Nadchodząca
wojna z Irakiem
Busha chce krwi
Wśród elity władzy w USA toczy się ostry spór wywołany przez pęd George'a W.
Busha ku wojnie z Irakiem. Nawet ludzie, którzy popierają długoterminowe cele
Busha - np. czołowi politycy Partii Republikańskiej - kwestionują zamiary prezydenta.
James Baker, sekretarz stanu podczas ostatniej wojny z Irakiem powiedział w
New York Times, że Bush powinien zabiegać o rezolucję ONZ, aby zdobyć międzynarodowe
poparcie. Baker ostrzegał przed zagrożeniami w kraju i zagranicą, które może
spowodować ewentualna wojna.
Natomiast wiceprezydent Dick Cheney i sekretarz obrony Donald Rumsfeld w swoich
ostatnich wypowiedziach kilkakrotnie nawoływali do wojny, nawet bez międzynarodowej
zgody. Cheney powiedział, że niebezpieczeństwo "bezczynności" jest
groźniejsze niż wojna.
W USA spada poparcie dla wojny z Irakiem. Pod koniec sierpnia sondaż opinii
publicznej pokazał, że poparcie dla wysłania żołnierzy do Iraku spadło do 53
proc. (a wynosiło 61 proc. w czerwcu i 74 proc. w listopadzie 2001 r.).
Tylko 20 proc. obywateli USA opowiadało się za wysłaniem żołnierzy amerykańskich
"bez poparcia sojuszników". Brak poparcia martwi twardogłowych polityków
takich, jak były sekretarz stanu Henry Kissinger, współodpowiedzialny za miliony
zabitych podczas wojny w Wietnamie Laosie i Kambodży w latach 60-ych i 70-ych.
Kissinger ostatnio pisał w Washington Post, że chociaż jest za wojną to: "Militarna
interwencja powinna być poparta tylko wtedy, jeśli jesteśmy gotowi podtrzymać
takie działanie tak długo, jak będzie trzeba". Dodał, że USA jeszcze muszą
zrobić dużo, by zdobyć międzynarodowe poparcie i muszą mieć jakieś pojęcie o
tym, czym zastąpić reżim Saddama Husajna.
Egipski prezydent Hosni Mubarak podkreśla, że rządy krajów arabskich są przeciwne
wojnie. Brent Scowcroft pracował dla George'a Busha seniora, aby zdobyć międzynarodowe
poparcie dla pierwszej wojny z Irakiem w 1990-91. Napisał w Wall Street Journal,
że "Atak na Irak tym razem może zagrozić, jeśli nie zniszczyć, globalną
kampanię antyterrorystyczną, którą podjęliśmy.". Dodał: "Obecnie niemalże
istnieje konsensus na świecie przeciwko atakowi na Irak.".
Scowcroft twierdzi, że jeśli USA będą prowadzić strategię wojny w pojedynkę,
to wojskowe operacje będą odpowiednio bardziej niebezpieczne i drogie. Ostrzega
też, że jeśli USA przymkną oczy na to, co Izrael robi w Palestynie, "aby
skupić się na ściganiu Iraku, wywoła to wybuch gniewu przeciwko Stanom Zjednoczonym".
W odpowiedzi, Richard Perle, doradca Rumsfelda, który znajduje się na skrajnej
prawicy ekipy Busha, skarcił Scowcrofta: "Niezajmowanie się Saddamem Husajnem
spowoduje taki upadek wiarygodności prezydenta, że będzie to godziło w wojnę
z terroryzmem".
Innymi słowy wojna jest potrzebna, aby podtrzymać bezwzględną reputację państwa
USA i polityczną karierę Busha, ostatnio pogrążoną w aferach korupcyjnych.
W sierpniu Bush odpowiedział Kissingerowi,
Scowcroftowi i innym czołowym Republikanom, że jest cierpliwy, że wysłucha ich
opinii i że nie podejmie decyzji o wojnie pochopnie. Ale w ciągu trzech dni,
sekretarz obrony Rumsfeld dał do zrozumienia, że taka krytyka nie zahamuje pędu
ku wojnie.
Kluczowa rola protestu
Masowy i międzynarodowy ruch antywojenny połączony z antyimperialistycznymi
walkami na Bliskim Wschodzie może powstrzymać Busha.
Międzynarodowa izolacja Busha może pogłębić podziały wśród elit i wzmocnić ruch
antywojenny.
W USA już odbywają się zdeterminowane protesty. Masowe protesty w USA i w Europie
utwierdzą w działaniu wszystkich na Bliskim Wschodzie, którzy chcą stawiać opór
imperialistycznej interwencji.
Strategia Busha
Prawicowi krytycy strategii prowojennej
Busha mają dwie główne obawy. Wiedzą, że pomimo militarnej potęgi USA polegają
na systemie sojuszy, aby chronić swoje globalne interesy.
Obawiają się również, że inwazja na Irak może nie być taka prosta jak zastąpienie
Talibów Północnym Sojuszem w Afganistanie. Co więcej, martwią się, że wojna
może doprowadzić do gwałtownej reakcji antyimperialistycznej na całym Bliskim
Wschodzie.
Banda Busha odrzuca takie argumenty nie tylko z powodu wielokrotnego żądania
"zmiany reżimu" w Iraku.
