IRAK
Solidarność z
obrońcami Faludży!

Tym, co najbardziej przyciąga uwagę, gdy przyjeżdża się do Faludży, jest wszechobecne zniszczenie.
Sytuację, w jakiej znalazło się miasto, dobrze podsumował 8-letni Hal Szamari (który uciekł z Faludży tuż przed końcowym amerykańskim szturmem): "Marynarka Stanów Zjednoczonych chce ukarać Faludżę - zupełnie tak, jak armia rosyjska, która zniszczyła Grozny w Czeczenii, albo też siły gen. Franco, które podczas hiszpańskiej wojny domowej wysadziły w powietrze Guernikę". Według gazety "The Guardian" miasto zostało - używając wojskowego żargonu - "zdepersonalizowane", co w praktyce oznacza przemianowanie wszystkich jego dzielnic na amerykańską modłę (jak np. Queens w zastępstwie dawnej irackiej nazwy). "To nagi, brutalny ucisk, zabarwiony imperialistycznym szowinizmem".
W takiej sytuacji każdy antywojenny aktywista musi zareagować, nie można przecież pozwolić mieszkańcom Faludży walczyć samotnie. Nikt nie powinien dać się nabrać na kłamstwo o tym, że są oni fanatykami czy fundamentalistami - prawdziwi fanatycy kierują marynarką USA i przyjmują rozkazy od fundamentalisty nr 1 w Białym Domu. Armia amerykańska dysponuje wprawdzie przytłaczającą siłą ognia, ale może zostać pokonana politycznie przez ogólnoświatowy ruch antywojenny - tak, jak podczas wojny w Wietnamie. Wietnamczycy przeprowadzili ofensywę Tet i militarnie przegrali, ale pokazali realia amerykańskiej okupacji i prawdziwie zelektryzowali globalny ruch antywojenny. Solidarność pomogła znieść amerykańską władzę nad Wietnamem, i tej samej solidarności pilnie potrzebujemy dzisiaj. Każdy aktywista jak najszybciej powinien zadać sobie pytanie, czy robi coś pożytecznego dla Faludży - czy pomaga zorganizować jakiś protest, lub też w inny sposób stara się przebudzić sumienia tych wszystkich, którzy manifestowali w dniu 15 lutego 2003 (kiedy miała miejsce globalna demonstracja antywojenna)?

Naoczny świadek w Faludży
Armia USA pragnie zamordować Faludżę. Chce z losu jej mieszkańców uczynić przykład - po to, by cały Irak nie odważył się opierać amerykańskiej władzy. Jednakże ludność miasta broni się i przeciwstawia najeźdźcy. Irakijczycy mają takie samo prawo do walki z okupantami, jak np. polskie czy francuskie ruchy oporu podczas drugiej wojny światowej. Korporacyjne media cały czas starają się demonizować mieszkańców Faludży, nie traktując ich jak ludzkich istot z krwi i kości, które zwyczajnie czują strach, złość - te same emocje, co my.
Przedrukowujemy tutaj tekst, w którym pewien stały mieszkaniec Faludży opisuje horror, jakiego doświadcza jego miasto: "Kiedy słyszę bomby spadające w sąsiedztwie mojego domu, ciągle myślę: teraz w każdej chwili mogą mnie zabić. Najgorzej jest w nocy, kiedy bombardowanie jest najsilniejsze. Jeśli duży pocisk ląduje gdzieś w pobliżu, tuż potem często słychać płacz i zawodzenie. Czuję się wtedy bardzo dziwnie, bo pośród krzyków nadal słychać lecące bomby. I wtedy myślę - mogę być następny.
Jeszcze innym dźwiękiem, który słychać podczas bombardowania, jest odgłos modlitw. Ludzie tak są przestraszeni, że modlą się na cały głos.
Śledziliśmy wybory prezydenckie w USA bardzo blisko w Faludży. To była dla nas sprawa życia i śmierci. Wielu ludzi miało nadzieję, że wygra John Kerry, bo czuli, że ten nie pozwoliłby atakować naszego miasta w taki sposób. Oczywiście, wiemy dobrze, że generalna polityka USA wobec Iraku raczej się nie zmieni; bynajmniej nie zapominamy, że tak naprawdę obaj kandydaci stanowią po prostu dwie strony tego samego medalu. Jednak, jeśli chodzi o Faludżę, zwycięstwo Kerry'ego mogłoby przynieść choć trochę nadziei..
Opuściłem swój stary dom na północy miasta miesiąc temu, kiedy Amerykanie zaczęli niemal bez przerwy bombardować te okolice. Teraz, z małą grupką przyjaciół, mieszkamy niedaleko centrum Faludży - sami mężczyźni, bo wszystkie nasze żony i dzieci wyjechały z miasta. Część z nich wysłaliśmy do Bagdadu, resztę - do spokojniejszych miejsc w okolicy.
Gotujemy i jadamy wspólnie. Większość czasu spędzamy w domu, a jeśli już musimy go opuścić, robimy to między 7 rano a 13, kiedy Amerykanie przerywają bombardowania, żeby odpocząć. Souk [rynek] w centrum Faludży czynny jest od rana do południa i, na szczęście, jak dotąd żywność jest tam nadal dostępna. Ale nie wiadomo, jak długo będą trwać dostawy - dwa dni temu rząd zapowiedział zamknięcie dróg z Faludży do Bagdadu i Ramadi. Naprawdę nie wiem, co będziemy wówczas jeść. Może kozy? - widziałem ich mnóstwo w mieście...
Tylko jedna droga, którą można wyjechać z miasta, jest jeszcze otwarta - ale tak czy owak prowadzi przez punkt kontroli obsadzony przez amerykańskich żołnierzy, poza tym pewnie i ją wkrótce zamkną.

Szpitale
Mnóstwo ludzi opuściło Faludżę. Ci, co pozostali, to głównie mężczyźni - jak sądzę, nie więcej niż 100 tys. osób. A miasto liczyło przecież 500 tys. mieszkańców!... Wielu z tych, którzy przezornie próbowali wcześniej wyjechać z Faludży, musiało wrócić z powrotem, bo nie byli w stanie przeżyć z daleka od swych domów. W Iraku życie jest teraz bardzo ciężkie. Szpitale są przepełnione pacjentami, ale brak w nich podstawowych środków medycznych. Nieregularne dostawy prądu powodują duże trudności. Chorzy i ranni dobrze wiedzą, że ich kuracja będzie dość powierzchowna - przyjeżdżają tylko po to, by być bliżej lekarza, by słyszeć jego głos".
Tłumaczyła Monika Leszczyńska

Sierżant major Carlton W. Kent tłumaczył swoim marines, że bitwa o Faludżę nie będzie się różniła od innych historycznych bitew
"Trwa proces w którym Wy wszyscy będziecie tworzyć historię," Kent powiedział ok. 2500 marines. Dodał, że "szykuje się kolejne miasto Hue. [przyp. red. skutki bitwy o Hue w Wietnamie w 1968 r. są często porównywane z Warszawą po powstaniu w 1944r.]. Nie mam żadnej wątpliwości, że gdy otrzymujemy rozkaz, każdy z was zrobi to, co zawsze robicie - skopiecie komuś tyłek."