Globalizacja, wojna, imperializm
Rozmowa z Filipem Ilkowskim, działaczem Inicjatywy Stop Wojnie i Pracowniczej Demokracji. Wywiad został opublikowany w książce Przemysława Wielgosza pt."Opium globalizacji" (Wydawnictwo Akademickie DIALOG)
Jesteś zaangażowany w ruch alterglobalistyczny,
a jednocześnie działasz w organizacji sprzeciwiającej się wojnie w Iraku. Co
takiego łączy krytykę neoliberalizmu z protestem przeciw militaryzmowi? Czy
zasadne jest wiązanie tych dwóch kwestii?
- Oczywiście, że jest zasadne. Nie tylko w kontekście Iraku, ale całej minionej
dekady. Gdy patrzymy, jak wygląda świat po rzekomym końcu historii, okazuje
się, że trwałym elementem naszej rzeczywistości są nie tylko sprawy ekonomii,
rozziew między bogatymi a biednymi, ale także wojny. Właściwie każde wielkie
państwo aspirujące do miana imperium prowadzi dziś jakąś swoją wojenkę. Dotyczy
to i Stanów Zjednoczonych, i Rosji, i Chin. Z kolei Unia Europejska ma swój
własny projekt militaryzacji, co znajduje wyraz w zapisach projektu konstytucji
europejskiej.
Z problemem narastającej militaryzacji wiąże się pojęcie imperializmu. Pojawia
się ono, gdy chcemy odpowiedzieć na pytanie o przyczyny tej postępującej militaryzacji.
Wracamy zatem do kwestii, którą rozwijali rewolucjoniści prawie sto lat temu.
Lenin, Bucharin, także Róża Luksemburg analizowali wówczas bardzo podobne procesy.
Mówiąc z grubsza, chodzi o to, że rozwój kapitalizmu prowadzi do ciągłego powiększania
się korporacji, co skutkuje przechodzeniem konkurencji między firmami w konkurencje
miedzy państwami. Im korporacje są większe, tym bardziej zależą od siły militarnej
państw. W okresie imperialnej walki o podział świata w końcu XIX wieku zależności
te były dość oczywiste. Dziś nie jest ona tak dobrze widoczna, ale istnieje.
Najlepszym tego przykładem pozostaje oczywiście wojna w Iraku, która nawet w
powszechnej świadomości funkcjonuje jako wojna o ropę. Nie chodzi tylko o to,
że Dick Cheney jest byłym szefem naftowego koncernu Halliburton, ale też o to,
że USA jako państwo broniące własnych korporacji znajdują się w konkurencji
z państwami UE, Japonią i krajami Azji Południowo-Wschodniej. Chcąc zapewnić
sobie przewagę nad konkurencyjnymi blokami gospodarczymi, manifestują swą siłę
militarną. Jako że Europa i Japonia dużo bardziej niż Ameryka zależą od ropy
bliskowschodniej, objęcie nad nią kontroli zapewnia Stanom przewagę nad rywalami.
Widzimy zatem rywalizacje i to w pełni uzasadnia odwoływanie się do pojęcia
imperializmu.
- W ostatnim czasie mieliśmy jednak do czynienia z poważną i głośną próbą
rewizji teorii imperializmu. Dokonali jej Antonio Negri i Michael Hardt. Ich
książka zatytułowana Imperium wywołała gorąca debatę na Zachodzie.
- Rzeczywiście, w książce tej pojawił się zarys koncepcji alternatywnej wobec
teorii imperializmu. Negri i Hardt twierdzili, że nie ma już klasycznego imperializmu,
powstało natomiast jedno wielkie imperium, obejmujące nie tylko czołowe mocarstwa,
ale i media, korporacje, panującą ideologię. Twór ten jest tyleż ogromy, co
niejasny. W każdym razie wedle Negriego i Hardta to właśnie on rządzi dziś światem.
