Pikieta ambasady Izraela
25 maja miała miejsce pikieta ambasady
izraelskiej w Warszawie po tym jak izraelska armia przez sześć dni mordowała
i burzyła domy w obozie dla uchodźców Rafah w Gazie. Nawet według izraelskiej
armii 52 Palestyńczyków zostało zabitych. Według ONZ i organizacji praw człowieka
1600 osób straciło dach nad głową. W jednym z "incydentów" wystrzelono
rakietę w tłum demonstrantów w Rafah - zginęło co najmniej dziewięć osób.
Minister sprawiedliwości, Yosef Lapid, który sam przeżył Holocaust powiedział:
"Widziałem w telewizji jak staruszka szperała w gruzach jej domu w Rafah,
szukając swoich leków. Przypomniała mi moją babcię, która została wyrzucona
z domu podczas Holocaustu".
Pikieta pod ambasadą izraelską była stosunkowo liczna - przyszło około 200 osób.
Nie jest prawdą jak wmawiają władze w Izraelu, że protestujący przeciwko brutalności
tego państwa są antysemitami.
Jednak pikietujący brali pod uwagę, że najbardziej powszechną formą rasizmu
w Polsce jest antysemityzm. Wiemy, że w 1968 roku wstrętna kampania antysemicka
została rozpętana przez władze PRL pod znakiem "antysyjonizmu".
Dlatego organizatorzy powiedzieli jasno, że pikieta nie miała nic wspólnego
z antysemityzmem. Nie było żadnych okrzyków antysemickich. Hasłami skandowanymi
lub znajdującymi się na plakatach były m. in. : "Solidarność z Palestyńczykami,
niech zwycięży Intifada", "STOP apartheidowi Izraela", "Wolna
Palestyna", "Ariel Szaron - terrorysta", "Precz z kolonializmem".
Protest został zorganizowany przez Pracowniczą Demokracje, Nową Lewicę, Zielonych
2004, anarchistów i innych alterglobalistów.
Wsparła go Inicjatywa STOP wojnie. Przybyło także sporo ludzi niezrzeszonych.