług niż 30 lat temu. Pracownicy usługowi stoją w tym samym antagonistycznym stosunku do kapitału – i coraz bardziej posługują się tymi samymi formami walki, co tradycyjna klasa robotnicza.

Urbański wymienia trzy warianty rozwoju sytuacji dzisiejszego kapitalizmu. Jeden z nich to wariant rewolucyjny – jednak według niego ogniskiem zmian nie będzie kraj „rozwinięty”, lecz przede wszystkim Azja. Twierdzi nawet, że „większość (ale oczywiście nie całość) klasy pracowniczej z krajów rozwiniętych zajmuje w tym podziale pozycję uprzywilejowaną, kosztem obszarów Trzeciego Świata.” Jest to dość rozpowszechniony mit. Warto jednak pamiętać, że ok. dwóch trzeci inwestycji zagranicznych na świecie jest lokowanych w Ameryce Północnej, Europie i Japonii, czyli w krajach najbogatszych. Oznacza to też, że główne źródła zysku (i co za tym idzie, wyzysku) leżą w tych krajach. Dlatego walka klasy pracowniczej krajów centrum też jest istotna dla losu kapitalizmu.

Urbański waha się między rozwiązaniami „rewolucyjnymi” a „reformistycznymi” – cała książka jest w pewnym sensie przykładem takiego wahania. Z jednej strony Urbański twierdzi (słusznie według mnie), że „koncepcja „dobrowolnej” dekoncentracji kapitału …. jest nierealna z powodów politycznych”. Z drugiej strony pisze, że „nie ma ostatecznego rozwiązania współczesnych problemów. Jedyną receptą jest krytyczny dyskurs”. Brakuje tutaj zrozumienia, że nawet jeśli obalenie kapitalistycznych stosunków społecznych nie usunie wszystkich problemów społecznych to oznaczałoby, że bardzo wiele z nich przestałoby istnieć.

„Krytyczny dyskurs” to o wiele za mało, by zmienić świat. Może następna książka będzie na temat strategii – byłoby to bardzo potrzebne. Jednak „w międzyczasie” na prawdę warto czytać tę.