W tej perspektywie kompleks władzy nie jest rozdzierany żadnymi konfliktami
wewnętrznymi - państwa, koncerny, sieci telewizyjne tworzą nieantagonistyczny
aparat, który przeciwstawia się społeczeństwom, ludowi, określanym terminem
multitude. Pomysł ten nie jest do końca oryginalny gdyż przed I wojną światową
podobne poglądy głosił Karl Kautsky. Twierdził, że imperializm przechodzi w
ultraimperializm, jednoczący wcześniej rywalizujące kolonialne mocarstwa. Poglądy
te głosił w 1910 roku - na cztery lata przed rozpoczęciem największej wojny
imperialistycznej jaką wówczas znała historia.
Koncepcja Hardta i Negriego nie dostrzega, że rywalizacja imperialistyczna istnieje,
i w przypadku wojny w Iraku było to bardzo widoczne. Konflikt między Francją,
Niemcami, Rosją a USA miał taki właśnie charakter. To samo dotyczy konfliktów
ekonomicznych np. wokół ceł na stal czy ukarania Microsoftu przez UE.
- Można chyba wręcz powiedzieć, że taki cykl imperialistyczny dopiero się
rozkręca, a wojna w Iraku była inauguracją otwartego konfliktu. Zresztą sam
Negri pod wpływem wydarzeń z nią związanych odwołał swoje koncepcje z Imperium.
W tym kontekście trzeba chyba odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki jest zatem
związek między polityką imperialistyczna a neoliberalnym projektem gospodarczym.
- Imperializm jest stalą cechą kapitalizmu. Istniał także w czasach Zimnej Wojny,
gdy nie było mowy o neoliberalizmie. Myślę, że można mówić o trzech fazach imperializmu.
Pierwsza miała miejsce w końcu XIX stulecia, druga wiązała się rywalizacją USA
i ZSRR, wreszcie trzecia rozwija się dziś. W gruncie rzeczy dziś świat jest
najbardziej spolaryzowany. Istnieje główna siła imperialna czyli USA, są też
imperializmy niższych lotów, jak francuski czy rosyjski, są wreszcie imperia
regionalne, takie jak Izrael na Bliskim Wschodzie, Indie i Pakistan na Środkowym
Wschodzie czy nawet aspirująca do odgrywania podobnej roli w Europie Wschodniej
- Polska.
Dzisiejszą sytuację charakteryzuje pewna sprzeczność. Z jednej strony mówi się
o wolnym rynku, o konieczności zniesienia ograniczeń państwowych, że państwo
nie jest potrzebne, a z drugiej - wielkie korporacje coraz bardziej zależą od
państw. Najbardziej oczywiste jest to w przypadku korporacji naftowych, które
uzależnione są głównie od siły militarnej USA, Francji. Można więc powiedzieć,
że kapitalizm prowadzi do globalizacji - rozumianej jako powstawanie coraz większych
korporacji międzynarodowych - ta ostatnia zaś do imperializmu.
- Czy 11 września 2001 był tu jakimś przełomem?
- Oczywiście, 11 września jest ważny o tyle, że wiąże się z symboliczną zmianą
pewnej doktryny "obronnej" Stanów. Wcześniej USA bazowały na stosunkach
wielostronnych, szukały poparcia i legitymacji organizacji międzynarodowych
w swej polityce interwencji, czego przykładem jest choćby Jugosławia, Somalia
czy pierwsza wojna w Zatoce, którą rozpętano pod patronatem ONZ.
- I za pieniądze Niemiec oraz krajów arabskich.
- W dużej mierze tak. Natomiast po 11 września do władzy doszła bardziej otwarta
forma imperializmu, zwana "doktryną Busha" czy konserwatywnej prawicy
i związana z nazwiskami takimi, jak Donald Rumsfeld, Dick Cheney, Paul Wolfowitz.
