Fahrenheit
9/11
Śmieszy i przeraża
Niełatwo jest pisać o filmie, o którym
tyle napisano jeszcze przed jego wejściem na ekrany kin. W Polsce nastąpiło
to zresztą z tygodniowym opóźnieniem w stosunku do wcześniejszej zapowiedzi.
A i dziennikarze też się nieźle rozszaleli zanim ktokolwiek mógł sobie wyrobić
o filmie Moore'a własne zdanie, zwłaszcza ci z prowojennych i probuszowskich
mediów. Mam jednak nadzieję, że te "recenzje" nie zniechęcą polskich
widzów do obejrzenia filmu. Bo to dobry film. Stawia wiele pytań i daje wiele
do myślenia.
Już sam tytuł budzi określone skojarzenia, zwłaszcza u miłośników literatury
"science fiction". "Fahrenheit 911" z podtytułem: "Temperatura,
w której płonie wolność" jest nawiązaniem do znakomitej powieści Raya Bradbury'ego
"Fahrenheit 451" (polski tytuł: "451° Fahrenheita"). Powieść
Bradbury'ego opowiada ponurą, lecz nie pozbawioną nadziei, historię koszmarnego
świata przyszłości - świata odhumanizowanego, gdzie więzi między ludźmi wyparte
zostały przez ogłupiającą telewizję, gdzie każdy myślący, wrażliwy człowiek
jest podejrzany, inwigilowany i często likwidowany, a strażacy zajmują się nie
gaszeniem pożarów, lecz paleniem książek. Bo książki są dla władców tego świata
niebezpieczne - uczą odczuwać piękno, miłość, współczucie, uczą myślenia. 451°Fahrenheita
- to temperatura, w której płoną książki, a wraz z nimi wszystko, co ludzie
mają w sobie cennego. W filmie Michaela Moore'a 911 Fahrenheita - to temperatura,
w której płoną wolność, demokracja i praworządność.
"Fahrenheit 911" zawiera mnóstwo faktów, ale prawdę mówiąc, większość
z nich nie powinna być dla widzów nowością. O tych faktach informowano nas już
wcześniej w mediach, tyle tylko, że opatrzone były one "odpowiednimi"
komentarzami. Michael Moore po prostu zgromadził znane informacje w jednym filmie
w taki sposób, że nawet osoby potulnie i bezmyślnie łykające medialną informacyjną
papkę, nie dostrzegając oczywistych sprzeczności, po obejrzeniu filmu mogą wyciągnąć
z tych faktów wnioski.
Na początek - "wygrane" przez Busha juniora wybory prezydenckie w
USA. Ponieważ polska telewizja, zwana publiczną, poświęcała im więcej czasu
niż wyborom prezydenckim we własnym kraju, nietrudno było zauważyć, że coś tam
było "nie tak", że mimo zastosowania techniki komputerowej liczyli
te głosy i liczyli, najpierw elektronicznie, potem ręcznie i nijak nie mogli
się doliczyć. Michael Moore rozwinął ten wątek pokazując, jakie wykorzystano
związki rodzinne i towarzyskie oraz jakie konkretne techniki zastosowano, aby
dokonać wyborczego oszustwa. Przyznam, że z niekłamaną satysfakcją obejrzałam
sobie zignorowaną przez polską telewizję scenkę niezbyt tryumfalnego wjazdu
Geroge'a D.Busha do Białego Domu, kiedy to po masce eleganckiej limuzyny nowego
prezydenta spływały rozbite jaja, celnie rzucane przez przedstawicieli amerykańskiego
społeczeństwa.
Następne sceny filmu pokazują, jak prezydent Bush "ciężko pracuje"
- na jachcie, na farmie, na polu golfowym. A potem - w atmosferze wzrastającego
napięcia - atak na wieżowce WTC. Chwała zresztą autorowi za to, że oszczędził
nam zbyt dobrze już wszystkim znanego widoku walących się (a właściwie ładnie
się "składających" jak przy fachowym wyburzaniu) wież WTC - słychać
było tylko dźwięk, a ekran pozostał ciemny.
Kolejne sceny filmu to: Afganistan, napaść na Irak, bombardowania, dobijanie
rannych Irakijczyków przez amerykańskich żołnierzy - sceny też nam już znane,
ale wciąż jednakowo wstrząsające. Przyznam jednak, że najsilniejsze wrażenie
wywarły na mnie obrazki mniej krwawe, ale mimo to bardzo przerażające w swojej
wymowie. Była to scena, gdzie młodzi amerykańscy żołnierze, prawie chłopcy,
wybierają się na rzeź Irakijczyków jak na mecz piłki nożnej przy wtórze hałaśliwej,
brutalnej piosenki o zabijaniu. A potem inny, równie młodziutki żołnierz, z
autentycznym zdziwieniem w oczach mówi do kamery: "Oni (tj. Irakijczycy)
nas nienawidzą! Dlaczego?"
Następny wątek, który mną wstrząsnął, to opowieść o sympatycznie wyglądającej,
okrąglutkiej kobiecie z małego miasteczka, która pracuje w opiece społecznej,
chociaż mogłaby znaleźć lepszą pracę, ale lubi pomagać ludziom. Jednocześnie
nienawidzi protestujących przeciwko wojnie, bo jej rodzina zawsze związana była
z armią, a jej syn pojechał do Iraku jako żołnierz amerykańskiej armii. I dopiero
po otrzymaniu wiadomości o śmierci syna bohaterka zmienia swój stosunek do wojny,
do armii i do polityki Busha.
Nie brak też fragmentów zabawnych - kongresmeni uciekający przed Moore'em, namawiającym
ich, aby wysłali swoich synów do Iraku. Albo sojusznicy Busha - parada małych,
peryferyjnych państewek, ruszających na "wojnę z terroryzmem" z kompanią
(albo nawet batalionem) tresowanych małp na czele, czy wreszcie małpie miny
samego Busha i jego wspólników przed kamerami. Są to obrazki śmieszne, ale niewesołe.
Bo widać wyraźnie, jacy ludzie rządzą światem. Są to osobniki kompletnie amoralne,
obłudne, cyniczne, prymitywne i wręcz obrzydliwe, nawet na poziomie fizjologicznym
- widok Wolfowitza tkającego sobie cały grzebień do gęby, żeby potem przygładzić
nim niesforną grzywkę, wywołał u mnie objawy zbliżone do choroby lokomocyjnej.
"Fahrenheit 911" śmieszy i przeraża jednocześnie, budząc przy tym
gorzkie refleksje. Co do mnie - z czystym sumieniem mogę polecić film Michaela
Moore'a wszystkim, nie tylko przeciwnikom polityki Busha, lecz także (a może
głównie?) jej zwolennikom oraz bezkrytycznym wielbicielom tzw. amerykańskiego
stylu życia, których w Polsce, niestety, jeszcze jest sporo. Ja w każdym razie
zamierzam obejrzeć ten film jeszcze raz.
Elżbieta Zembrzuska