Wenezuela na
skraju kryzysu

15 sierpnia Wenezuelczycy będą głosować w referendum w sprawie rządu Hugo Chaveza. Lecz nie jest to zwyczajne głosowanie. Atmosfera w kraju jest dramatycznie napięta. A podziały odgradzające stronników i oponentów Chaveza dotyczą spraw dużo głębszych niż proste różnice politycznych opinii.
Na eleganckich przedmieściach stolicy Wenezueli, Caracas, już sama wzmianka o Chavezie wywołuje wściekłość. Z kolei w okalających miasto ruderach robotniczej biedoty poparcie dla rządu jest głośne i raczej powszechne.
Referendum stanowi ostatni rozdział w nieustającej konfrontacji między Chavezem a wenezuelskimi klasami panującymi.

Ropa
Wenezuela jest jednym z ważniejszych dostawców ropy naftowej na świecie (ok. 13 procent światowej produkcji). Do lat trzydziestych XX wieku wydobyciem znakomitej większości surowca w tym kraju zajmowały się dwie amerykańskie korporacje. Od późnych lat pięćdziesiątych poziom produkcji ropy w Wenezueli, zgodnie z globalnymi tendencjami, zdecydowanie wzrósł. Między rokiem 1958 a 1994 jej eksport przyniósł krajowi 300 miliardów dolarów dochodu. Jak dotąd jednak bogactwa owe nigdy nie przełożyły się na dochody większości Wenezuelczyków.
W roku 1976 krajowy przemysł naftowy został znacjonalizowany, a kontrolę nad nim przejęło Wenezuelskie Państwowe Przedsiębiorstwo Naftowe (Petroleos de Venezuela - PdVSA). Jednakże państwowe zarządzanie tym najważniejszym wenezuelskim bogactwem całkowicie podporządkowane było interesom bogatej mniejszości.
W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Wenezuela stała się prawdziwym symbolem korupcji i kumoterstwa; dwie ówczesne partie (Akcja Demokratyczna oraz Chrześcijańska Demokracja) rozdzieliły pomiędzy siebie władzę oraz płynące z niej zyski. Beneficjantami nie byli jedynie przemysłowcy, bankierzy i wpływowi ludzie mediów. Klasy średnie oraz tzw. fachowcy zostali w dużej mierze suto przekupieni, natomiast pracownicy przemysłu naftowego cieszyli się wysokimi pensjami. Jednakże była to przecież mniejszość mieszkańców Wenezueli..
Setki tysięcy ludzi przybyłych do Caracas w poszukiwaniu pracy trafiło nie dalej niż do slumsów lub na brudne, błotniste stoki wokół stolicy. W zamian mieli stamtąd naprawdę dobry widok na majestatyczne drapacze chmur i nowoczesne apartamentowce, powstające w związku z naftową koniunkturą. W połowie lat osiemdziesiątych jakieś 36 procent Wenezuelczyków żyło w skrajnej nędzy.
W roku 1989 ówczesny premier, Carlos Andres Perez Rodriguez wprowadził w życie tzw. "Wielki Zwrot", podejmując tym samym decyzję o zaprowadzeniu w kraju neoliberalnej polityki, której żądał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Okres protestów i rozruchów spowodowanych "Wielkim Zwrotem", kiedy to miliony biednych i bezrobotnych wprost zalały ulice stolicy, przeszedł do historii pod nazwą "Caracazo" - bunt w Caracas. W odpowiedzi na zamieszki Pérez wysłał przeciw ludziom siły wojskowe; w wyniku starć zastrzelonych zostało setki (być może nawet ponad tysiąc) osób.

