Nie wysyłać wojsk

NIE - OKUPACJI IRAKU

No i stało się. Polska będzie "mocarstwem" kolonialnym. W nagrodę za wierną służbę Bush pozwoli nam dowodzić okupacją kawałka Iraku!
Po zajęciu Iraku przez wojska koalicji (tzn. jedno uzbrojone po zęby supermocarstwo + kundelki) bardzo szybko okazało się, że tak naprawdę nie było powodów do wszczęcia tej wojny. Ostatecznie upadły wszystkie argumenty, jakimi posługiwał się rząd USA dla uzasadnienia agresji na Irak, a na które około 80% mieszkańców naszego globu i tak nie dało się nabrać.
Po pierwsze - do dzisiaj nie udało się znaleźć broni masowego rażenia, tej właśnie, przy pomocy której Saddam Hussajn miał podbić cały świat, nie wyłączając Pcimia Dolnego. Tak przynajmniej wmawiała wszystkim amerykańska propaganda, skwapliwie powielana przez polskie media.
Po drugie - hasło "wyzwalania" Irakijczyków spod władzy dyktatora straciło nieco na wiarygodności po tym, jak ujawnione zostały kulisy radosnego powitania amerykańskiej armii oraz spontanicznego obalania pomników Hussajna przez mieszkańców Bagdadu. Dzięki dziennikarzom mieszkającym w hotelu "Palestyna" i mających możliwość bezpośredniej obserwacji tych zdarzeń wyszło na jaw, że była to inscenizacja, w której główne role zagrali przywiezieni na miejsce wojskowymi transporterami członkowie Irackiego Frontu Narodowego, nieznanej w Iraku przed wojną emigracyjnej grupy opozycyjnej, związanej z Pentagonem. Mit "wyzwalania" ostatecznie skompromitowali sami amerykańscy żołnierze, strzelając do nieuzbrojonych cywili, manifestujących przeciwko amerykańskiej obecności w Iraku, Do tego doszły jeszcze: rabunek bezcennych zabytków, torturowanie jeńców wojennych oraz staranna opieka nad szybami naftowymi przy jednoczesnym zlekceważeniu podstawowych potrzeb ludności cywilnej. A co do "demokratyzacji", to władze okupacyjne jakoś nie palą się do dopuszczenia do rzeczywiście demokratycznych wyborów.
Tak więc, nikł już chyba nie ma wątpliwości, że faktyczne przyczyny zaatakowania Iraku to tylko chęć zagrabienia irackiej ropy i globalna dominacja USA. A mimo to, po niechlubnym udziale polskich oddziałów w wojnie napastniczej, rząd polski z uporem maniaka pcha Polskę w kolejną neokolonialną awanturę - okupację Iraku, w nowomowie zwanej "stabilizacją".
Wiadomo już, że polska strefa okupacyjna będzie rozciągać się od granicy z Arabią Saudyjską do granicy z Iranem i obejmie pięć prowincji. Polski kontyngent wyniesie ponad 2 tysiące żołnierzy, cała dywizja będzie liczyć do 7,5 tysięcy, a na dowódcę typowany jest generał dywizji Andrzej Tyszkiewicz.
Ministerstwo Obrony Narodowej podało, że koszty transportu i pobytu w Iraku polskich żołnierzy pokryją Amerykanie, natomiast koszty tzw. "osobowe" obciążą Polskę. Z informacji wiceministra obrony Janusza Zemke wynika, że wydatki osobowe na jednego żołnierza (z wyjątkiem żołdu, płaconego w kraju) wyniosą 1,5 tysięcy dolarów (około 5.500 złotych), a koszty związane z przygotowaniem liczącego ponad 2 tysiące żołnierzy kontyngentu do końca roku wyniosą 135 milionów złotych, z czego 115 milionów podobno jest w stanie wygospodarować resort obrony narodowej. "Oczekujemy, że pomoże nam budżet państwa" - powiedział Zemke. No cóż, 20 milionów złotych to żaden pieniądz, budżet na pewno dorzuci. Ale do Iraku wybierają się nie tylko żołnierze. Wraz z dwutysięcznym kontyngentem mają pojechać również cywilni specjaliści od administracji, specjaliści języka arabskiego, znawcy tamtejszej historii i kultury. Nie wiadomo, ilu ich pojedzie, ale jest jasne, że nie za darmo. I te koszty też zapewne pokryje budżet państwa. Nic nie szkodzi, że ten budżet jest w nienajlepszym stanie. Pieniądze się znajdą - można przecież, jak zwykle, "zaoszczędzić" na wydatkach na cele socjalne, i tak już w RP szczątkowych. Myślę, że ludzi, których w pierwszej kolejności dotkną przyszłe cięcia wydatków socjalnych, ucieszy następująca informacja: Otóż dzienna stawka żywieniowa dla polskiego okupanta w Iraku wyniesie 20 dolarów, czyli prawie 80 złotych dziennie. W ciągu miesiąca koszt samego wyżywienia jednego żołnierza wyniesie więc ponad 2.200 zł, podczas gdy przeciętne miesięczne wynagrodzenie w Polsce wynosi 2.228,68 zł brutto, najniższe wynagrodzenie wynosi 800,00 zł brutto, a najniższa emerytura - 552,63 zł, też brutto (oczywiście liczby te nie odzwierciedlalają faktycznych dochodów). I fakt, że za michę płacą Amerykanie niewiele chyba zmienia.
