JAK POWSTRZYMAĆ WOJNĘ?
Wojenne zapędy Busha i jego popleczników
mogą powstrzymać działania pozaparlamentarne - budowanie masowego ruchu antywojennego.
Konsekwencje wynikające z rozpoczęcia i prowadzenia wojny są trudne do przewidzenia
dla rządów państw biorących w niej udział. Tak było w czasie I wojny światowej,
która miała trwać kilka miesięcy a ciągnęła się cztery lata. Podobnie w latach
sześćdziesiątych amerykańskie wojska wysłane do Wietnamu miały przeprowadzić
tam krótką, sprawną akcję.
Gdy zamiast sukcesów przychodzą wiadomości o porażkach i zabitych, wśród żołnierzy
zaczyna upadać morale, znika dyscyplina, natomiast na tyłach rośnie niezadowolenie
społeczne, które łatwo może przerodzić się w bunt. Silna i masowa opozycja antywojenna
działająca przed wybuchem wojny, daje mocny fundament do tworzenia ruchu społecznego
skierowanego przeciwko rządowi i klasom panującym, co może zamienić daleką wojnę
w wewnętrzny kryzys państwa. Dlatego w interesie rządzących jest zawsze uzyskanie
jak największego poparcia obywateli dla swoich działań wojennych.
Spójrzmy na przykład Wlk. Brytanii. Premier Tony Blair zdaje sobie sprawę, że
mimo zgody części parlamentu na jego politykę, większość społeczeństwa Wlk.
Brytanii jest przeciwna atakowi na Irak. Wielka, licząca 400 000 uczestników
demonstracja antywojenna we wrześniu ubiegłego roku odbiła się szerokim echem
w mediach i uzmysłowiła wszystkim siłę pozaparlamentarnej opozycji przeciwko
wojnie.
Zmusiło to Busha do starania się o odpowiednią rezolucję Rady Bezpieczeństwa,
ponieważ jego doradcy ostrzegli go, że nie może on liczyć na duże poparcie wyborców
amerykańskich w swoich wojennych działaniach, jeśli nie będzie miał choć jednego
sojusznika np. Wlk. Brytanii, Blair natomiast liczył na to, że przyzwolenie
ONZ na atak na Irak osłabi brytyjski ruch antywojenny.
Z tych wydarzeń wypływa wniosek, że demonstracje przeciwników wojny przyniosły
efekt, ponieważ zmusiły przywódców USA i Wlk. Brytanii do uzyskania formalnej
chociaż zgody Rady Bezpieczeństwa na zaatakowanie Saddama Hussajna. Widać, jak
skuteczne mogą być protesty antywojenne i jak rządzący muszą się liczyć z takimi
akcjami.
W dzisiejszych czasach globalizacji środków telekomunikacji, gdy informacje
z łatwością wędrują między państwami i kontynentami protesty antywojenne w jednej
części świata wywołują takie same działania w innych krajach. Istnieją teraz
możliwości stworzenia masowego, globalnego ruchu przeciwko wojnie, którego wyrazem
będą demonstracje 15 lutego gromadzące, jak się oczekuje, dziesięć milionów
ludzi na całym świecie.
Lecz nie wystarczy tylko przyjść na demonstrację i wykrzyczeć swój sprzeciw
wobec wojny, trzeba też myśleć, jak działać dalej.
Trzeba nasilać i radykalizować działania antywojenne w ramach akcji bezpośredniej.
W ogromnym ruchu skupiającym przeciwników wojny powstaje dyskusja, jak ma wyglądać
to działanie. Oczywiście, nie chodzi tu o tworzenie małych grup, które mogłyby
podejmować jakieś bardziej ekstremalne akcje, tak jak stało się w pewnym momencie
w USA, w czasach wojny w Wietnamie, gdzie niektórzy najbardziej radykalni działacze
ruchu antywojennego podkładali bomby w instytucjach związanych z wojskiem. Takie
akcje nie powstrzymają rządzących.
Musimy tworzyć silny, zdecydowany ruch i przyciągać do niego jak największą
ilość ludzi, którzy będą współdziałać w tworzeniu masowego oporu antywojennego.
Tylko takie działanie może powstrzymać podżegaczy wojennych, którzy boją się
wielkich ruchów mogących zatrząść porządkiem społecznym, na którym opiera się
ich machina wojenna. To wspólna walka przeciwników amerykańskiej interwencji
w Wietnamie i bojowników o prawa Czarnych w USA przejawiająca się między innymi
strajkami i okupacjami na setkach uniwersytetów w 1970 r., doprowadziła do zmiany
nastawienia do wojny w amerykańskiej armii w latach 1971-72.
Dzisiejszy ruch antywojenny jest setki razy większy niż ten z lat siedemdziesiątych.
Trzeba wykorzystać szansę jaką to daje i skupić wokół niego rzesze ludzi, aby
utworzyć podstawę do rozwijania akcji bezpośredniej w miejscach zamieszkania,
nauki i pracy.
Podejmowanie akcji bezpośredniej nie zawsze jest łatwe. Wymaga to toczenia dyskusji
ze swoimi sąsiadami, współpracownikami, znajomymi, obrony swoich poglądów i
racji. Jednak tylko w ten sposób można przyciągać do ruchu kolejne osoby tworzyć
i rozszerzać ruch, który tylko jeśli będzie masowy, będzie miał odpowiednią
siłę, by wpływać na rządzących.
Bardzo dobrym momentem do takiego działania jest czas do demonstracji 15 lutego.
Ludzie są przeciwni wojnie i chcą włączyć się do przygotowania protestu. Bardzo
dużo osób zgłasza się po plakaty antywojenne, chce je rozklejać w swoich dzielnicach
i miejscowościach, podpisują się pod petycja antywojenną, chcą działać. To potrzeba
działania, którą należy popierać i rozwijać. Trzeba zachęcać ludzi, by w każdym
miejscu pracy, w szkołach, miejscach zamieszkania tworzyli wokół siebie grupy,
które będą prowadziły akcje plakatowania, organizowały spotkania antywojenne,
wyjaśniały w czyjim naprawdę interesie jest wojna z Irakiem i inne wojny.
Najbliższym celem naszego działania jest jak największa ilość przeciwników wojny
na demonstracj 15 lutego. Im bardziej masowa będzie ta demonstracja, tym większy
będzie stanowiła potencjał do budowy bardziej masowej i stanowczej akcji protestacyjnej,
która może powstrzymać wojenne zapędy Busha i jego sojuszników w Polsce.
Opracowała Joanna Puszwacka
OBAWY
PANUJĄCYCH
W 1966 r. generałowie powiedzieli
prezydentowi USA, Lyndonowi Johnsonowi, że komputery wyliczyły jakie będą skutki
zrzucenia bomby atomowej na stolicę Północnego Wietnamu, Hanoi. "Mam jedno
pytanie dla waszych komputerów," powiedział Johnson, "jak długo potrwa
nim 500 tys. gniewnych Amerykanów przejdzie przez płot wokół Białego Domu i
zlinczuje swojego prezydenta, jeśli zrobiłby coś takiego?"
Johnson miał takie same zamartwienie, jak dzisiejsi władcy. Obawiają się że
obywatelskie nieposłuszeństwo przekształci się w obywatelski bunt.