Pan Kotek był chory...
Pan Kotek na chroniczne cierpiał
osłabienie,
Ale chociaż wciąż zimnym oblewał się potem,
To nawet nie pomyślał, by pójść na zwolnienie,
Bo się bał - nie bez podstaw - że straci robotę.
Jednak wreszcie go zmogło - alergia,
egzema...
Biedak ledwo już zipie, na nogach się słania,
Więc idzie do przychodni. Lecz przychodni nie ma,
A na drzwiach wisi kartka: "Obiekt do sprzedania".
Potem pan Kotek długo przemierzał
ulice,
Wiele godzin wędrował po calutkim mieście,
Ale widział wyłącznie prywatne lecznice.
W końcu znalazł publiczną, odetchnął: "Nareszcie!"
Wchodzi, a doktor łapkę wyciąga do
niego:
- Wizyta płatna z góry i tylko gotówką.
Za darmo nie świadczymy tu usług, kolego.
Dziś mamy wolny rynek - płaci się za zdrówko.
- Jak to? - zdziwił się pacjent.
- Czy pan w piętkę goni?
Co to znaczy "za darmo", szanowny doktorze?
Wszak od lat płacę składkę, ja - Kotek Antoni!
- Za składkę w poczekalni posiedzieć pan może. -
Cóż miał robić pan Kotek? Zapłacił
po cenie.
Potem łykał tabletki, przykładał okłady,
Lecz guzik mu pomogło to całe leczenie.
"Trzeba iść do szpitala, nie ma innej rady."
Zaczął szukać szpitala. Obszedł okolicę
-
Ten zamknięty, ten właśnie się sprywatyzował,
A na widok cennika w prywatnej klinice
Pan Kotek dostał czkawki i wyszedł bez słowa.
Wreszcie mu jakiś facet polecił szpitalik,
Gdzie bez opłat zajmują się każdym pacjentem,
Ale go już przy wejściu poinformowali,
Żeby przyszedł za miesiąc, bo łóżka zajęte.
Chciał pan Kotek poczekać, lecz wciąż
było gorzej.
Pomyślał sobie: "Może fortelu się chwycę?
Wejdę tam po cichutku, w kącie się położę,
Nie wyrzucą mnie przecież siłą na ulicę."
Ale nie dał już rady do środka wejść
gmachu,
Bowiem poczuł, biedaczek, że właśnie umiera.
No i umarł pan Kotek. I poszedł do piachu -
Jeszcze jedna ofiara reformy Hausnera.
Dzisiaj Antoni Kotek odpoczywa sobie
Pod najtańszym pomnikiem z szarego betonu.
Jest szczęśliwy, bo nie wie, że ktoś mu na grobie
Położył już rachunek (z VAT-em) za akt zgonu.
Elżbieta Zembrzuska