Hugo Chavez
Trzy lata później w samym centrum wenezuelskiego życia politycznego pojawił się Hugo Chavez, w lutym 1992 roku przeprowadzając wojskowy zamach stanu, który obalił istniejący w Wenezueli rząd. Chavez reprezentował nowy typ wojskowego oficera - narodowca troszczącego się przede wszystkim o rozwój (nie tylko gospodarczy) kraju. Na jego koncepcje polityczne najsilniejszy wpływ wywarło przekonanie o tym, że reformy gospodarcze i społeczne mogą być niejako zarządzone z góry przez grupę postępowych oficerów, gotowych do narzucenia zmian siłą.
Ludność już niemal przyzwyczaiła się do regularnego wychodzenia na ulice z żądaniem zmian. Lecz zorganizowana lewica zdawała się być kompletnie niezdolna do przewodzenia batalii, której domagało się społeczeństwo. W krytycznym 1992 roku nie była w stanie zorganizować jakiegokolwiek znaczącego poparcia dla Chaveza.
Ten zaś został błyskawicznie obalony i osadzony w więzieniu. Wenezuela gwałtownie popadała w nieuchronny kryzys. Liczba ludzi żyjących w skrajnej nędzy podwoiła się - z 36 aż do 66 procent społeczeństwa. Skarb kraju kontrolowali dyrektorzy państwowej firmy naftowej, działający jak zwyczajna kadra kierownicza wielonarodowej korporacji. Bogacili się, odciągając zyski z ropy naftowej do spółek typu "off-shore" (zarejestrowanych w raju podatkowym), ubijając interesy z obcymi korporacjami i wreszcie wyprzedając udziały w przemyśle. Działali niezależnie od państwa, które było tak czy owak wspólnikiem w ich korupcyjnych działaniach. Nawet przywódcy związków zawodowych pracowników przemysłu naftowego wchodzili w skład tej samej koterii posiadaczy kont w zagranicznych bankach oraz ogromnych pensji.
Tymczasem krajowe środki przekazu znajdowały się w rękach czterech najbogatszych jednostek, które dodatkowo robiły interesy ze skorumpowanymi politykami. Opór był, rzecz jasna, zupełnie jednak nieskoordynowany i bezplanowy. Z kolei każdy wybuch masowej wściekłości kończył się ostrymi represjami.

Simon Bolivar
Hugo Chavez wkroczył w tę pustkę oferując ruchowi swoją "bolivariańską" filozofię. Ideologia ta, biorąca swe miano od nazwiska Simona Bolivara, XIX-wiecznego latynoamerykańskiego bojownika o wolność, była nacjonalistyczna, ogólnospołeczna oraz wysoce krytyczna wobec bogatej elity, obrastającej w tłuszczyk w tym samym czasie, gdy większość Wenezuelczyków żyła w nędzy.
Chaveza wypuszczono z więzienia w 1994 roku; w 1998 zaś ostatecznie zdecydował się on powrócić do polityki. Swym wyborcom Chavez obiecał przyzwoitą edukację, reformę społeczną, utrzymanie kontroli nad przemysłem naftowym oraz przydzielenie gruntów bezrolnym. W ten sposób w 2000 r. znalazł się ponownie u władzy. Jeszcze w poprzednim roku uchwalono nową konstytucję, która - dając Chavezowi znaczne uprawnienia i tym samym umacniając państwo - zdecydowanie nie odpowiadała klasie kapitalistów. Tuż po wyborach rozpętano poważną kampanię przeciwko rządowi Chaveza. Ważniejsi inwestorzy wycofali swoje lokaty kapitałowe. Media zaczęły kreować atmosferę paniki i kryzysu. Dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw naftowych przygotowali sabotaż wenezuelskiej gospodarki - w zmowie ze skorumpowanymi przywódcami związku zawodowego pracowników przemysłu naftowego.
Wszystko to było jedynie przygotowaniem do tzw. "strajku szefów" w grudniu 2001 roku. Pracodawcy pozbawili większość wenezuelskich gospodarstw domowych niezbędnych dostaw gazu, a produkcja ropy naftowej została praktycznie wstrzymana.
Z upływem tygodni napięcie rosło. Mimo to Chavez nie przedsięwziął żadnych kroków przeciwko tej silnej elicie. I wtedy, 11 kwietnia 2002 roku, prawica ogłosiła przewrót i aresztowała Chaveza, osadzając go w więzieniu na odległej wyspie.
Pedro Carmona, szef Wenezuelskiej Izby Handlu, rozpakował swą świeżo uszytą prezydencką szarfę i obwieścił się nowym prezydentem kraju. Biznesmeni i politycy zgromadzeni wokół niego śmiejąc się wznosili toasty za zwycięstwo. Jednakże z każdą godziną z ich twarzy stopniowo znikały triumfujące uśmiechy. Najpierw setki, wkrótce zaś całe tysiące pracowników spokojnie schodziły się pod pałac prezydencki, powoli go zagarniając. Obserwując, czekając, żądali powrotu Chaveza.
W miarę jak tłum narastał, już tej pierwszej nocy wojskowi poplecznicy przewrotu wpadali w panikę, zwykli zaś żołnierze nabierali pewności siebie. A dwa dni później Chavez triumfalnie powrócił. Podziękował zgromadzonym - i poprosił ich o rozejście się do domów.

