ŻYCIE TO NIE FILM?
Rolę Big Brothera czy wenezuelskich
oper mydlanych zastąpiły ostatnio komisje śledcze. I dobrze, bo po pierwsze
bywa ciekawiej a po drugie aktorstwo jest na wyższym poziomie.
Poza tym za ich sprawą okazało się, że tasiemce obrazujące tajemnice życia wyższych
sfer (jak nieodżałowana "Dynastia"), które powszechnie objeżdżano
jako kiczowate i nierzeczywiste, oddawały problemy świata elit niczym najlepsze
filmy dokumentalne.
Intrygi, manewry i dramatyczne zwroty akcji dotyczące ludzi władzy i biznesu,
wokół których toczą się obrady komisji śledczych, przywodzą na myśl najdramatyczniejsze
sceny z udziałem Blake'a Carringtona i Alexis.
Gdyby jakiś zdolny scenarzysta zdołał przenieść opowieści kolejnych odcinków
komisji śledczych na ekran, ktoś postronny w życiu nie zorientowałby się czy
to Carrington czy Kulczyk jest postacią fikcyjną.
Swoją drogą taki oparty na faktach film mógłby zakasować wszystkie telenowele
i reality show. Wszystko przemawiałby za jego sukcesem: rosnące napięcie, zawiłe
intrygi, tragiczni bohaterowie, elementy filmu grozy i komedii - a wszystko
w oparach władzy i pieniędzy…
Przy tym można by nakręcić setki odcinków.
Jedynie wątku miłosnego brakuje, ale… kto wie co jeszcze ujawnią obrady komisji
i czy np. za zwolnieniem szefa Orlenu nie kryła się zazdrość Kwaśniewskiego
o Kwaśniewską. A może pod maską troskliwej pani Joli kryje się przebiegła Alexis,
która szantażuje Kulczyka ujawnieniem kompromitujących zdjęć z sado - masochistycznych
orgii w londyńskim szpitalu? W końcu jakoś musi zdobyć forsę dla swej fundacji…
Może też wciąż nieujawniona pozostaje kaseta, na której widać (słychać?), jak
posłanka Beger uwiodła młodego i niewinnego posła Ziobro. A wtedy sceny zazdrości
urządzi posłanka Błochowiak, bo jak to na filmach: kto się czubi, ten się lubi.
Wiernych telewidzów komisji śledczych nic już nie zaskoczy.
Osobiście przyznam szczerze, że obrad obecnej komisji ds. Orlenu nie oglądam.
Po prostu nie jestem w stanie… Patrzenie na gębę Giertycha dłużej niż kilka
minut przyprawia mnie o mdłości. Choćbym nie wiem jak się starał - nie mogę.
Mimo to, na podstawie informacji mediów, szczególnie zafrasował mnie jeden aspekt
śledztwa - postać pułkownika Ałganowa. To z nim Kulczyk miał się spotykać w
Wiedniu i intrygować w sprawie prywatyzacji przemysłu paliwowego. Z Ałganowem
- szpiegiem rosyjskim…
Facet jest chyba najgorzej zakamuflowanym szpiegiem na świecie. Musi mieć chyba
trudności z wykonywaniem swej pracy. W tym fachu nie witasz się przecież słowami:
"Dzień dobry, jestem szpiegiem." W książkach z lat pięćdziesiątych
nosili tacy podniesione kołnierze i mieli smutne miny. To byli ci źli szpiedzy.
Potem pojawił się dzielny as, kapitan Kloss, wodzący wroga za nos. Ale nawet
on musiał się ukrywać. A James Bond? Ten miał nie tylko kamuflaż, ale i sprzęt
pierwsza klasa. Sznurek strzelający z zegarka, noże ukrywane w najbardziej tajemniczych
przedmiotach… Przy tym nie dość, że szpiegował, to jeszcze kobiety za nim szalały.
Ale czy Bond odkrywał przed kimś karty? Nigdy w życiu!
Tymczasem Ałganow noża w parasolu nie chowa, zegarek ma pewnie złoty (i bez
sznurka) i obywa się bez aparatu fotograficznego w długopisie. Jako amant też
nie przekonuje… Nie przeszkadza mu to jednak być bohaterem wątku "spotkań
z agentem" w sejmowej operze mydlanej.
Widać, świat idzie do przodu. Mamy teraz wolność, demokrację i XXI wiek. Współczesne
tasiemce też potrzebują więc bardziej nowoczesnych bohaterów…
FILIP ILKOWSKI