Ich zdaniem Stany Zjednoczone tracą przewagę nad UE i Japonią i wobec tego muszą
przyjąć bardziej jednostronną politykę zagraniczną, jeśli chcą zachować swą
hegemoniczną pozycję. Wiązał się z tym tzw. Projekt na rzecz Nowego Amerykańskiego
Stulecia, który już pod koniec lat 90. wylansowała grupa lobbingowa, związana
z konserwatywną prawicą. Już wtedy twierdzono, że trzeba zaatakować Irak, że
trzeba prowadzić dużo bardziej agresywną politykę zagraniczną, nie oglądając
się na inne kraje czy ONZ. Po 11 września projekt ten zaczął się urzeczywistniać.
W Afganistanie i Iraku USA działały nie tylko bez ONZ i NATO, ale w tym drugim
przypadku wbrew nim. Komunikat, jaki posłano w ten sposób w świat, brzmiał:
możemy zaatakować każdego i nikomu nic do tego. Oficjalna strategia bezpieczeństwa
USA, która ukazała się w pierwszą rocznicę ataków z 11 września, głosi, że Stany
mają prawo do samoobrony przed każdym krajem na świecie, jeśli tylko poczują
się zagrożone, co w praktyce oznacza, że Amerykanie mogą uderzyć na każdego
wedle swojego uznania. W tym sensie możemy mówić o przełomie.
Wydaje mi się, że najciekawsze jest jednak to, iż owa doktryna Busha znajduje
się obecnie w zupełnej rozsypce wskutek tego, co dzieje się w Iraku. Jeszcze
rok temu Rumsfeld twierdził, że USA mogą prowadzić kilka wojen jednocześnie,
a okazuje się, że nie mogą wygrać jednej wojny i zmuszone są błagać inne kraje
i ONZ o pomoc. Panuje też spore zamieszanie w samej klasie politycznej Stanów.
Wojna miała przynieść zyski, a doprowadziła tylko do rosnących strat. To właśnie
budzi globalną nadzieję. Iracki opór i międzynarodowy ruch antywojenny obnażyły
słabość amerykańskiego imperium.
- Wojna sprawiła, że w łonie społecznego ruchu oporu przeciw neoliberalnej
globalizacji doszło do znacznego przesunięcia akcentów. Mniej się teraz mówi
o kwestiach ekonomicznych i społecznych. Czy nie sądzisz, że to może być dla
tego ruchu szkodliwe, że wojna jest czymś w rodzaju tematu zastępczego?
- Przeciwnie, zjawisko to wzmacnia ruch. Jeżeli ludzie widzą powiązania ekonomii
z militaryzmem, dostrzegają, że globalizacja to nie jest tylko WTO czy wielkie
koncerny, ale też wojny - to sądzę, że jest to bardzo korzystne. Dzięki Irakowi
mnóstwo ludzi zdało sobie sprawę, że realny kapitalizm to imperializm. Prawdą
jest, że globalny ruch antykapitalistyczny stał się bazą dla jeszcze większego
ruchu antywojennego, i bez wątpienia kwestia wojny irackiej jest obecnie najważniejsza.
Przecież ta wojna ma ogromny wpływ na gospodarkę. Jeżeli Stany wygrałyby łatwo
w Iraku, znacznie łatwiej byłoby im narzucać programy dostosowawcze, wywierać
presję na kraje np. w Ameryce Łacińskiej. Klęska USA w Iraku wzmacnia ruchy
oporu przeciw neoliberalizmowi na całym świecie.
- Myślisz, że to, co się dzieje w Iraku, zakreśliło granice neoliberalnej
globalizacji.
- Na pewno w tym sensie, że to coś w rodzaju głównego punktu oporu. Wokół Iraku
ogniskują się wszystkie sprzeczności i słabości imperiów, przy tej okazji wyłania
się też świadomość ogromnego potencjału społecznego protestu.
- Jaka jest w kontekście tego wszystkiego strategia ruchu alterglobalistycznego?