Strajk szefów
W 2003 roku powtórny "strajk szefów" również został pokonany przez opór klasy pracującej. Jednak gdy ich poparcie dla Chaveza pozostawało absolutnie stałe, wydawało się, że ten lokował ufność w alians z nowymi "reformującymi" się rządami w Brazylii, Ekwadorze i Argentynie. W każdym z tych krajów szybko wychodziło na jaw, że to Międzynarodowy Fundusz Walutowy i światowy kapitał dyktowały warunki. W tym samym czasie w krajach takich, jak Boliwia, masowy opór skutecznie pokonał politykę neoliberałów.
Po pokonaniu drugiego "strajku szefów" zaczęto przeprowadzać kampanię w sprawie referendum. Według konstytucji Chaveza usunąć może jedynie większa ilość głosów niż te 59 %, które pozwoliły mu dojść do władzy w wyborach z 2000 r.
Jest to wprawdzie mało prawdopodobne, ale, jak pokazuje historia, klasa panująca w zagrażających jej interesom sytuacjach przestaje respektować własne demokratyczne zasady. Po referendum ekonomiczno-polityczna kampania przeciw Chavezowi bez wątpienia zacznie się na nowo.
Po 15 sierpnia, kiedy walka o władzę zaostrzy się, prawdziwym problemem stanie się kwestia, w jaki sposób przeprowadzić tę kluczową zmianę w państwowym zarządzaniu tak gospodarką, jak i polityką, którą to zmianę Rewolucja Bolivariańska przecież obiecała.
To zaś z kolei niewątpliwie zależy, gdzie rzeczywiście kryje się władza. Sam Chavez nie daje prostych odpowiedzi na to pytanie. 16 maja wezwał ludzi do uzbrojenia się. 30 maja zaś kazał im uszanować wyborcze zasady.
Im lepiej masy są zorganizowane, tym więcej inicjatyw Chavez kieruje w stronę ich ruchu, i tym łatwiej wyobrazić sobie fakt, że klasa panująca w Wenezueli ostatecznie jednak nie zwycięży. Lecz nie sposób zlekceważyć tej ważnej lekcji, jakiej w dramatyczny sposób udzieliło światu Chile w 1973 r., Podczas gdy postępowy przywódca tego kraju, Salvador Allende, próbował respektować demokratyczne reguły, został obalony w krwawym przewrocie, który zapoczątkował lata represji pod rządami generała Pinocheta.
Jeśli nasza strona będzie trzymać się liberalnej demokracji, kapitaliści, w obronie własnych interesów, z pewnością dokonają kolejnego przewrotu. Przyszłej rzeczywistości nie może, więc kształtować ani to, ani żadne inne referendum.
Jedynie zdolność klasy pracującej do niezależnych działań, poprzez ich własne organizacje, zadecyduje o przyszłości Wenezuelskiej Rewolucji.
Tłumaczyła Monika Leszczyńska