Sprzeciw wobec ataku na Irak zdominował wiele debat i dyskusji we Florencji.
Tysiące ludzi wciskających się na zebrania i konferencje było przekonanych o
potrzebie stworzenia silnego ruchu przeciwstawiającego się wojnie. PO ogromnym
sukciesie milionowej demonstracji 9 listopada miażdżąca większość zadecydowała
o ogłoszeniu 15 lutego ogólnoeuropejskim dniem protestu przeciw wojnie. Jego
celem jest zablokowanie wszystkich europejskich stolic przez masowe demonstracje.
Susan George, jedna z najbardziej
znanych postaci ruchu antyglobalistycznego mówiła o ofensywnej strategii gabinetu
Bush'a, o próbie stworzenia nowego imperium i o coraz to nowszych bazach wojskowych.
"Po Iraku" - jak argumentowała - "Stany będą "obecne"
w wielu regionach globu; będą chciały stworzyć światowe imperium oparte na dominacji
ekonomicznej."
We Florencji dawało się odczuć wielką determinację, by przekształcić, czy raczej
poszerzyć dotychczasowy ruch przeciwników kapitalistycznej globalizacji o nowe
elementy antywojenne.
Michael Albert ze Stanów podsumował
te tendencje słowami: "Wojna USA z Irakiem jest de facto militarnym skrzydłem
globalizacji. Jeżeli jesteście przeciw wojnie USA z Irakiem, to jesteście przeciwko
korporacyjnej globalizacji. Jeżeli jesteście przeciwko korporacyjnej globalizacji,
jesteście przeciwko kapitalizmowi."
Większość uczestników forum zainspirowało
półtora miliona ludzi, którzy protestowali przeciwko wojnie na terenie Włoch
i 400.000 osób demonstrujących w Londynie 28 września.
Lindsey German, przewodnicząca koalicji
"Powstrzymać Wojnę" (Stop The War Coalition) i redaktorka "Socialist
Review", mówiła że ruch antywojenny jest bardzo dużą siłą w Wielkiej Brytanii
dzięki temu, że zdecydował się na "jasne wypunktowanie kwestii imperializmu."
"Rozumiemy, że to wojna o ropę i o powiększenie amerykańskiej potęgi. Nie zgadzamy się na uznanie Talibów lub Saddama Husseina za "równych" przeciwników amerykańskiego i brytyjskiego imperializmu. Widzimy, że to właśnie USA ma monopol na broń masowego rażenia i że naszymi głównymi wrogami są wrogowie na własnych ziemiach" - wyraziła stanowisko swojej organizacji, zagłuszana oklaskami.
W dyskusje dotyczące wojny włączonych
było wielu aktywistów z przeróżnych krajów. Dave Baylock, weteran Wojny Wietnamskiej,
opowiadał o tym jak żołnierze amerykańscy przyłączali się do ruchu antywojennego
w późnych latach '60, by walczyć z amerykańskim imperializmem.
Lidia Menapace, weteranka kampanii
pokojowych we Włoszech, była oklaskiwana, gdy postulowała za wojowniczą kampanię
w celu "wykopania" amerykańskich baz wojskowych.
Maria Styllou z Grecji: "Istnieją
ważne amerykańskie bazy w Grecji, Turcji i na Cyprze, podczas gdy my koordynujemy
ruch oporu przeciwko wojnom... Naszym sloganem jest 'Zamknijcie bazy. Otwórzcie
granice.'"
"Żadnej wojny, za żadną cenę"
jak mówił Asad Rehman. Wytykał też ruchom antywojennym we Francji, że nie zdołały
nawiązać kontaktów z grupami muzułmanów i północno-afrykańczyków. "Niebezpieczeństwo
islamofobii jest zarówno po lewej jak i po prawej stronie" - ostrzegał,
podając jako kontrprzykład angielską koalicję "Powstrzymać Wojnę",
która zbudowała swą siłę właśnie na różnorodności.
Było też kilka debat na temat znaczenia
ONZ.
Hans Abrahamsson ze szwedzkiego ATTAC'u
(wojującego z finansowymi spekulacjami), wskazywał na potrzebę działania na
"nowych arenach". Mówił, że nie wolno ignorować instytucji takich
jak ONZ, a raczej zmuszać je do dwustronnego dialogu.
Ale owacjami witano też wypowiedzi głoszące niemożliwość polegania na ONZ czy
europejskich dyplomatach, jeżeli chodzi o przeciwstawienie się Bushowi.
Tobias Pfluger z Niemieckiego Ruchu Antywojennego tłumaczył, że nie można polegać na przywódcach w stylu Gerharda Schrödera, który co prawda przeciwstawił się wojnie (inaczej nie udałoby mu się wygrać wyborów), ale w rzeczywistości nie ma nic przeciwko takim rozwiązaniom i nie ma zamiaru występować przeciwko Bushowi.
Tłumaczył
Jarek Kuczyński