Dla nich zwycięska wojna z Irakiem to niepowtarzalna szansa, by wzmocnić globalną
dominację USA. Mogą wydawać się zwariowani, ale posługują się brutalną logiką.
Wierzą, że albo europejskie rządy poprą wojnę jak tylko się rozpocznie, (z czym
się zgadza Kissinger), albo mimo braku wsparcia ze strony Europy, USA i tak
zdobędą decydującą przewagę.
Zwycięstwo USA w regionie Zatoki Perskiej wzmocniłoby amerykańską kontrolę nad
ropą z Bliskiego Wschodu. Stanowiłoby to ważne narzędzie ekonomicznego nacisku,
ponieważ Europa i Japonia są nawet bardziej zależne od arabskiej ropy niż USA.
Richard Perle jest twardogłowym doradcą sekretarza obrony Rumsfelda, którego
nie obchodzi brak poparcia ze strony europejskich państw. Jego komitet doradczy
w lipcu opisał Arabię Saudyjską jako "jądro zła" na Bliskim Wschodzie.
Podejrzenie, że gang Busha chce teraz dyscyplinować Arabię Saudyjską, a nie
tylko inne państwa arabskie, zostało potwierdzone tym, że Rumsfeld dawał tylko
słabe wyrazy "przyjaźni" z Arabią Saudyjską, trzy tygodnie po opublikowaniu
opinii doradców Perle'a.
Stworzenie siłą nowego reżimu w Iraku, potencjalnie największego dostawcy ropy
po Arabii Saudyjskiej, dałoby USA kontrolę nad tym państwem, a także zdyscyplinowałoby
Iran i inne państwa na Bliskim Wschodzie. Najbardziej twardogłowi miłośnicy
wojny we władzach USA chcą "zmian reżimów" w całym regionie, by każdy
rząd był tak "niezawodny" jak Izrael.
Rumsfeld powiedział tłumowi żołnierzy w sierpniu, że izraelskie panowanie nad
"tak zwanymi terytoriami okupowanymi" w Palestynie jest usprawiedliwione,
ponieważ "jest wynikiem wojny, którą wygrali". Twardogłowi czują się
bardzo pewni siebie po tym, co uważają za zwycięstwo w Afganistanie. Wtedy udało
się im zignorować wątpiących, dlatego dziś tak arogancko przechodzą do porządku
nad jeszcze poważniejszymi obawami.
Polska
Polskie "elity" uważają, że najlepszą strategią jest maksymalna służalczość
wobec USA. Najbogatszym polskim biznesmenom może ona przysparzać jeszcze większe
zyski, a państwu polskiemu wyznaczać silniejszą geopolityczną rolę jako wybrańcowi
USA w tym regionie Europy.
Zbigniew Brzeziński, doradca prezydenta
Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego, miał rację, gdy tak opisał stosunki między
państwami w Gazecie Wyborczej 18 lipca:
"Dla obu krajów takie bliskie stosunki oznaczają wiele korzyści. Amerykanie
pozytywnie oceniają podejście Polski do przyszłości NATO. Polska korzysta na
bliskich stosunkach gospodarczych, ale także dzięki sojuszowi politycznemu z
USA umacnia swą pozycję w Europie Środkowej." Trzeba tylko zastąpić wyrazy
"obu krajów" słowami "obu klas panujących".
Po swojej lipcowej wizycie w Waszyngtonie
Kwaśniewski był gotów zrobić wszystko, co się da dla Busha:
"Rozmowy prezydentów były także okazją do szczegółowej wymiany poglądów
na temat wojny z terroryzmem. Z nieukrywaną satysfakcją Kwaśniewski potwierdził
w piątek, że Amerykanie deklarują zamiar ścisłego konsultowania z Polską wszystkich
dalszych działań, również w przypadku, gdyby kolejnym ich etapem był atak na
Irak".
"Gdyby doszło do tego ataku, Polska wniosłaby udział na miarę swoich możliwości - stwierdził Kwaśniewski. Podkreślił jednak, że prezydent Bush nie podjął jeszcze decyzji w kwestii zaatakowania Iraku." (Rzeczpospolita, 20 lipca)
Miesiąc później Kwaśniewski pełnił rolę rzecznika Białego Domu. 29 sierpnia powiedział w Radiowej Trójce: "Amerykanie dysponują materiałami, które trudno zakwestionować. To są dokumenty i informacje mówiące, że Saddam Husajn dysponuje bronią masowego rażenia, także bronią chemiczną i biologiczną, która może być użyta przez niego, przez Irak, i może być również użyta przez różne środowiska terrorystyczne, które Irak popiera".
Kwaśniewski wypowiada te bzdury, gdy dziennikarze, politycy sojuszniczych państw a nawet politycy w USA narzekają właśnie na brak takich dowodów.
Co więcej Scott Ritter, były inspektor
ONZ-wskich ekip kontroli broni masowej zagłady w Iraku, Amerykanin, który mówi
o sobie, że jest Republikaninem, powiedział wielokrotnie, m.in. w Kongresie
w Waszyngtonie, że Irak nie stanowi zagrożenia dla USA.
Nie chcemy być sojusznikiem Busha w nadchodzącej wojnie z Irakiem. Nie chcemy
być współodpowiedzialni za śmierć tysięcy niewinnych ludzi. Nie chcemy, żeby
w ogóle doszło do tej wojny.
Przyłączmy się do globalnego ruchu antywojennego!