Tyle o przyszłych wydatkach. A jakie mogą być koszty moralne całej tej awantury? Trudno je oszacować, można jednak przewidywać, że będą bardzo wysokie.
Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ Nr 1483 z 22 maja br. pod naciskiem administracji USA usankcjonowała okupację Iraku. W rezolucji tej znalazł się też zapis, że okupacja będzie trwała do czasu utworzenia w Iraku rządu "możliwego do zaakceptowania przez społeczność międzynarodową". Oczywiście, pod pojęciem "społeczności międzynarodowej" nie należy bynajmniej rozumieć większości społeczeństw świata, przeciwnych zarówno wojnie, jak i okupacji. Któż więc to jest "międzynarodowa społeczność"? Stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ? A może tylko jeden z nich?
Wiadomo, że amerykańska administracja zaakceptuje w Iraku wyłącznie skorumpowany marionetkowy rząd, całkowicie uległy wobec USA i współpracujący z koncernami naftowymi w okradaniu narodu irackiego. Z kolei takiego rządu nie zechcą poprzeć Irakijczycy. A zatem okupacja może potrwać bardzo długo, nawet całe lata. Prezentowanych przez nasze media deklaracji ministra Szmajdzińskiego, że obecność polskich żołnierzy w Iraku ma na celu między innymi przywrócenie bezpieczeństwa i ładu publicznego, udzielanie wsparcia akcjom humanitarnym oraz wsparcie, pomoc i stworzenie warunków do rozwoju Iraku, nie należy traktować poważnie. Polscy żołnierze jadą do Iraku jako okupanci. A okupacja kraju przez obce wojska na ogół rodzi sprzeciw narodu okupowanego. Świadomość tego ma z pewnością generał Tyszkiewicz, który oświadczył, że nie spodziewa się zagrożenia militarnego, ponieważ nie istnieją jednostki byłej armii irackiej, istnieje jednak prawdopodobieństwo zagrożenia ze strony "uzbrojonych grup kryminalnych i terrorystycznych". I znowu nowomowa - kiedyś opór wobec kolonizatorów czy okupantów nazywano "ruchem narodowowyzwoleńczym" lub "wojną partyzancką", teraz to "terroryzm". (Swoją drogą, ciekawe kiedy ktoś napisze w tej nowomowie podręcznik do nauki historii Polski, z którego dzieci będą mogły się dowiedzieć o terrorystycznych atakach na stabilizujące terytorium Polski w latach 1939-1945 wojska faszystowskich Niemiec.)
Niewykluczone, że w Iraku zaczyna działać zbrojny ruch oporu, ponieważ istnieją już doniesienia o atakach na amerykańskich żołnierzy. I między bajki można włożyć opinie różnych "ekspertów", że Irakijczycy najłatwiej dogadają się z Polakami. Polak czy Amerykanin - okupant jest okupantem, a więc wrogiem. Po utworzeniu polskiej strefy "stabilizacyjnej" celem ataków mogą stać się również i Polacy. Polscy żołnierze będą więc też zabijać oraz - biorąc przykład ze swych amerykańskich kolegów - torturować schwytanych bojowników ruchu oporu. Im dłużej potrwa okupacja Iraku, tym większe stanie się prawdopodobieństwo zbrodni wojennych, popełnianych przez Polaków. Może się też wydarzyć, że polscy żołnierze i ich dowódcy niższego i wyższego szczebla - aż do rządzących krajem włącznie, poniosą sromotną klęskę.
Losy świata niekoniecznie nie muszą bowiem się potoczyć dokładnie tak, jak życzyłby sobie tego Bush i jego banda.
Elżbieta Zembrzuska