Na lewym skrzydle

ŻOŁNIERZE WŚRÓD DZIECI

"Dzięki polskim żołnierzom irackie dzieci mogły pójść do szkoły" - podała telewizja publiczna. Polscy żołnierze są w ogóle bardzo mili. Nawet dowódcy się uśmiechają. Wszyscy ściskają dłonie Irakijczyków. Rozdają długopisy uradowanej dzieciarni, której odnawiają szkoły ("niedziałające za czasów reżimu Saddama Husajna") i budują sale gimnastyczne.
Niesamowite, jak gorący klimat… a może uczestnictwo w humanitarnej operacji stabilizacyjnej… wpływa na armię. Nie słyszymy, by żołnierze odnawiali szkoły w Polsce, nie mówiąc już o salach gimnastycznych. I cukierków nie rozdają. Długopisy też zarezerwowano dla kajtków z Nadżafu. W kraju widzimy tylko, jak rezerwiści piją, że aż "wódki brak" ku czci opuszczenia wojskowych szeregów. Słyszymy o fali. O tym, że czasem ktoś kogoś, lub siebie, postrzeli. Oglądaliśmy Kawalerię Powietrzną. I tyle. Tu nie ma humanitarnych stabilizatorów, co kochają dzieci.
Są więc dwa wyjścia. Pierwsze: wyjeżdżający do Iraku podlegają ostrej selekcji pod względem wrażliwości. Dają im np. testy z pytaniem o ulubiony film. "Przeminęło z wiatrem" - jedziesz, "Rambo" - zostajesz. Ulubiony sport: najwięcej punktów za gimnastykę artystyczną i pływanie synchroniczne, za boks wylatujesz z hukiem. Mile widziane czytanie poezji (ale nie Majakowski!). W ten sposób do Iraku jadą młodzieńcy o wyglądzie osiłków, ale o sercach gołębich.
Drugie wyjście: to na misji serce się otwiera. Ci od "Rambo" i boksu miękną na piaskach pustyni i nie mogą powstrzymać się od kupna tysięcy cukierków czy remontu szkół. Szkolono ich na twardzieli - tropicieli terrorystów (Saddam Husejn, Al Kaida i "zwykli kryminaliści" w jednej osobie). Szkolono ich na poszukiwaczy broni masowego rażenia (zagrażającej światu!). Tymczasem nieszczęśnicy zupełnie się rozklejają i zabawiają maluchów. (Teraz wiemy czemu terrorystów coraz więcej a broni wciąż ani widu ani słuchu).
Tak czy inaczej chłopcy i dziewczęta w hełmach i kamizelkach kuloodpornych zarabiający po kilka tysięcy dolarów rozdają coś dzieciakom, których rodzice mają dziesięć dolarów na miesiąc życia wieloosobowej rodziny. Ten humanitarny obowiązek wypełniają w przerwach między stabilizowaniem na wieki kolejnych terrorystów.
A najchętniej spełniają go wtedy, gdy przyjedzie Wojciech Nomejko z telewizji.
Niestety, czasem jakiś redaktor bezmyślnie wskaże na inne intencje naszych wielkodusznych żołnierzy. "Dobrze, że podarki rozdają polscy żołnierze, bo to poprawia ich wizerunek wśród Irakijczyków." Czy naprawdę tylko o to chodzi? Czy można brać udział w wojnie kosztującej kilkadziesiąt tysięcy ofiar; zniszczone domy, szkoły, mosty; zanieczyszczenie zubożonym uranem; pola min przeciwpiechotnych po bombach kasetonowych; brać udział w okupacji z ofiarami na swoim koncie; otwarcie żądać części zagrabionych łupów a później rozdawać dzieciakom cukierki i długopisy, by poprawić wizerunek? Czy ktoś uważa, że polskie władze są tak cyniczne i - po prostu - głupie, że w ich mniemaniu po remoncie szkół za irackie pieniądze z irackiej ropy wszyscy pokochają nieproszoną armię?
Na pewno nie. Musi więc być prawdą, że żołnierzom pękły serca a telewizja była przypadkiem. W dodatku któraś z akcji humanitarnych nauczy dzieci angielskiego (kto wie, idąc tym tropem może i polskiego… to w końcu nasza strefa!) a inna wyśle kapelanów w mundurach i z milionem złotych w darach.
I jak tu się nie wzruszyć…
FILIP ILKOWSKI