Jak
walczyć
z homofobią?
Prezydent Warszawy, Lech Kaczyński,
zakazał Parady Równości, która miała się odbyć w dniu 11 czerwca. Kiedy skrajna
prawica w postaci Młodzieży Wszechpolskiej rzuca kamieniami w kobiety i gejów,
"umiarkowana prawica" Kaczyńskiego idzie za nimi i nasila swoje antyhomoseksualne
i antydemokratyczne działania.
Organizatorzy Parady postanowili w tym roku zrezygnować z jej przeprowadzenia
i zamiast ruchomej demonstracji zaprosić ludzi na stacjonarny Wiec Wolności.
Zostało to ogłoszone tylko kilka dni przed 11 czerwca i wielu ludzi o tym nie
wiedziało - myśleli, że cała demonstracja jest odwołana. Biorąc pod uwagę taką
niejasność, frekwencja ok. 1500 osób była niezła. Policja, która z reguły znacznie
zaniża liczby demonstrantów podała, że było 1000 osób. Za zwycięstwo trzeba
też uznać fakt, że skrajna prawica nie przyszła, by zakłócić i atakować Wiec.
Garstka ludzi przeciwna prawom homoseksualistów była śmiesznie mała. Należy
zapewnić, że nie uda się faszystom zbudować swoich sił i powstrzymać ich, kiedy
będą próbować maszerować na ulicach Warszawy i innych miast.
Trzeba jednak stwierdzić, że zaakceptowanie zakazu Kaczyńskiego spowodowało
przejście ruchu gejowskiego do defensywy. Gdyby wbrew decyzji ze strony miasta
Parada zostałaby przeprowadzona według pierwotnych planów, prawdopodobnie byłaby
większa i wprowadziłaby ruch gejowski na bardziej ofensywny tor. Jeśli Kaczyński
w przyszłym roku spróbuje powtórzyć swój antydemokratyczny zakaz, należy zorganizować
Paradę nawet bez pozwolenia.
Kiedy pod koniec kwietnia miała odbyć się demonstracja antyszczytowa, urząd
miasta spróbował zmusić alterglobalistów do wycofania się z ulicznej manifestacji.
Lokalni politycy i policja mówili że jedyne miejsce, na które mogli dać pozwolenie,
to park na Agrykoli. Organizatorzy demonstracji (w tym Pracownicza Demokracja)
jasno powiedzieli, że tego nie akceptują a ludzie i tak wyjdą na ulice protestować
- również bez zgody władzy miasta. W takiej sytuacji władze uległy i wydały
pozwolenie na demonstrację. Przykład ten pokazuje, że "prawo", "legalność"
nie są absolutami, ale zależą od układu sił w społeczeństwie.
Prawo jest ukształtowane tak, aby pomogło zachować istniejący stan rzeczy w
danym systemie - czyli, by broniło władnych i bogatych przed oddolnymi protestami.
Równość wobec prawa jest tylko pozorna. Niepłacenie pensji swoim pracownikom
jest nielegalne, ale mało jest pracodawców, którzy zostali za takie postępowanie
karani. Ci, którzy interpretują przepisy prawne (urzędy, sądy, policja) bliscy
są ludziom panującym. Poprzez oddolną presję społeczną można jednak zmusić ich
do odstępowania od głównej reguły.
Każde prawo mniejszości lub prawo pracownicze było wywalczone przez oddolne
działanie, bardzo często łamiące istniejące prawo - np. zakaz strajków i demonstracji.
W przypadku Parady można by osiągnąć duże poparcie dla "nielegalnego"
działania jako konieczności w obronie praw człowieka i przez to zmusić Kaczyńskiego
do defensywy.
W walce o równouprawnienie nie można liczyć ani na Unię Europejską ani na niby-lewicowy
rząd. Polskie członkostwo w Unii nie zapobiegło dyskryminującemu i antydemokratycznemu
postępowaniu prezydenta Warszawy. Pojedyncze osoby w rządzie (Izabela Jaruga-Nowacka
i Ryszard Kalisz) skrytykowały decyzję Kaczyńskiego, ale nie uczyniły nic, w
celu zapewnienia, by Parada miała miejsce. Wojewoda (który jest przedstawicielem
rządu) trzy razy odrzucił decyzję Kaczyńskiego, ale przesłał sprawę z powrotem
do urzędu miasta, zamiast sam podjąć decyzję. Widzieliśmy co były w stanie zrobić
władze centralne, kiedy przyjechało do Warszawy kilkaset bogatych ludzi na Europejski
Szczyt Ekonomiczny. Samorząd i urzędy warszawskie musiały się podporządkować
potrzebom uczestników szczytu. W sprawie Parady rząd nie chciał rozkazywać samorządowi
w ten sam sposób, po prostu w dalszym ciągu pokój z kościołem jest ważniejszy
niż zasady wolności zgromadzenia się.
Trzeba więc polegać na sile ruchów oddolnych, by w przyszłym roku nie poddać
się dyktatowi skrajnej i mniej skrajnej prawicy.
Ellisiv Rognlien