ZABORCZA 100°C

Mike Tyson i Andrzej Gołota przyznaliby pewnie, że nic tak nie cieszy, jak dobrze trafiony przeciwnik. Zasada ta dotyczy jednak nie tylko pięściarstwa, ale i polityki. Tu także po celnym ciosie z radością można obserwować u rywala nieskoordynowane ruchy, złość połączoną z bezsilnością, żałosne próby riposty.
Słodkim tego przykładem jest reakcja Gazety Zaborczej na polską premierę filmu Michaela Moore'a "Fahrenheit 9.11". Na polską premierę - wcześniej bowiem film intelektualistom Gazety wydawał się odległym meteorytem. Jego wcześniejsze recenzje - np. po zdobyciu Złotej Palmy w Cannes - były wręcz umiarkowanie przychylne. Gdy jednak meteoryt spadł na polską glebę, Zaborcza poczuła uderzenie w samo serce swej propagandy. Od lat ten największy krajowy dziennik tłucze ze swych łam nieograniczoną wiarę w misję wyzwoleńczą amerykańskiej armii. Przed wojną w Iraku konsekwentnie tłukł informacje o broni masowego rażenia i chirurgicznej precyzji amerykańskich bomb. Dzisiaj tłucze o dzielnych polskich żołnierzach rozdających cukierki irackim dzieciom.
Film Moore'a obnażył tłuczka z intelektualno - wyniosłej gęby. To dla Zaborczej najgorsze, co mogło się zdarzyć. Dlatego recenzenci okopali się w obronie linii generalnej. Inaczej mówiąc: schowali się za podwójną gardą próbując ze zrozumiałą złością kontrować. Jednak te wyraźnie chybione, jakby zadawane z zamkniętymi oczami ciosy, jedynie potęgują wrażenie bezsilności wobec przeciwnika.
Recenzje filmu w Gazecie po jego pierwszych pokazach były tak urocze, że można by je drukować w odcinkach. Same wystarczyłyby na kolejne felietony.
W jednej z nich niejaki "ces", który dał filmowi dwie gwiazdki (w sześciostopniowej skali), uznał że to "pamflet, którego nadrzędnym celem jest narzucenie widzowi określonej interpretacji tej prezydentury [Busha]. Interpretacji składającej się z apriorycznie przyjętych tez." Tez, rozpędza się imć ces, to jednak za dużo powiedziane: ""Udowodnieniu" tych tez, a nazywając rzecz po imieniu - tej lewacko-anarchistyczno-pacyfistycznej interpretacji prezydentury Busha jr. - służą wszystkie zastosowane w "Farenheit 9.11" czysto filmowe chwyty". "Lewacko-anarchistyczno-pacyfistycznej". zbitka słów godna towarzysza Gomułki. Jednak chwyty chwytami, materiał filmowy "stosownie pocięty", ale prawdziwości pokazanych obrazów recenzent zanegować nie może. Lepiej wyrzucać brak czujności Quentinowi Tarantino i reszcie jury z Cannes: "Ta prostacka agitka polityczna, niemająca nic wspólnego z jakkolwiek pojmowanym "filmem dokumentalnym", uhonorowana została Złotą Palmą w Cannes, co zdaje się świadczyć o tym, że jury tego wielce szacownego festiwalu kieruje się w werdyktach aktualnymi emocjami politycznymi, tanim antyamerykanizmem oraz "lewicowymi" i pacyfistycznymi nastrojami."
Mimo to nasz recenzent znajduje jakieś pocieszenie: "Od początku filmu widać jak na dłoni, że wszystko podporządkowane jest tu czysto propagandowym (a nie poznawczym lub intelektualnym) intencjom Moore'a. Dlatego sugerowanym przez niego opiniom i ocenom uwierzyć może tylko bardzo naiwny i bezkrytyczny widz, główny (jak podejrzewam) adresat filmu." Sądząc po tonie nienaiwnego i krytycznego recenzenta nie tylko podejrzewa, ale i drży, że tych błądzących adresatów może okazać się zaskakująco wielu. I to pomimo faktu, że "trudno traktować Moore'a jako partnera w poważnej dyskusji na takie tematy jak: walka z terroryzmem (o której nota bene nie mówi się w filmie ani słowa!)". Zapewne Moore nie łapie się na tą poważną dyskusję z tak poważnymi partnerami, jak Adam Michnik, Aleksander Kwasniewski itp.
Czy tylko mi twarz recenzenta przypomina twarz Andrzeja Gołoty z drugiej minuty walki z Lennoxem Lewisem?

FILIP ILKOWSKI