- Prawicowa część ruchu, reprezentowana choćby przez część środowisk Attacu
z Bernardem Cassenem na czele, uważała, że wojna nie powinna nas absorbować.
Większość jednak potrafiła odnaleźć bezpośrednie związki między wojną a kapitalizmem.
Dlatego np. milionowa demonstracja kończąca Europejskie Forum Społeczne we Florencji
w 2002 roku dotyczyła kwestii wojny z Irakiem. Mamy do czynienia z ogromnym
rozwojem tej świadomości.
- Czy nie sądzisz jednak, że imponujące rozszerzenie bazy ruchu, które miało
miejsce przy tej okazji, oznacza też rozwodnienie jego politycznego oblicza,
że dziś jest w nim ogromna grupa ludzi przeciwnych wojnie, ale niekoniecznie
przeciwnych kapitalizmowi, którzy zaczną nadawać mu ton albo odpłyną na przeciwną
stronę barykady, gdy dojdzie do konfrontacji w kluczowych sprawach ekonomicznych?
- To chyba nic nowego, bo w samym ruchu alterglobal też są frakcje, które są
dość umiarkowane np. Zieloni czy wspomniany Attac-Francja. Poszerzenie bazy
wzmacnia wszystkie frakcje w łonie ruchu, także te lewicowe. W Polsce rozwój
ruchu antywojennego spopularyzował nasze hasła. Z pewnością przynajmniej część
uczestników manifestacji antywojennych dostrzegła powiązania między wojną a
samym kapitalizmem. Myślę, że gdyby nie to, demonstracja w czasie Warszawskiego
Forum Ekonomicznego nie byłaby tak liczna.
- Wojna w Iraku i udział w niej
naszego kraju sprawia, że pojawia się problem miejsca Polski w rywalizacji imperialistycznej.
W naszej historii nie jest to zresztą nowość. Przed naszym spotkaniem oglądałem
Zezowate szczęście ze wspaniałą sceną demonstracji pod hasłem "Na Kowno!".
Bardzo aktualna! Dzisiejsza wyprawa do Babilonu wygląda podobnie strasznie i
śmiesznie zarazem.
- Polska strategia imperialna oczywiście istnieje, choć samo sformułowanie brzmi
trochę śmiesznie. Myślę, że polskiej klasie panującej chodzi w niej, po pierwsze,
o odgrywanie roli lidera regionu, po wtóre - zaś o pozycję w UE. Aby to osiągnąć,
opiera się ona na sojuszu z Wielkim Bratem zza oceanu. W praktyce wygląda to
trochę tak, jak z uczniem pierwszej klasy, którego wszyscy biją, ale który ma
brata w szóstej i woła go na pomoc. Strategia ta wali się dziś wraz z iracką
klęską USA. Skoro Wielki Brat pada, to muszą przewrócić się także ci, którzy
trzymają go za nogawkę.
- Wszystko to ma jednak przynajmniej jedną dobrą stronę. Duża część opinii
w Polsce wyrwała się z typowej dla nas zaściankowości - ludzie poczuli się odpowiedzialni
za to, co rzekomo w ich imieniu wyrabiają siły okupacyjne w Iraku. Poczuli,
że od ich postawy może zależeć czyjś los, przezwyciężyli ten prowincjonalny
polonocentryzm.
- Tak. Fakt, że mimo ogromnej propagandy mediów większość ludzi zareagowała
negatywnie na polskie zaangażowanie w wojnę i na nią samą, to bardzo dobry prognostyk
na przyszłość.
Myślę, że sukcesem ruchu antykapitalistycznego jest uświadomienie ludziom prawdziwej
natury globalizacji.
Natomiast jego przejście w ruch antywojenny także było gigantycznym krokiem
w świadomości, bo ukazało wojnę nie jako coś przypadkowego czy wynikającego
ze złej natury człowieka, ale jako skutek pewnych mechanizmów ekonomicznych.
3 maja 2004